Patrząc na moich synków (felieton)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Julian Ejsmond
Tytuł Patrząc na moich synków
Pochodzenie Patrząc na moich synków
Data wydania 1931
Wydawnictwo nakładem Janiny Ejsmond
Drukarz Piotr Pyz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



PATRZĄC NA MOICH
SYNKÓ
W[1]


Będę dzisiaj z wami rozmawiał kochane radjosłuchaczki i mili radjosłuchacze — „patrząc na moich chłopców”. I dlatego będę rozmawiał z uśmiechem. Nie wątpię, że jeślibym was widział, to bym też się miło uśmiechał, ale was przez radjo nie widzę, więc uśmiecham się „patrząc na moich bębnów“.
Jeden z nich ma 9 lat, a drugi — 7. Z nas trzech ja jestem największy łobuz, chociaż jestem od nich trochę starszy. Nie mówię o dzieciach „moje pociechy“, bo jeśli komuś, tak jak mnie, dane jest wielkie szczęście, że ma dobre dzieci — nie ma się po czem pocieszać.
Dobre dziecko łączy w sobie wszystkie radości wiosny, kwiatów, słońca i wesołych ptaszków. Raduje się, kwitnie, promienieje, szczebioce. Czasem figluje, broi, psoci. Nigdy nikomu nie dokucza, nigdy nikogo nie martwi. Gdyby słońce psociło, czybyśmy mu za to dawali po łapach? A przecież słońce nieraz psoci! Gdyby ptaszki szczebiotały za głośno, czybyśmy je za to karali? A przecież ptaszki nieraz szczebiocą za głośno!
Śmiech dziecka jest najradośniejszym głosem świata. Gdyby na wielkim świecie zabrakło tego głosiku — byłoby smutno i źle, mimo wszystkich pieśni ptaszęcych, mimo szumu drzew i zapachu kwiatów. Ten jeden mały głosik raduje i ulepsza świat.
A gdyby na wielkim świecie zabrakło uśmiechu dziecka, byłoby ciemno i mroczno, ciemniej i mroczniej niż podczas nocy bezgwiezdnej i bezksiężycowej — mimo wszystkich słońc, gwiazd i sztucznych reflektorów. Ten jeden mały uśmiech rozwidnia życie.


∗             ∗

Mój starszy pieszczoch nazywa się Juleczek, tak jak Tatuś; młodszy łobuziak ma na imię Staś: Ale na drugie imię ma też Juleczek.
„Jak będę duży — powiedział niedawno — to i ja będę Juleczek. Prawda, Tatusiu?“.
Jak będzie duży — będzie Juleczkiem.


∗             ∗

Ani Juleczek, ani Staś nie są „cudownemi dziećmi“ w potocznem, głupiem znaczeniu tego słowa. Bo jakże to można mówić brednie o cudownych dzieciach, jako o nadzwyczajności, jak gdyby samo dzieciństwo nie było w każdem dziecku dość cudowne!
Od pierwszych swoich chwil, od obudzenia się łobuzerskiej duszyczki w tłuściutkiem, rozwierzganem ciałku, od roztkliwiającego uśmiechu ossanej mlekiem różowej buziuni...
I pierwsza tragedja dziecięca — tragedja wilgotnych pieluszek i pierwsza rozpacz — rumianek i troisty proszek i pierwsza walka — z muślinową zasłoną — wszystko to są cudowne wydarzenia szczęśliwych dni, w których mały człowieczek ma jedną jedyną tęsknotę — do mleczka!
Ileż poezji najczystszej ma w sobie przebudzenie się dziecka...
Ileż piękna ma w sobie kąpiołka maleństwa!...
A pierwszą życiową walkę mojego dziecka opisałem kiedyś w wierszu p. t. “Walka z zasłoną”.
Ale nie tylko niemowlęctwo jest w dziecku cudowne. Dobre, grzeczne dziecko — nim się stanie człowiekiem — może już być radością człowieka... Nawet jeżeli coś czasami zbroi, lub spsoci...
Niech na nie ten pierwszy rzuci kamieniem, kto sam nigdy nic nie broił i kto sam nigdy nikomu starszemu nie pokazał języka...
Zastrzegam się, żeby nie było nieporozumień: dzisiejszy feljeton mówi o dzieciach — nie jest jednak przeznaczony dla dzieci. Dla dzieci powiem coś innym razem.
Ale już dziś za pośrednictwem rodziców, chcę podziękować z całego serca, jako poeta i jako tatuś, za te miłe liściki, które od dzieciaków dostałem po ostatnim moim występie w radjo.


∗             ∗

Nie jestem dobrym pedagogiem. Kiedyś pracując nad którąś z książek w dawnem mojem małem mieszkaniu zniecierpliwiłem się wiadomością o jakiejś wizycie.
„Znowu kogoś djabli niosą” — powiedziałem półgłosem z karygodną niegościnnością. Przyznaję się, że lubię gości, ale nie lubiłem ich wówczas, gdy się pracowało i przyjmowało w jednym pokoju. Byłem nieostrożny. Juleczek to dosłyszał.
I gdy pani owa weszła już — obchodził ją dokoła z najwyższem rozczarowaniem, wreszcie zapytał: „A gdzie ci djabli, którzy panią przynieśli“?
„Jacy djabli?” — zdziwiła się podejrzliwie staruszka.
„Którzy panią psynieśli. Psecies Tatuńcio powiedział, że znów panią niosą djabli...”
Dostałem słuszną burę od Żony i przyrzekłem sobie nigdy nie mówić, że kogoś djabli niosą. Zwłaszcza przy dzieciach.
Inna pani miała nieostrożność spytać kiedyś Stasiunia: „Powiedz mi, mój maleńki, ale szczerze, zupełnie szczerze, czy ci się podobam?” Stasiunio na to do mnie: „Tatuś, czy ja mam tej pani odpowiedzieć grzecznie, czy prawdziwie?”


∗             ∗

Juleczek ma rozwinięty zmysł praktyczny. Przed paru dniami wróciwszy ze szkoły oświadczył: „Niema rady — muszę się ożenić”. — „Dlaczego?” — „No, bo jak się ożenię, to żona będzie za mnie odrabiać wszystkie lekcje, nawet kaligrafję...”
Stasiek też jest praktyczny i pomysłowy. Jeden z moich wydawców miał kłopoty finansowe. Nie mógł uskutecznić wypłaty na czas. Przyszedł do mnie i opowiada ze smutkiem, że nie wie skąd wydostać pieniędzy.
Stasieczek, który za grzeczne wzięcie olejku dostaje zawsze pewną kwotę pieniędzy na słodycze, znalazł odrazu radę.
„Niech pan się nie martwi. Mam wyborny pomysł. Niech pan idzie do P. K. O., niech pan każe dać sobie dużą porcję olejku to pan dostanie za to bardzo dużo pieniędzy“.


∗             ∗

A teraz na zakończenie tej pogawędki — bajka p. t. „Spór”, którą też napisałem kiedyś — „patrząc na moich chłopców”.


Przypisy

  1. Feljeton ten został wygłoszony na audycji radjowej w roku 1930 i został zamieszczony w książeczce niniejszej bez zmian.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julian Ejsmond.