Strona:PL Julian Ejsmond - Patrząc na moich synków.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ileż poezji najczystszej ma w sobie przebudzenie się dziecka...
Ileż piękna ma w sobie kąpiołka maleństwa!...
A pierwszą życiową walkę mojego dziecka opisałem kiedyś w wierszu p. t. “Walka z zasłoną”.
Ale nie tylko niemowlęctwo jest w dziecku cudowne. Dobre, grzeczne dziecko — nim się stanie człowiekiem — może już być radością człowieka... Nawet jeżeli coś czasami zbroi, lub spsoci...
Niech na nie ten pierwszy rzuci kamieniem, kto sam nigdy nic nie broił i kto sam nigdy nikomu starszemu nie pokazał języka...
Zastrzegam się, żeby nie było nieporozumień: dzisiejszy feljeton mówi o dzieciach — nie jest jednak przeznaczony dla dzieci. Dla dzieci powiem coś innym razem.
Ale już dziś za pośrednictwem rodziców, chcę podziękować z całego serca, jako poeta i jako tatuś, za te miłe liściki, które od dzieciaków dostałem po ostatnim moim występie w radjo.


∗             ∗

Nie jestem dobrym pedagogiem. Kiedyś pracując nad którąś z książek w dawnem mojem małem mieszkaniu zniecierpliwiłem się wiadomością o jakiejś wizycie.
„Znowu kogoś djabli niosą” — powiedziałem półgłosem z karygodną niegościnnością. Przyznaje się, że lubię gości, ale nie lubiłem ich wówczas, gdy się pracowało i przyjmowało w jednym pokoju. Byłem nieostrożny. Juleczek to dosłyszał.