Strona:PL Julian Ejsmond - Patrząc na moich synków.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A gdyby na wielkim świecie zabrakło uśmiechu dziecka, byłoby ciemno i mroczno, ciemniej i mroczniej niż podczas nocy bezgwiezdnej i bezksiężycowej — mimo wszystkich słońc, gwiazd i sztucznych reflektorów. Ten jeden mały uśmiech rozwidnia życie.


∗             ∗

Mój starszy pieszczoch nazywa się Juleczek, tak jak Tatuś; młodszy łobuziak ma na imię Staś: Ale na drugie imię ma też Juleczek.
„Jak będę duży — powiedział niedawno — to i ja będę Juleczek. Prawda, Tatusiu?“.
Jak będzie duży — będzie Juleczkiem.


∗             ∗

Ani Juleczek, ani Staś nie są „cudownemi dziećmi“ w potocznem, głupiem znaczeniu tego słowa. Bo jakże to można mówić brednie o cudownych dzieciach, jako o nadzwyczajności, jak gdyby samo dzieciństwo nie było w każdem dziecku dość cudowne!
Od pierwszych swoich chwil, od obudzenia się łobuzerskiej duszyczki w tłuściutkiem, rozwierzganem ciałku, od roztkliwiającego uśmiechu ossanej mlekiem różowej buziuni...
I pierwsza tragedja dziecięca — tragedja wilgotnych pieluszek i pierwsza rozpacz — rumianek i troisty proszek i pierwsza walka — z muślinową zasłoną — wszystko to są cudowne wydarzenia szczęśliwych dni, w których mały człowieczek ma jedną jedyną tęsknotę — do mleczka!