Pani Dubarry/Część I/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Losowe spotkanie
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.
Losowe spotkanie.

„Starym głupcem, chcącym wziąć ją na utrzymanie“ — według określenia Joanny — był w rzeczywistości mądry, jak lis, hrabia Dubarry.
Pani Gourdan chciała już dawno naraić mu Joannę, opowiadając temu smakoszowi kobiet, mającemu cały harem w Paryżu, cuda o fenomenalnej piękności „małej Lançon“. Ale Joasia, swego czasu zajęta Duval‘em, potem Lamet‘em, puszczała mimo uszu te propozycje. Stary Don Juan, zdziwiony oporem tajemniczej dziewczyny, udał się wreszcie za radą kuplerki do jamy gry przy ulicy Burbonów.
Był olśniony pięknością Joanny. Swój zachwyt wyraził w formie, która zdyskredytowała go w jej oczach:
— Mała! wezmę cię na utrzymanie... Nic nie chcę od ciebie... Mam harem kobiet, których już nie... potrzebuję. Sycę tylko oczy widokiem nagich tańczących ciał, bo chociaż nadwyrężony jestem przez miłość — nie mogę obejść się bez tego widoku. Kocham tylko oczami. Ale porzucę wszystkie — dla ciebie! Zabiorę cię w podróż... ukryję przed światem... Zamieszkiwać będziesz w pałacach!... Stawiam jednak warunek: musisz uczyć się wszystkiego, co każę — słuchać mię dużo, dużo — przez dłuższy czas nie widywać nikogo, prócz mnie!... Nawet matki... Mam zamiar zrobić cię kochanką króla!... No, jakże mała — czy zgoda?
Wyśmiała go — poprostu zachłysnęła się śmiechem. Wydawało się jej, że ma do czynienia z łgarzem, ze starcem zramolizowanym doszczętnie, plotącym duby smalone, żeby odbierać czas „porządnej dziewczynie“ paplaniną, pokrywającą brak realnych zamiarów.
Po pierwszej propozycji pokazała mu język, figę i plecy. Oddaliła się, rzuciwszy mu wzgardliwe:
— Znam się na starych idiotach!
Zabawiło go to okrutnie. Nazajutrz ponowił propozycję. Mówił tak pięknie komplementy, że już nie osądziła go za idjotę, lecz za naciągacza, który nie ma grosza, a zamierza ją wziąć na lep słodkich słówek. Stary głupiec! — pomyślała — myśli, że znalazł głupią. Nie chce płacić!
Odpowiedziała mu:
— Pan mi chce wmówić, że król będzie płacił za pana!
„To pobudziło go do większego śmiechu.
Tymczasem pani Gourdan otworzyła jej oczy na to, że hrabia Dubarry, jakkolwiek nie stawia nic w kasyno, bo przyszedł tu tylko dla zobaczenia jej, jest „strasznie bogaty“. Mama Rançon doradziła córce, aby udawała cnotliwą, to dostanie wyższą nagrodę.
Teraz „stary głupiec“ pozostał dla Joanny głupcem, ale takim, którego można będzie naciągnąć. Pod tem wrażeniem pisała o nim do Lamet‘a.
Hrabia Dubarry cierpliwie chodził koło niej. Powiedział jej:
— Nie rób mi cnotliwych minek, Znam się na tem. Powtarzam ci raz jeszcze. Wezmę cię z sobą tylko pod warunkami, które podałem. Musisz mi być bezwzględnie posłuszna — zniknąć ze świata na rok, na dwa... a zrobię cię kochanką króla.
— Pan kpi sobie zemnie.
— Wcale nie!... Mówię serjo!...
— Przecie pan mówi o cudzie.
— Na dworze Ludwika XV dzieją się cuda! A więc...
— Nie chcę!...
— Dobrze!.. Mamy czas.. Jesteś jeszcze młoda i porządnie głupia. Wyjadę tymczasem do Kairu. Lekarze doradzają mi wypoczynek od próżniactwa. Mam zamiar poleczyć się — może nabrać znowu sił do miłości, bo ochoty mi nie brak. Ale powrócę do Paryża i... ponowię moją propozycję. Zastąpisz panią Pompadour, która... ma suchoty i nie pożyje długo.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Powyższa propozycja, jakkolwiek odrzucona, wywarła głęboki wpływ na duszę Joanny. Ceniła wprawdzie zawsze siebie wysoko, znajdując potwierdzenie wartości swego uroku w uwielbieniach kobiet i mężczyzn, przechodzących przez zawiły szlak jej życia od najmłodszego wieku. Ale teraz „nieopatrzne“ słowo hrabiego Dubarry, że wolno jej marzeniem sięgać aż do łożnicy królewskiej — niezależnie od tego, iż przygodne eskapady miłosne Ludwika XV były tajemnicą publiczną, a kariera mieszczanki, pani Pompadour, naówczas raczej starzejącej się już władczyni Francji, niźli faworyty, stała u kresu — to napozór „nieopatrzne“ słowo zmąciło sny przyszłej pani Dubarry. Otworzyło przed nią nowe widoki, jako możliwość — nakazało jej ambicjom szanować się bardziej, piąć się wyżej. Jeżeli nie król, to jakiś książę, markiz, czy hrabia, narzucił się jej wyobraźni — już nie jako fizyczny arendator jej wdzięków na chwilę, lub na dni parę, czy kilka miesięcy, lecz jako stały amant, lub — kto wie? — małżonek. Dba o siebie coraz bardziej — nie tylko o pielęgnowanie piękna ciała, o smak stroju, lecz o rozwój talentów pociągania ludzi, o styl mowy, o wykwint ducha. Przypatrzyła się bacznie arystokratycznym damom w magazynie mód pani Labille i w perukarni Lamet‘a — przypomina ich ruchy i naśladuje ich szyk doskonałą pamięcią malarki-obserwatorki.
Zapuszczając z konieczności zasłonę na następny sześcioletni okres jej życia, a to z braku materjału historycznego, dotyczącego tej epoki, mamy możność upewnienia się o cudzie tej przemiany na podstawie trzech listów, które jedynie ocalały z tego czasu, niewątpliwie w bogatszą obfitującego korespondencję.
Jakże subtelnie pisze w jednym z nich do pana Requetes, odpowiadając na jego pytanie, czy się jej spodobał, i mimochodem stwierdzając, że z pełnoletnością wieku zdobyła pełnoletność serca:

„Żądasz pan szczerości. Mówią, że wyznanie jest ciężkiem dla panny. Jednak co do mnie, to nie znam sztuki udania. Wyznaję z całą swobodą, że cenię pana. Ale między nami, ze względu na urodzenie pańskie i majątek, jest przepaść, która to wyznanie czyni szkodliwem i może w skutkach wywołać łzy moje!... Cóż ostatecznie jest celem pańskiej namiętności? Uwieść młode, uczciwe, cnotliwe stworzenie opuścić — a co potem? Po kiwnięciu pańskiego palca otoczy mnie pogarda wszystkich. Ach! błagam — zduś pan raczej w zarodku swe uczucie, uszanuj mnie — bądź tylko dobry dla mej matki i dla mnie, jak byłeś dotąd, a będę czuła najwyższą cześć dla ciebie!“

Doprawdy, kłamstwo, które dla nas bije z tego listu, jest tak śliczne, że nie żałujemy, iż jest dalekiem od smutnej prawdy. Albo może sama Joanna zapomniała prawdy cudzych win, popełnionych na niej, i pięknieje wiarą aktorską w swoją cnotę.
Drugi list z tej epoki wskazuje na stosunek z generalnym dostawcą de la Garde, bratem jednego z wielu mężów znanej nam pani La Garde. Jest uroczem podziękowaniem za zegarek.

„Odgaduję, że ten prześliczny repetjer pochodzi od Pana, acz ukryleś to przez delikatność. Lecz któż na świecie jest tak hojny, jak Pan?! Kto potrafi czynić tak doborowe prezenty?!... Żałuję, że nie mogę go pokazywać, gdyż każdy będzie mi go zazdrościł, a pańska matka pierwsza zapyta, skąd pochodzi. Więc zadowolnię się tem, że go powieszę nocą nad mem łóżkiem. Będzie mi długo tykał i pozwoli mi bez przeszkód myśleć o Tobie. Wszakże jest to najwyższa przyjemność myśleć bezustannie o swoim dobroczyńcy.“

Wreszcie list trzeci z poza Paryża do tegoż kawalera de Requetes jest wzorem stylizacji pewnych przygód dyskretnych, której nie powstydziłby się sam nieoceniony Crébillon (młodszy).

„Przed tygodniem potrafiłeś pan skrycie wedrzeć się do mej komnaty. Trwoga o pana i o siebie nie pozwoliła mi narobić hałasu. Musiałam przyjąć cię w łóżku!... Czegoś mi Pan nie naobiecywał w tym momencie!... Lecz oślepienie minęło — z boleścią postrzegłam, że nie obejrzałeś się na mnie nazajutrz. A teraz nadskakujesz Pan... Komu?! Pani jeneralnej dzierżawczyni, matce czworga dzieci! Co za śmieszność! Powiedziałeś, że to maska, by nie zdradzić naszej gry. Ale! mój panie, znam się na tem. Zbyt paliły się żądzą Twe oczy, aby to było udaniem. Przynajmniej drżę, żeś użył na złe chwili mej słabości. Jeżeli się mylę, wyprowadź mnie z błędu, a wskrzesisz mnie do życia... I wrócę do Paryża!“
Pańska de Vaubernier.

Bo teraz podpisuje się własnem nazwiskiem, dopisując niewiadomem prawem ambitne de.[1]

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wszystko to tłomaczy nam, czemu wytrwały hrabia Dubarry po powrocie z podróży został nanowo olśniony jej widokiem przy spotkaniu i ponowił swoją propozycię w formie nieco zmienionej, ale zawsze dążącej do tegoż celu — łoża królewskiego.

Przypisy

  1. Wszystkie trzy listy są zlekka przestylizowanemi dla skrótu przekładami oryginałów (P. A.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.