Pani Dubarry/Część I/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Hrabia Dubarry ponawia swoją propozycję
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XVIII.
Hrabia Dubarry ponawia swoją propozycję.

Rola hr. Dubarry w tej powieści jest tak przeznaczeniowo-ważką, że godzi się rzec o nim coś więcej, zwłaszcza, że charakterystyka tej postaci rzuca jaskrawe światło na obyczaje całego XVIII stulecia.
Pochodził z Tuluzy. Szlachectwo swoje wywodził z dumą od angielskich lordów Barymore. Blagował! Przodkowie jego byli co najwyżej radcami. Przed trzydziestym rokiem życia zdążył roztrwonić niemal doszczętnie olbrzymią odziedziczoną po nich fortunę. Wyczerpawszy do cna przyjemności na prowincji, udał się do Paryża. Pożądał zmiany. Pragnął bogactw i rozkoszy. Jeszcze był pełen namiętności i miał wysokie ambicje — na razie bez określonego celu.
Pani Malause wprowadziła go w świat, wystarała się o miejsce pazia na dworze królewskim dla jego syna. Miał go z żoną, która — jak mówił — „zarzuciła“ mu się gdzieś, aby mu złośliwie nie dać rozwodu i skazała go na utrzymywanie haremu, miast związku z jedyną kobietą, która „poprawiła by dlań smak małżeństwa“. Zresztą — dodawał — musiałaby mieć „coś innego, niż mają wszystkie inne, a co smakuje tylko dzięki częstym zmianom“. Ten człowiek posiadał tyle sprytu, że wysłano go na koszt rządu do Niemiec dla wyćwiczenia się w sztuce dyplomatycznej. Sądzono, że będzie mógł z czasem zająć stanowisko pierwszego ministra. On sam jął marzyć o takiej karierze. Za powrotem, jakkolwiek nie posiadał kapitałów, uzyskał cudem dzięki zdobytym przez spryt kredytom, urząd dostawcy dla marynarki i wzbogacił się ponownie „niewinnemi“ szacherkami, a majątek swój puszczał na grę i kobiety, wiodąc żywot cyniczny i rozwiązły.
Wkrótce był znowu bez grosza. Ale teraz znalazł nowy środek bogacenia się. Ze swojego, obfitego haremu jął: stręczyć zamożnym arystokratom za odpowiednie wynagrodzenie metresy, które wyćwiczył osobiście w sztuce lubieżności i dał im polor towarzyski. Cena była wysoka, ale płacono ją chętnie za towar pierwszej rangi.
Ten człowiek, który doszedł szczytów bezwstydu, pogardzał swoim czasem. Znał go na wylot. Z zimną krwią oceniał stosunki na dworze, jako „chroniczny skandal“, Widział, że rządy Ludwika XV obracają się, jak koło osi, wokół kobiet, kochanek i faworyt, panujących nad ministrami. Centr rządów nad Francją umieszczał w miejscu, którego „nie godzi się nazywać, choć pochodzi zeń cała ludzkość“.
Pewnego razu założył się Z kamerdynerem królewskim Leblem, że Ludwik XV zaprosi według jego wyboru córkę woziwody na wieczerzę. Wygrał zakład. Naraił królowi jakąś dziewkę tej kondycji, śliczną Dorotę ze Strassburga i zażądał za to stanowiska posła do Kolonji. Król był zachwycony dziewczyną podczas wieczerzy i Dubarry napewno osiągnąłby żądaną nagrodę, gdyby rozwścieczony przegraną zakładu Lebel nie był przed fait accompli uprzedził króla, iż hrabia zaraził swoją kochankę „chorobą, z której medycyna nie potrafiła nikogo w pełni wyleczyć“. Tylko to zapobiegło skandalowi już bezprzykładnemu.
Wszelak hrabia nie dał za wygraną. Postanowił dać królowi Francji faworytę że swej szkoły i dopiąć przez nią bogactw, wpływów i zaszczytów.
A po powrocie do Paryża — podreperowawszy siły wymuszoną abstynencją w „krainie czarnych małp“ t. j. na piaskach Afrykańskich — podjął namiętnie swój dawny plan, spotkawszy „pannę Lançon de Vaubernier“, vulgo Lange Vaubernier (tak bowiem jęła się przez kaptys fantazji przezywać) na wieczorze u mistrzyni mody, nowej Ninon, czyli słynnej kurtyzany tego czasu, pani Legrand.
Nazajutrz po tem spotkaniu — było to pod koniec roku 1767-go — Joanna otrzymała list następującej treści:[1]

„Prześliczna panno Lange-Vaubernier!
Już nieraz namawiałem cię, abyś przyszła i została u mnie. Nie wyłuszczyłem jednak dostatecznie korzyści, które ztąd osiągniesz. Oto one:

Zostaniesz rozkazodawczynią mego serca, a w tym charakterze panią mego serca i licznego pocztu mych sług. Ponieważ mam stosunki nawet z dworem, nie zdziwisz się, spotykając u mnie — raczej u siebie, markizów i bodaj książąt krwi, którzy będą uważali za honor dla siebie okazywać ci hołdy. Musisz posiąść ton władczyni, ku czemu nie powinno, ci zbraknąć pięknych szat i djamentów, oraz wszystkiego, co jest na usługi dam najwyższej rangi. Na przyjęciach, które odbywać się będą u mnie raz na tydzień, zwyczajem, którego nie zechcesz zmienić, jedynym twoim obowiązkiem będzie stać się objektem powszechnego uwielbienia. Potrafisz to, skoro raczysz przyjąć odemnie kilka wskazówek, jak napina się żagle pod wiatr. Będzie to dla Ciebie sprawą błyskawicznego momentu, gdyż urodziłaś się z talentem czarowania wszystkich.

Sługa Twój
Hrabia du Barry“

Na ten raz propozycja została przyjęta...

Przypisy

  1. I ten list cytujemy w przestylizowanym zlekka skrócie z korespondencji p. Dubarry wyd. w r. 1780 w Berlinie (P. A.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.