Pani Dubarry/Część I/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział W klasztorze Saint-Aure
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ V.
W klasztorze Saint-Aure.

Kiedy dźwiękły wrzeciądze prastarej budowli gotyckiej, pamiętającej czasy Ludwika Świętego, i Joanna znalazła się naraz w chłodzie krużganków klasztornych, śród stęchlizną wiejących mirów, w towarzystwie suchej, jak pałka, przeoryszy — ogarnęło ją uczucie lęku, jakby dostała się do więzienia. Miała ochotę krzyknąć i cofnąć się, ale już zamknęła się za nią druga brama, dzieląca podwórzec od wielkiej sieni, w której pozostał pan Dumonceau, załatwiający rachunki z mniszką-sekretarką pensjonatu ex re jej przyszłego tutaj pobytu. Mroziła ją przytem myśl o tem, że pani Fryderyka, nie wysiadając z powozu, pożegnała ją niezwykle chłodno pocałunkiem w czoło, przeżegnawszy zresztą z życzeniem: „Bądź święta i szczęśliwsza odemnie, której to się w życiu nie udało“... Łzy podstępowały jej do gardła. Ojciec chrzestny, żegnając ją, nie przytulił jej do serca, jak to sobie wyobrażała. Skrępowany obecnością przeoryszy tylko wyciągnął do niej ręce zdaleka i wyszeptał: „To konieczność, Joanno!“. Wprawdzie pociągnął nosem, jakby tamując łzy, lecz wszystko świadczyło o nieodwołalności losu, o tem, że nie było dla niej powrotu.
Wiedziała wprawdzie, że pozostanie tutaj na zawsze będzie zależało od jej woli. (Już w myśli rzekła sobie: „Nigdy!“). W klasztorze poza kaplicą i celami dla sióstr zakonnych, twardej hołdujących regule, znajdował się budynek odrębny, stanowiący rodzaj zamkniętego zakładu naukowego, prowadzonego przez napół ukształcone mniszki — właściwie azyl z oryginalnem przeznaczeniem, wskazanem przez dość długą i ciężką nazwę: „Schronisko dla pochodzących z czcigodnych rodzin dziewczątek, będących w warunkach, narażających je na niebezpieczeństwo zejścia z właściwej drogi“. Za skromną pensję kilkuset liwrów rocznie, odpowiednią do skromności nauki i utrzymania, młode stworzenia dojrzewały tu aż do skutku w pobożności i cnocie, dopóki za nie płacono, a te, które — jak mówiła przeorysza — „były wybrane szczęśliwie przez Św. Genowefę i stawały się naczyniem Ducha Świętego“ pozostawały nazawsze w klasztorze, zrzekając się „brudu uciech świeckich“: wypadek rzadki, ale nie całkiem niemożliwy, jak dowodził przykład stałych mieszkanek przybytku St. Aure.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przeorysza, ująwszy kościstą dłonią Joannę, prowadziła ją pod arkadami, oplecionemi dzikim winogradem, dalej przez zachwaszczone aleje zapuszczonego posępnego parku, przez wyżarte stąpaniem stuleci kamienne schody, przez zawiłe korytarze o ścianach głuchych i sufitach z występującemi plamami wilgoci; i wprowadziła wreszcie oszołomioną, zalęknioną, nie mogącą zebrać myśli, znaleźć słowa w nagłej przemianie losu — do celki o zakratowanem oknie, ciężkich drzwiach dębowych, podłodze z cegieł i umieblowaniu skąpem: żelazne łóżko, przykryte wojłokiem, stolik — inwalida o trzech nogach, oparty o ścianę, krzesełko ceratowe z uciekającem przez dziury włosiem, szafa bez drzwiczek, żałosna umywalka i mały klęcznik, pamiętający z pewnością czasy Karola Wielkiego.
Przeorysza siadła na krześle. Joanna stała przed nią milcząca, smutna. Przypatrywała się jej twarzy, zaledwie widocznej w olbrzymim białym kapturze, gdyby nie nos spiczasty, który — jak pomyślała zaraz Joasia — musiałby strasznie kłuć przy pocałowaniu. Myśl całkiem zbyteczna, gdyż przeorysza od lat czterdziestu pokutowała za swój jedyny grzech w życiu: pożądliwe spojrzenie w dwudziestym czwartym roku życia na pewnego młodzieńca, który nie obejrzał się na nią. Zresztą mimo spiczastych rysów i kanciastych ramion, podnoszących nad miarę ciemny habit, co nadawało jej wygląd istoty kolącej, była to osoba czcigodna, nabożna, pełna zasad i nawet dobra, czego dowodem było, iż przez zaciekłość wegetarjańską nie skosztowała od niepamiętnych czasów nawet jajka, aby „nie niszczyć Bożego życia w zarodku“. Była tylko względem ludzi cokolwiek surowa, ale to wynikało już z jej zamiaru uświęcenia każdej istoty, obdarzonej rozumem przez łaskę Opatrzności.
— Drogie dziecię! — rzekła majestatycznym, trochę świszczącym przez luki w zębach głosem — zanim jutro udasz się do kaplicy, zabierzesz się do nauki, zaznajomisz przy wspólnym stole z towarzyszkami modlitw i pracy i poznasz regulamin godzin pacierzy, śpiewów religijnych, trudu umysłowego, szycia, szorowania statków i krótkiego odpoczynku, musisz przebyć pierwszy dzień w samotności dla oczyszczenia się od brudu świata, który napełnia jeszcze twoje zmysły. Taki jest regulamin!
Joasia spojrzała na na nią, jak pomieszaną.
— Co ja tu robić będę przez 24 godzin sama? — spytała.
— Jest tu klęcznik — odparła czcigodna przełożona klasztoru — możesz się pomodlić. Możesz także poleżeć godzinkę krzyżem, choć dopiero jutro otrzymasz godny tego podniesienia się do nieba strój. A przedewszystkiem masz tu tę książeczkę o naśladowaniu cnót świętej Teresy.. Przeczytasz ją sobie.
Joannie, gdy brała z kościstych palców broszurę, usta krzywiły się do płaczu:
— Taka cienka książeczka! Co zrobię, kiedy przeczytam?
— Przeczytasz ją jeszcze raz uważniej.
— A potem?
— Znówu przeczytasz.
Joanna rozpłakała się na dobre:
— Ja... nie... mogę... o samej cnocie.
Przeorysza ścięła zwiędłe usta.
— Płacz! płacz, drogie dziecię!... Łzy zepsują ci cerę. To dobrze. Jesteś za ładna. A piękność prowadzi do grzechu — grzech do okropnej śmierci z wyrzutami sumienia i wieczystych mąk za grobem.
Joanna momentalnie przestała płakać. Zdaje się, że przelękła się bardziej ewentualności zbrzydnięcia, niż perspektywy okrutnych mąk na tamtym świecie.
— Widzisz, dziecko, jak my tu prędko poprawiamy żałość za pokusami tego świata. Już nie płaczesz. Od ciebie tylko zależeć będzie, abyś została świętą.
I pod pozorem pocałunku błogosławiącego ukłuła ją nosem w czoło. Poczem odeszła w cichym majestacie, zamykając drzwi na klucz.
Joasia krzyknęła. Zza drzwi ozwał się słodko — suchy głos:
— W ścianie jest okienko, przez które dostaniesz na dziś chleb i wodę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ten pierwszy dzień był okropny. Dziki ptak znalazł się w klatce. Świetnego kobolda zakuto w kajdany. Wichurze nałożono cugle regulaminu. Pieszczoszkę, rozmiłowaną w zbytku, wtrącono w przepaść szpetoty. Miała wrażenie, że już się zaczęły męki zagrobowe.
Chciało się jej wyć, płakać, wpijać paznokcie w mur wilgotny, tłuc w dębowe drzwi, targać włosy, rwać suknie na sobie. Ale paraliżowała ją myśl, że zbrzydnie, popsuje strój, a nic nie poradzi: czuła się opuszczoną przez cały świat. Padła wreszcie na klęcznik, objęła go oburącz i trzykrotnie odmówiła: „Ojcze nasz!“ — modlitwa, którą nauczył ją kochać zacny wikarjusz z Vaucouleurs, zapomniana w puchowem łóżku w domu pani Fryderyki, teraz wskrzeszona w pamięci, wypowiedziana żarliwie, przynosząca jej ukojenie.
Potem spokojnie już siedziała przy zakratowanem oknie. Lubowała się widokiem wspaniałych modrzewiów i rozłożystych lip, kasztanów i dębów, rozsłonecznionych nagle o południu, bawiła się grą cieniów na murze, okalającym sąd, Śledziła z zaciekawieniem sunące gdzieś w cienistej alei podwójnym sznurem postacie kobiece w kapturach i habitach — jakowyś pochód istot świętych, przejmujących ją teraz pobożnym dreszczem. Próbowała nawet czytać o cnotach Św. Teresy — i rozmarzyła się nieco czemś nieznanem, dalekiem od niej, jak skrawek błękitu, zaglądający do jej celi. Skądciś dochodził monotonny, lecz melodyjny spiew chóru żeńskiego — hymn do Tajemniczego Bóstwa, które w pacierzu zesłało jej pociechę. Kołysał jej duszę smutno-przyjemnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Głos przeoryszy zabrzmiał we wspomnieniu bardziej pociągająco. Jakiś niepojęty instynktowny lęk powtarzał jej ostrzeżenie: piękność — grzech — okrutna Śmierć. Zwłaszcza owo: „okrutna śmierć“ brzmiało nieodpartem napomnieniem. Pomyślała nawet, że pozostałaby chętnie zakonnicą, zanieszkała w usypiającej słodko ciszy tego klasztoru na całe życie. Wrażliwa piętnastoletnia dusza dziecka, jakiem miała pozostać nazawsze — mimo wszelkich zmian losu — przechodziła przewrót duchowy. Zmęczona niezwykłością wrażeń i myśli tego dnia, rzuciła się w ubraniu na twarde łóżko i zasnęła snem kamiennym.
Zbudziła się nazajutrz wyspana, świeża, pogodna — wprawdzie z nieco obolałemi kośćmi — lecz niemal przystosowana do nowych warunków, zaciekawiona nowem życiem. Ujrzała rada drzwi uchylone na korytarz. Zajęły jej uwagę złożone na krzesełku przy łóżku rzeczy: biała powłóczysta sukienka z grubego płótna, kapturek z szerokiemi sktzydłami, kulfoniaste saboty z rzemykami. Zabawiła kartka, leżąca na jej poduszce, z napisem; ołówek wielkiemi literami pouczał:
„Nie należy spać w ubraniu. Jutro trzeba obudzić się na dzwon o świcie i zejść do kaplicy na dwugodzinną cichą modlitwę, Pierwsze zaniedbanie wybacza się. Drugie karze się pozbawieniem śniadania. Dalsze kary wskazane w regulaminie. Wisi w korytarzu. Przeczytać! Do wieczora nauczyć się na pamięć! Teraz wdziać miejscową odzież — pomodlić się w kaplicy na dole — oddać dawne fatałachy siostrze Sylwestrze. Przyjść do wspólnej sali na śniadanie. Siostra Aurelja czeka na dole — pokaże“.
Ta musztra wydała się jej trochę śmieszną. Ale po wczorajszem marzeniu o zostaniu w klasztorze nazawsze — nie uraziła jej. Brzmiała tak rozkazodawczo, że Joanna wypełniła wszystko co do joty, gnana cudzą wolą, bezoporna.
I przeorysza, mniszki, pensjoratki — wszyscy przyjęli ją jak swoją nawet z pełnem poszanowania podziwem, że tak odrazu wrosła w nową rolę. To nowe szaty tak skrępowały ją, zwolniły jej ruchy, same przez się nauczyły powagi. Nikt nie odgadłby we wchodzącej tej frygi, która musiała wciąż kręcić się, podskakiwać, rzucać zalotne spojrzenia, rozpoczynać i urywać co chwila nową piosenkę, zadawać pytania, coś opowiadać, przeciągać się z okrzykiem: „Nudzę się!“ i za moment wybuchać swawolnym śmiechem — nadewszystko śmiać się, śmiać i z chodu popadać w taniec...
Dość było jej spojrzeć na surową twarz przeoryszy, witającej ją z prezydującego miejsca przy długim stole majestatycznym znakiem krzyża i wyciągnięciem do pocałowania bladej, jak opłatek, ręki — na spuszczone ku talerzom z czarną polewką oczy mniszek w ciemnych habitach, na milczące wychowanki klasztorne, śledzące ją ukradkiem, skośnemi spojrzeniami z pod kryjących dwie trzecie twarzy kapturków — aby, zajmując próżne krzesło przy tej spartańskiej syssytii, swoim wrodzonym talentem aktorskim zlała się całkowicie z tłem.
Miała wprawdzie chwilowo ochotę parsknąć śmiechem i zawołać: „Prawda, że jestem tak dobrem czupiradłem, jak wy!“ — ale smak polewki trochę zmroził jej usposobienie. Nadto straciła zaraz chęć do śmiechu, gdyż sąsiadka, czternastoletnia panna Reville, przedstawiając się jej pocichu, tuż niezwłocznie szeptem zakomunikowała jej rzecz nie usposabiającą do śmiechu: „Siedzimy w tej sali, w której rycerz Saint-Aure; powróciwszy z wyprawy Krzyżowej, powiesił za nogi wobec żony, przywiązanej do małżeńskiego łoża, jej kochanka, trubadura, i kazał jej patrzeć przez całą dobę na jego konanie, poczem kazał ją rozedrzeć przez ogary, w tem miejscu, gdzie jest teraz kaplica, zbudowana dla ekspiacji przez samego rycerza Saint-Aure. Po jego śmierci zamek zmieniono na klasztor, aby zatrzeć pamięć o tej ohydnej zbrodni!“
Ta „nowina“, dotycząca wprawdzie czasów niezmiernie odległych, wzmogła bardziej jeszcze poważny nastrój Joasi i — jeżeli chodzi o pierwszy miesiąc pobytu w klasztorze — to postępowaniu nowicjuszki klasztor Saint-Aure nie miał nic do zarzucenia. Bodaj tutaj nauczyła się tej sztuki opanowywania swoich ruchów, którą uderzała później na dworze królewskim: w komedii etykiety, stającej się jej naturą... przynajmniej do chwil, analogicznych z rozhukaniem pauzy szkolnej, kiedy przymusowy bezruch wynagradzała sobie wyładowaniem odruchów w dziesięćkrotnych szałach wesela i dziecinnej swawoli!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.