Panem et circenses

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł „Panem et circenses!“
Pochodzenie Zaszumiały pióra
Wydawca Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Zjednoczenia Młodzieży
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
„PANEM ET CIRCENSES!“[1]


W salonie księżnej Idy raut rozpoczęty.
Wśród cieplarnianych kwiatów przechodzą strojne pary, grupy palni kryją rozmarzonych.
Eros szepce tu ckliwe słowa, powiew jego skrzydeł roznosi echa. Zabawa kipi. Mężczyźni i kobiety chciwemi dłońmi czerpią z urny bogactwa i wesela, migotliwe cacka. Nurzają się w szerokiem źródle zapomnienia. Drogocenna klatka pałacu otacza ich miękko lecz stanowczo, chroniąc od zewnętrznych burz. Przewodników światła mają mnóstwo, elektryczność jest na zawołanie. Kwiaty, wykwintne potrawy na srebrze, wszechświatowe wina. I muzyka upoista, gdy się słuchać chce i amfory pełne uroczych nektarów zabawy.
Złota, ciepła, wygodna klatka.

Księżna Ida w otoczeniu przyjaciół żaliła się wdzięcznie, z grymasikiem na ustach, i po francusku.
— Jesteśmy pogrążeni w zupełnej ciasnocie warunków, taka bezmierna nuda, to źle działa na duszę, mnie już ogarnia spleen.
— Odwagi księżno, odwagi, — pocieszał hrabia Artur. Ten martwy sezon już się kończy.
— Ach tak się nieznośnie wlecze! Co hrabia myśli robić z jesienią?....
— No, przedewszystkiem wyścigi; zapowiadają się dobrze, ogromny będzie zjazd.
— I pyszne okazy koni — dodał jakiś hrabicz.
— A trenerzy?.... można powiedzieć europejskie siły.
— Trochę za mały nasz hipodrom — ozwał się z lekceważeniem baron Lulu. Mała satysfakcja, wolę totalizatora.
— O! pyszna gra. Pan zepewne jedzie potem za granicę?....
— Do Wiednia, hrabino — odpowiada Lulu, pożerając oczyma z pod szkieł, okrągłą figurę hrabiny Wiki, w mocno przewiewnej sukni.
— Rozkoszne miasto!
Lulu zaczyna się zapalać.
— To właściwie nasza stolica! w Warszawie nawet Jockey-Clubu nie ma.
— Co tu jest?... zżymnęła się księżna Ida — prócz Hersego, który.... ujdzie, więcej nic.
Lulu uśmiechnął się.
— Przedtem jednak muszę odbyć niemiłą podróż na Ukrainę do swoich dóbr.
Hrabia Artur spytał naiwnie.
— Pan się niemi zajmuje?....
— Wyciskam, — odrzekł Lulu z dowcipną miną, wysuwając głowę naprzód; ręką robił ruch jakby wytłaczał mokrą gąbkę.
— Ach tak! cela v a sans dire!
— Pocóżby inaczej jeździł? — wzruszyła obnażonemi ramionami piękna Wika.
— A panie jakie snują projekta na zimę?.....
— O bardzo urozmaicone, bardzo poważne. Namawiam księżnę, aby towarzyszyła nam w podróży — mówiła Wika. Jedziemy liczną paczką, na Wiedeń, Rywierę. Będziemy w Paryżu, nawet tam najpierw, bo nęcą nas wyścigi i miejscowy highlife.
— O! to projekta rozległe.
— Jeszcze nie wszystkie, mamy być w Madrycie na walce byków.
— Aż tak?....
— A tak, na walce byków — potwierdziła Wika z triumfem. To musi być bajeczna przyjemność, rozkosz podniecająca nerwy. Marzyłam o tem zawsze.
— I mnie to dziwnie ciągnie — zaśmiała się Ida — potrzebuję takich wrażeń, aby żyć. U nas ich brak szalenie. Teatr blady, nie sprawia emocji, jedynie operetka daje czasem żywszy impuls. Cyrk nędzny.
Lulu ujął się.
— No, walki siłaczów niezłe, to drażni.
— Tak, byłam parę razy, ale denerwuje mnie zawsze wyjąca tłuszcza na górze, nawet w loży nie można swobodnie patrzeć.
Hrabina Wika zmysłowo odchyliła swe perłowe ząbki z karminowych ust.
— Ja lubię siłaczów, szczególnie ten jeden taki piękny jak posąg, nazywał się Freszt. Gladjator prawdziwy.
Ida skrzywiła się.
— Mnie tylko zajmowała ich energja, i takie bajeczne muskuły.
— Zazdroszczę paniom Madrytu — mówił Lulu.
— Więc jedźmy razem.
— Z żalem, lecz nie mogę, mam pewne sprawy we Widniu.
— Erotycznej natury — bąknął brzegiem ust hrabia Artur.
Obie panie ciekawie błysnęły oczyma. Lulu patrząc na hrabiego położył palec na ustach.
— Dyskrecja hrabio.... szepnął z uśmiechem i dodał głośno.
— Mam się tam zjechać z przyjaciółmi, Jockey-Club nas zjednoczy.
— Pękną tysiączki — rzekł młody hrabicz.
Lulu spojrzał na niego z góry.
— Mam ich dosyć, Ukraina mi dostarcza, zresztą nie daję zasypiać jej, żądam stale dochodów i administracja musi dawać.
— A strajków u pana nie było? — spytał hrabia.
— Nie uważałem na to, to rzecz administracji. Ja muszę mieć pieniądze i dają mi je.
— Podobno w tamtych stronach społeczny ruch rozwinięty?
— Nie słyszałem, może wśród drobnych obywateli.
— Owszem było parę nazwisk naszych, myślę jednak, że i oni robili społeczność tylko dla rozrywki. To ma nowy smak, przytem wzbudza zaciekawienie u plebsu. Jedni dążą w ten sposób do zabawy, inni dla rozgłosu.
— Bo nam już wiele rzeczy spowszedniało — odrzekła Ida — pragniemy nowości, a tych niema. Wieczny głód wrażeń.
Lulu wysunął głowę naprzód mrużąc oczy.
— Ja prócz wrażeń pragnę jeszcze jednego motoru do życia, najgłówniejszego...
— Miłości?... — podchwyciła Wika.
— Mamony
Wszyscy potwierdzili, Wika wzruszyła ramionami.
— Ja tam o to nie dbam, muszę mieć dużo złota i mąż mi daje.
— A pani mąż musi mieć jeszcze więcej i również nie dba o to, bo muszą mu dać: majątki, różne dzierżawy, lasy — oto nasi bankierzy, od nich żądamy, od kraju — mówił hrabia Artur.
Orkiestra na ukwieconej estradzie w sali; zaczęła grać walca z „Czaru“, „Śpiewaj, ach śpiewaj, walczyku ty“. Hrabina Wika słuchała siedząc w niedbałej pozie, oczy melancholijnie przykryła powiekami. Wachlarz drżał w jej dłoni. Baron Lulu pochylił się do jej ramion.
— Pani marzy?...
Ocknęła się, powłóczyście wzniosła oczy.
— Ładny walc do tęsknot pobudza. Więc pan nie jedzie z nami?...
— A pani mąż?....
— Aż do Grudnia poluje na renifery, gdzieś tam u barbarzyńców północy.
Lulu przysunął się bliżej.
— W takim razie.... jadę.... jako gladjator.... czy zwyciężę?....
— Kusicielu! — szepnęła Wika zalotnie.
— Czy zwyciężę przeciwnika?... powtórzył.
— Męża?... przez to samo, że nie obecny.
— Co państwo projektują — spytał Artur.
Wiką i Lulu zaśmieli się swobodnie, — ona odrzekła.
Nowe igrzyska! baron jedzie z nami na walkę byków, potem do Monte-Carlo na tir aux pigeons i naturalnie... ruletę.
— Ja wolę trente et quarante — rzekła Ida.
— A ja baccarata — dodał hrabia Artur.
— Więc razem w świat do życia i zabawy! bo ono jest w niej — zawołał Lulu.
— A teraz słuchajmy walca.

W dobrach miljonowego magnata, którego okolica znała pod nazwą Krezusa, oczekiwano wielkich zmian. Krezus otrzymał bardzo znaczny spadek po rodzicach. Jego kapitały, mocno szarpnięte na różne potrzeby majątkowe, spęczniały poważnie. Krezus w każdym majątku miał fabrykę, gorzelnie, browary, turbinowe młyny. Podziwiano jego czynność, ale jakoś nie miał przyjaciół. On o to nie dbał, czując się wyższym nad opinję pospolitych ludzi. Używał świata i jego bogactw; w swych dobrach dawał zarobki wszystkim, którzy mu byli dogodni; roiło się tam od niemców i żydów, bo ich Krezus uważał za najpraktyczniejszych. Bawił się w sport, puszczając konie na tory, a gdy raz jeden koń złamał nogę, Krezus z zimną krwią zabił go sam. Nie lubił nieużytków. Do pasji jego należało polowanie z chartami, pierwszy pędził za niemi, wpijając ostrogi w boki wierzchowca aż do krwi. Z rozkoszą patrzał na psy jak rwały zająca, upajał się wrzaskiem mordowanego zwierza.
Krezus lubił i umiał się bawić po swojemu.
Nagle przyszły dziwne czasy, jakieś fermenty wśród ludu, agitatorstwo, filantropje.
Krezus kręcił głową powątpiewająco.
— Czego się to im zachciewa?.... — mówił do żony.
— Plebs zawsze nieugłaskany — odpowiadała ironicznie Krezusowa.
Ale ruchy w zrastały. Różne związki obywateli, uczącej się młodzieży, różne partje przewrotowe, zdumiewały Krezusa.
Społeczeństwo, kraj, lud, brzmiało dokoła, wywołując wielkie ofiary, rodząc zapał.
Do Krezusa zaczęły napływać prośby, odezwy o składki na cele społeczne. Z początku czytał i słuchał z zajęciem, potem — listy szły do kosza, a ustnie proszącym odpowiadał.
— Nie mam pieniędzy, jak dostanę spadek wtedy.....
Rzucał w powietrze obietnicę podkreślając ją wymownym gestem.
Życzliwsi brali jego stronę.
Nie ma gotówki, wszystko włożył w majątki, poczekajmy.
I fakt się spełnił. Olbrzymie sumy wzbogaciły kasę Krezusa. Oczekiwano zmian.
— Teraz on sypnie na dobre cele, teraz społeczeństwo pozna w nim opiekuna i patryjotę — mówili optymiści.
Posypały się piękne projekta okolicznych działaczów. Zakładanie szkółek w dobrach Krezusa, gdyż nie było ani jednej, ochron, szpitali.
Kosztorysy przedstawiono Krezusowi, ciesząc się z jego filantropijnych obietnic.
Grono obywateli pragnęło utworzyć parę instytucji społecznych, szerszej działalności, z udziałem inicjatorów. Liczono na największy współudział Krezusa. On kręcił głową na sesjach, wydymał usta, marszczył brwi i ciągle powtarzał:
— Genjalna myśl, tak, tak, wybornie.
Ale na sesjach się kończyło. Krezus pieniędzy nie dawał, ciągle mając na planie coś „pilniejszego“, a ruch brwi i gest ręki nasuwał pewność, że to coś bardzo ważnego.
Czekano cierpliwie, chociaż wśród pesymistów zaczęto sarkać. Optymiści uspakajali.
— Ależ czekajcie! to się pokaże, on pewno coś robi; dotąd skrycie, ale prawda wyjdzie na jaw; to musi być gruba robota.
I prawda wyszła. Krezus zaczął odnawiać pałac. Sprowadzeni z całego świata artyści kierowali robotami. Rzeźbiarze, malarze pracowali za olbrzymie sumy, czyniąc bogaty pałac skarbnicą przepychu i zbytku.
Marmurowe sale, kryształowe sufity, drogocenne materje rzucano na ściany. W parku zrobiono istny pogrom z niepotrzebnych drzew. Lipy, stare dęby, odwieczne buki, — to przesąd krajowy, — poszły pod topór Zastąpiły je angielskie ogrody, zagraniczne drzewa. Sadzono cyprysy, muzy, magnolie. Gustem naśladowano Szőnbrunn.
Krezusostwo krzątali się ogromnie zajęci.
— Cywilizujemy kraj — mówiła Krezusowa — trzeba mu dać choć jeden prawdziwie europejski pałac.
— A szkoły, szpitale?... a nasze projekta? — pytali trochę zmatowieni optymiści.
— Cierpliwości panowie, ja myślę o kraju, ja działam, lecz... do czasu... odpowiadał Krezus.
Znowu ruch dyskrecji i obietnic.
Pani Krezusowa tymczasem układała coraz nowe pomysły; dopomagał jej w tem jakiś młody, błękitny ptak miejski, który wplątał się w grono arystokracji i zyskał uznanie, nawet zachwyt. Stał się on encyklopedją gustu dla Krezusostwa, doradzał, chwalił lub ganił, i tysiące grzęzły w posadzkach i murach pałacu.
Pani Krezusowa jednocześnie bardzo polubiła zielony kolor. Okolica zdziwiła się ujrzawszy nowy zaprząg Krezusowej jadącej na spacer. Lando miało zielone (papuziaste) aksamitne wybicie, stangret i lokaj zielone liberje ze złotem, angielskie szory w zielone paski, a Krezusowa w jasno zielonej sukni z chińskiego jedwabiu, w takim samym kapeluszu, rękawiczkach, i z koronkową parasolką w zielone pasy.
Ludzie po wsiach otwierali gęby na tak niezwykły widok, a oświeceńsi zaczęli odgadywać do jakiej partji należy Krezus reklamowany przez żonę.
Pesymiści wyraźnie machali rękoma, nie mając już poparcia optymistów, gdyż i tych ogarnęło zwątpienie.
Dwa lata prawie odnawiali pałac, dwa lata najcięższych trosk społecznych, największych zaburzeń, najgwałtowniejszych potrzeb kraju.
Przestano wierzyć w obiecujące gesty Krezusa i odzywać się do niego w bieżących kwestjach. Rozżaleni optymiści spoglądali na niego z ukosa, pesymizm wziął górę.
Gdy pałac ukończono, Krezusostwo rozesłali mnóstwo zaproszeń na bal do nowej uklejnotowanej klatki. Przedtem jednak drgnął w Krezusie społeczny nerw, zapragnął działać.
Do okolicznych obywateli, pesymistów i optymistów, nadeszły własnoręczne listy jego, zapraszające na sesję w pałacu, gdzie przedstawi swe programy.
Powstał mały szumek, jedni się zapalali, drudzy chłodzili. Wiedziano bowiem, że odnowienie rezydencji pochłonęło takie sumy, że z dawnych zostały resztki. Ciekawość przemogła zwątpienie; pojechano.
Krezus przyjmował „braci patryjotów“ — tak ich nazywał — bardzo czule i gościnnie. Dał im wybornych win, jeszcze lepszych ostryg i najlepszych cygar. Wielu pod wpływem tych śliczności, wybaczyło mu wszystkie zawody, pito jego zdrowie z zapałem. Lecz większa część gości była wstrzemięźliwszą. Po obiedzie, czarnej kawie, cygarach przypomniano właściwy cel zjazdu, pytając o programy.
Krezus ruszył poważnie brwiami i uroczyście powstał z fotela. W głębokiej ciszy zaczął mówić pewnym głosem.
— Właśnie wezwałem tu panów, pardon!... sprowadziłem.... właściwie... prosiłem na sesję... tak, na sesję, w celu omówienia pewnych pomysłów społecznych. Dziś stoimy na drabinie, bardzo rzec można górnej, mówię — my, patrjoci. Szerokie horyzonty mamy przed sobą do działania. A zatem.... a zatem nie zasypiajmy panowie! dzwon obowiązku nas woła, nie cofajmy się!....
W salonie przemknął lekki szmer, kilka głosów mruknęło.
— Nie może się cofać, kto nie szedł.
— My nie spaliśmy wcale.
— Dzwon obowiązku, dawno brzmi.
Krezus mówił dalej.
— .....Ja więc jako patryjota, pragnę panów wciągnąć w swe zamiary, mam nadzieję, że pójdziemy społem, nie odmówcie mi!
Znowu pomruk.
— Nas wciągnąć?... to myśmy wciągali, bezskutecznie.
— ....Chcę przedstawić projekt — mówił Krezus — abyśmy wszyscy jednocześnie, podnieśli płacę dla służby. Ja daję przykład. To panowie będzie czyn filantropijny, to trzeba przegłosować. Rzucam myśl! Teraz druga.....
Spojrzał po obecnych, sprawdzając wrażenie. Siedzieli zagadkowo milcząc, tylko jego sekretarz kręcił się na krześle.
— ....Teraz druga: trzeba po wsiach, (uradzimy w jakich] pootwierać małe sklepy, rodzaj restauracji, gdzie mogliby zjeść i wypić, na wzór zagranicznych bierhallów. Do sprzedawania nic, tylko opłata, (uradzimy jaka) za jedzenie i picie. To punkt drugi.....
Znowu spojrzał na salę, czekał oklasków, ale nie było ich; sekretarz kręcił się ciągle.
— .... Punkt trzeci i... ostatni, dać ludowi, który nic nie ma prócz pracy.... dać mu.... teatr!....
Milczenie; sekretarz spadał z krzesła. Wszyscy siedzieli jak uśpieni, istotnie myśląc, że śnią. Krezus zniżonym głosem kończył.
— ....Te trzy punkta zaznaczam jako niezbędne. To podniesie ducha, wzmoże siły, i ostatecznie będzie kulturą dla tych mas.... ciemnych. Wierzcie mi panowie, że teatr da ogromny impuls, sztuka wyrobił w ludzie estetykę i zamiłowanie do piękna. Ja powtarzam, daję przykład i zaprowadzam to u siebie.
— Ale za co?... — odezwał się rozgorączkowany sekretarz.
Krezus zdumiał się.
— Jakto za co?
— Bo na to, panie szefie, trzeba pieniędzy dużo, a u nas....
— Co?... co? nie rozumiem!
— A u nas już ich... nie wiele.
Zgromadzenie poruszyło się. Panowie powstali rozległy się głosy chłodne, zawiedzione ostatecznie.
— Choćby pan miał pieniądze — mówiono do Krezusa — to nie jest cel pakować w bierhalle zagraniczne i rozpajać lud do reszty. Restauracje również nie na czasie.
— Co do podwyższenia płaty, to żaden z nas na to się nie zgodzi, z tej racji, że na to nie ma. Podwyżki były po strajkach, są już wyżyłowane, więcej dać nie możemy.
— Filantrop ja z cudzej kieszeni, — padł jeden głos.
— A teatr jest głupstwem, tam gdzie brak szkół, analfabetom potrzebniejszy belfer, niż aktor.
— Myśmy pozakładali ochronki, ale te nic nie znaczą wobec ogromnej potrzeby oświaty.
— Liczyliśmy na pana i jego dawne obietnice. Społeczeństwo wymaga ofiar, nie okruszyn.
Gdy po chłodnych pożegnaniach z obrażonym Krezusem „bracia patryjoci“ rozjechali się, on mówił do żony z ironiczną miną.
— To profani! nie potrafili ocenić moich pomysłów. Cóż wznioślejszego jak dać ludowi byt i sztukę?....
Krezusowa leżąc na kanapie ziewnęła rozkosznie.
— Mówiłam ci daj pokój, nie wdawaj się z nimi, sameś sobie winien.
On kręcił głową i uśmiechał się.
— Dziwni, dziwni ludzie — powtarzał.
Pani nagle zerwała się z kanapy.
— Mój drogi mówmy o balu! już za parę dni. Co ty sobie myślisz?....
Krezus ożywił się.
— A prawda! no więc? mów. Plan powzięty, opracowałaś go pewno?...
— Naturalnie ze szczegółami. Otóż najpierw bal, z udziałem muzyków i śpiewaków. Przytem rakiety, ognie bengalskie, potem turnieje. Mam zamiar urządzić konnego kadryla. No, i zresztą polowanie par force. To już twój wydział a na jesień uciekamy za granicę, prawda?....
Położył się na kanapie, i wyciągnięty wygodnie, mówił powoli.
— Chyba tak. Pałac skończony, możemy jechać, a tam się jakoś inaczej żyje, miękko i zarazem podniecająco. Wiesz?... tęsknię już do francuskich sałat i Lacrima Christi.
— A do rulety?...
— O także! muszę dużo wygrać, trochę jesteśmy spłókani. Ten pałac bajeczny — ale drogi.
— To trudno, mon cher, noblesse oblige, my nie możemy mieć innego pałacu.
— Muszę wygrać, — powtórzył sennie Krezus.
Przymknął oczy, i widział już czarny stół w kasynie, poznaczony figurami krupierów. Złoto błyszczało gromadnie.
— Muszę wygrać!

Południowe, złote słońce Rzymu rozjaśniało olbrzymie mury Colosseum. Wpełzając w szczerby i oczodoły okien, świeciło na kamieniach, ogrzewało gruzy. Październikowe słońce, już łagodniejsze, lecz zawsze jaskrawe. Miljonowy raz rozbłysło na jasnych kostjumach pań i panów, którzy weszli na dawną arenę podziwiając jej starożytność.
Panie brały piasek w rękę, i odłamki kamieni. Mężczyźni dotykali murów.
Wszyscy byli rozciekawieni, weseli.
Księżna Ida oglądała gmach z zajęciem.
— Czy ta arena większa? czy Madrycka?
Hrabia Artur badawczo badał ruiny.
— Trudno osądzić, tu pustka, a tam urządzenia, ławki i publika.
— Ach te walki! nie wychodzą mi z myśil — rzekła jedna z pań.
Przewodnik wskazywał lożę Cezara, powtarzając słowa nieskończonej śpiewki swego fachu.
Baron Lulu, Wika i Krezus chcieli koniecznie usiąść na ruinach dawnej loży, ale im odradzono, powalają się ubrania.
— Tu siedziała Poppea i Neron — mówiła jakaś księżniczka, — a tu może Winicjusz i Petroniusz.
— A tu na arenie była Ligia i Ursus.
Przewodnik nie słuchając rozmowy turystów, objaśniał bez przerwy, trzepiąc po włosku, wskazywał górne piętra ruin.
— Tam gromadził się lud rzymski zebrany na igrzyskach.
Hrabia Artur zamyślił się.
— Tak! — rzekł po chwili. Mury te pamiętają dużo, czasem i tu rozbrzmiewało nieludzkie wycie plebsu:
„Panem et circenses!“
Towarzystwo skrzywiło się, niesmak osiadł na wszystkich ustach.
— Eee! takie wstrętne rzeczy pan wspomina — zawołała Wika.
— Fe! idźmy stąd — rzekł Lulu — Hrabia poruszył poziome wspomnienia.
Krezus uśmiechnął się.
— To okrzyk i dewiza zbestwionego tłumu, już się on nie powtórzy. Mamy cywilizację.
Nachmurzeni z wyrazem wstrętu w twarzach, panowie magnaci wychodzili z murów.
Wielkie ruiny Colosseum zdawały się śmiać ironicznie, wyszczerzonemu oczodołami dziurawych lóż. Odwieczny gmach igrzysk żegnał nowoczesnych inteligentów barbarzyńskim okrzykiem:
„Panem et circenses!“




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Chleba i igrzysk!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.