Pan Perełka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Pan Perełka
Pochodzenie Człowiek w oknie
Data wydania 1933
Wydawnictwo „Wydawnictwo Współczesne“
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PAN PEREŁKA.

Jeszcze dawniej, za czasów, kiedy żył pierwszy mąż pani Klary, — kapelmistrz orkiestry kolejarzy, — pan Feliks Perełka, w domu istniał jakiś ład i porządek. — Bo chociaż pan Perełka często się upijał, to jednak potrafił być srogim i wiedział czego się trzymać i jak postępować, aby uśmierzać buntujące się hordy swych własnych dzieci i swą żonę Klarę, która tym buntom przewodziła.
A dzieci pan Perełka miał wiele. — Zdarzało się nawet, że gdy wracał do domu od Kwaśniaka (a zwykle, gdy stamtąd wracał, był w specjalnem usposobieniu), nie był w stanie poprostu ich się doliczyć. Dziwne historje działy się wówczas w domu Perełków.
Otóż pan Perełka siadał na krześle pośrodku pokoju, rozparłszy się na niem, jak Batory pod Pskowem, i grzmiącym głosem rozkazywał wszystkim wstawać. — Następnie każde z dzieci musiało się przed nim zameldować, że jest. Pytania padały jedno po drugiem: ile masz lat? jak się nazywasz? w którym roku się rodziłeś, — gdzie i na jakiej ulicy?
Czem jest twój ojciec i jaki zawód pragnąłbyś sobie obrać?
Chwilami zdawało mu się, że go oszukują, wówczas zwracał się do wystraszonej żony: — Klarciu! — czy to ten Maniuś, co miał w zeszłym roku na jesieni koklusz? — Bo mówi, że nie miał kokluszu!
Wreszcie padało tęgie pytanie, skierowane w stronę ostatniej ofiary: Ile masz braci i sióstr i wylicz kolejno ich imiona!
— No, a teraz idź spać, błaźnie, i na przyszłość wiedz o tem, że obowiązkiem szanującego się człowieka jest wiedzieć wszystko, o tych, którzy nas otaczają.
— A ty, Klarciu, powiedz mi ostatecznie, ile my mamy dzieci, — jako matka winnaś to wiedzieć.
W chwili, gdy padało to pytanie, Klarcia zazwyczaj już na dobre szlochała i odpowiadała cicho: siedmiu chłopców i cztery dziewczynki, sam o tem powinieneś wiedzieć najlepiej, ty nieszczęsny pijaku!
— Czy aby się nie mylisz, koteczko, — czy aby się nie mylisz, i pan Perełka zasypiał, pełen poczucia spełnionego obowiązku.
Rano role się zmieniały. — Stół, przy którym siedział pan Perełka, obstępowały dzieci, złorzecząc głośno; zwłaszcza Hipek, najstarszy — bo piętnastoletni wałkoń: to ci dopiero zabawę sobie wynalazł po nocy, — ojca udaje, a zadania mi kiedyś nie mógł rozwiązać. — Nie idziemy do szkoły, — czy możemy pójść do szkoły, skoro całą noc męczył nas zły ojciec, — no matko, powiedz sama?
Pani Klara zaś stała koło kredensu, patrzała na skulonego, chliptającego kawę męża i kiwając głową mówiła jak zwykle cicho: Mój Boże! — I ma się za człowieka inteligentnego, — a czy człowiek inteligentny potrafiłby podobnie bezecne zbrodnie po nocy wyprawiać? Przecież gdy wychodziłam za niego, czy była o tem mowa, lub w pierwszych latach pożycia? Jakiż przykład mają te dzieci!
— Czy nie możecie mnie, — gdy przyjdę w takim stanie, poprostu unieszkodliwić, — lub kilkoma sprytnemi posunięciami doprowadzić do apatji lub snu? — Wszak nie ja jeden upijam się na tym smutnym świecie, wracając do domu w porze nieodpowiedniej...
— Ojciec w ten sposób doprowadza nas do nieuctwa, — odpowiadał rezolutny Hipek, — bo czyż możemy się uczyć, mając głowę pełną ponurych wspomnień z nocy? A matka nasza, to co!
— O! — milczcie, bando przeklęta, — czy dom ten nie jest moim domem, w którymbym mógł po kroku nierozważnym nabrać sił do pracy!
— Do nowego pijaństwa! — powiadała cichutko pani Klara.
— Proszę być cicho! a wy, marsz do szkoły! Tu pan Perełka stawał się lwem i momentalnie uśmierzał strajkujących.
— Ty, Kostek, możesz pójść ze mną na próbę. — Klaro, podaj mi marynarkę alpagową, — o ile jest tam przyszyty brakujący guzik do jednego z rękawów.
Kostek miał piegi i był faworytem ojca. Do szkoły nie chodził, gdyż miał lat dziewięć i uczył się w domu. Zwykle towarzyszył ojcu na próby orkiestry kolejarzy.
Kostek lubił te spacery. Zdaleka było widać wielki, drewniany budynek, z którego dolatywały dźwięki instrumentów.
To kolejarze ćwiczyli się na swoich waltorniach, puzonach i klarnetach.
Gdy pan Perełka wchodził, robiło się cicho, — gdyż szanowano go za jego srogość i energję.
— Dzieńdobry panom, — proszę usiąść na swoje miejsca. — Kostuś! — tam w rogu stoi plecione krzesło, na którem również możesz usiąść.
Pan Perełka podciągał wgórę zbyt wystające mankiety od koszuli, brał w dwa palce trzcinkę, uderzał nią kilkakrotnie o swój pulpit i chwilę trwała cisza.
— A prawda! — wszakże panowie nie wiedzą, co będziemy grali, — otóż przerobimy sobie parę piosenek wojskowych, które to piosenki grać będziemy w rocznicę śmierci pana burmistrza Gołąbka. — Proszę sobie przygotować nuty: „Nie zapomnę cię, olszyno“. — No, — proszę, — proszę, zaczynamy:
— Um-parara, — (pan Perełka zwykle pomagał sobie głosem), umpa­‑ra­‑ra, tum­‑ba­‑rara, — tum... Panie Tomnik! pan jak zwykle nie potrafi trzymać przyzwoicie klarnetu, — klarnet, mój panie, trzyma się tak, iżby wyglądał jak klarnet w ręku muzyka, a nie jak muzyk w rękach klarnetu, — ot tak, proszę!
Pan Perełka poczynał się rozgrzewać i kolejarze z niepokojem śledzili jego ruchy.
— Zaczynamy! — Um­‑pa­‑rara, — umparara, wyżej tam w końcu, do stu patyków, — umparara — allegro! — to jest w nutach, u djabła!
Włosy się wichrzyły na głowie pana Perełki i wygląd miał niezwykle złowrogi a potężny.
Dalej! — taj­‑tiuriutiu, — taj­‑tiuriutiu, — panie Wężyk! — czy pan trzyma w rękach tubę od gramofonu, w którą pan wrykiwujesz jakieś tony bez związku, czy waltornię? — Przecież masz pan przed nosem nuty, na których znasz się pan niewątpliwie, grając w mojej orkiestrze, a nie u tego partacza Bubki.
— No, dalej! — Hop­‑lololo, — hoplololo, — dobrze, dalej tak, dalej, — hoplolo, upa­‑upa, — oś! — Boże, — wszystko na nic, na nic, rozumiecie! — bodajeście poginęli nędznie, — na podwórka was wysłać, — o! partacze!!!
Powtarzało się to kilkakrotnie, — aż wreszcie pan Perełka jako tako zadowolony, brał Kostka za rękę mówiąc: chodź, idziemy do domu odpocząć.
Lecz na placu Umiłowań, nawijał się ten przeklęty pisarz od rejenta, Korpiej, albo komendant straży ogniowej Głowacki i pan Perełka mówił do Kostka: idź do matki i powiedz że ja będę za chwileńkę.
— Dzieńdobry panie komendancie, — podobno wczoraj spaliły się zabudowania pana Zwirzka, — w których to zabudowaniach hodował on swoje rasowe króliki; krzyżaki, klapouchy i tym podobne. Króliki te podczas pożaru rozbiegły się po okolicy i dziś rano, chłopcy w pogoni za temi w gruncie rzeczy niewinnemi zwierzątkami, potratowali okoliczne zasiewy, tak że już wpłynęło parę skarg na ręce pana burmistrza. A Zwirzek siedzi sobie w stolicy, i nie wie jakie czekają go nieprzyjemności. — Takie to życie urządza nam niespodzianki! — Aa.
— Panie Perełka! — kto panu takich głupstw naopowiadał, — w prawdzie miał miejsce wczoraj maleńki pożarek w ogrodach pana Różyckiego, mianowicie zapalił się z niewiadomej przyczyny płot okalający ogród warzywny, i który to pożarek umiejscowiłem natychmiast, zapobiegając w ten sposób możliwości rozszerzania się szkodliwego żywiołu. A co do pana Zwirzka, to mylisz się pan twierdząc iż jest on w stolicy, — ponieważ spotkać go możemy u Kwaśniaka.
— No, chodź pan na małe piwko, bo nie można powiedzieć ażeby było za chłodno!
Pan Perełka skonfundowany rozsiewaniem nieprawdziwych pogłosek, rad nierad szedł na piwko, chodź w głowie miał ponury obraz poranka.
U Kwaśniaka pan Perełka zapominał o rannych manifestacjach, słuchając zwierzeń pana Zwirzka, że hodować króliki byle kto nie potrafi, i, że gdyby społeczeństwo zainteresowało się hodowlą tych zwierząt, w kraju by napewno lepiej się działo. A potem pan Perełka całował się z komendantem straży ogniowej, i przyrzekał solennie że w jego domu pożar nigdy nie wybuchnie, bo on sam by na to nie pozwolił. Następnie w noc, pan Perełka wracał do domu i w korytarzu już krzyczał: wstawać gałgany! — ja was — ja!
Aż pewnego poranka, pan Perełka ciskając pioruny na niemrawego klarnecistę, dostał ataku sercowego i nim Kostek skoczył po wodę, zacny kapelmistrz już nie żył, ściskając kurczowo w ręku trzcinkę.
Na pogrzebie pana Perełki burmistrz miasta wypowiedział sławną mowę, w której dowiódł, że wyjaśnił co stracili w osobie kapelmistrza Perełki.
Orkiestrą kolejarzy dyrygował Bubek, a niezdarny klarnecista Tomnik, trzymał klarnet prawidłowo i grał przecudnie.
Jakoś pod jesień zjawiła się u pani Klary Bubkowa i powiedziała że jak się ma tyle dzieci, nie można długo trwać we wdowieństwie, a organista, Teofil Submiłka jest człowiekiem zacnym i godnie zastąpi zmarłego pana Perełkę.
Organista nie upijał się wprawdzie, lecz okazał się skończonym niedojdą i perełki rozsypały się po świecie, wspominając energicznego ojca, który umarł na posterunku. A ten piegowaty Kostek, wyrósł na tęgiego kapelmistrza i gdy późną nocą wracał do domu czynił żonie wymówki, że nie mają dzieci i, że u jego ojca działo się inaczej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.