Pan Karol/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.
CO TO MOŻE KOCHANIE.


Czegoż nie zrobi kobiéta kiedy kocha, mężczyzna gdy pożąda!
Wykrzyknik starego kawalera.

— Da fiż! da fiż! dalbóg krzyknę! da porzuć że Gustawie. Jezu Chrystusie! Na nogę, na nagniotek nadeptał! Da porzuć! fiż! da odstąpże się proszę! A niechajże Wasana!
Gustaw, który wzorem brata natrętnym szturmem do ust panny Hermenegildy, takie wykrzykniki wyciskał, odstąpił powoli i zadumany podparł się na stoliku, spuścił oczy nie śmiało, mówiąc.
— Więc mnie nie kochasz, Hermusiu?
— Da, kiedy już raz mówiłam że kocham, to kocham miłością, ale to całowanie to dalibóg może i grzech, zwłaszcza przed ślubem, przed zaręczynami.
— A! siostruniu, czyż katechizm zabrania całować się? Owszem, sama religja nakazuje miłość, a miłość nakazuje całować się.
— To tak! powiedziała panna zdziwiona argumentem, to tak! A kiedy tak to co inszego, bo ja o tém nie wiedziałam. Nu, nu! to pocałuj, ale wszelako nie przybliżaj się bardzo, bo to pamiętaj przed ślubem, przed zaręczynami.
Ognisty pocałunek za wspólną zgodą stron obu, połączył usta panny Hermenegildy i Gustawa uszczęśliwionego swojéj dialektyki tryumfem. Westchnęli oboje.
— Da fiż! porzućmy te wzdychanie! Już ja dalbóg żeś kiedy mówiłam że kocham to kocham prawdziwie! I nie turbuj się, bo pójdę za ciebie.
— Ale, zmiłuj że się moja droga, przyśpiesz tę chwilę szczęścia, nie uwierzysz jak przykro jest czekać.
— Da, ja to wiém i bardzo! Nieraz u Bernardynów póki xiądz wyjdzie ze mszą świętą, to tak czekając, Boże odpuść, ale to na twoją chwałę, aż trochę złości biorą.
— Otoż, kiedy tak czujesz jak ciężkie jest oczekiwanie, przyśpiesz droga Hermusiu, chwilę ślubu.
— Nu, dobrze! niechaj tak! A kto da na zapowiedzi, czy ty, czy ja? — Może ty mój lubeńku?
— Ja, nie dam, bo niémam ani grosza.
— Otoż to jedna biéda nasza, że ty goluteńki, mój drogi, a to nie wiem jak tu i pójść za ciebie, kiedy ty taki goły. Z czego my będziemy żyli? Mąż, potrzeba żeby miał fortunę.
— A i ja też będę miał, teraz tylko niémam, ale pewnie mieć będę i wielką, odpowiedział z przekonaniem Gustaw. Naprzód, po stryju, który ma prawda dwuch synów, ale bardzo słabego zdrowia, jak ci dwaj synowie umrą, co niezawodnie nastąpi, spada na mnie fortuna znaczna.
— Jakże wielka?
— Kilka miljonów.
— Milljonów! Jezu Chryste! to ty będziesz bogaty jak jaki Król.
— Zapewne. Przytem wiém o jednym skarbie w Białowieżskiéj zakopanym puszczy, gdy dójdę tylko miejsce, wezmę tam jeszcze więcéj jak po stryju!
— A, ba! to byś za to całe Wilno kupił!
— I więcéj może.
Jezu! Jezu! to ty bogaty!
— Oczewiście!
— No, to dajże na zapowiedzi.
— A, ale kiedy teraz niémam ani grosza!
— Otoż to sęk! to tak wydaje się jakby ty był goły! No! no! ale co się przewlecze, nie uciecze, potrzeba tylko żeby ty zapisał mnie cały swój majątek, osobliwie ten, co to w puszczy.
— Najchętniéj, zapiszę cały.
— To taki zwyczaj! a ja tobie dożywocie zrobię!
— Bardzo dobrze! Tym czasem tylko na oporządzenie się potrzeba mi pieniędzy.
— Pożyczyć?
— Tak jest.
— No, no, to ja pożyczę. Ale na jaki to procent? bo to w Żmudzi kiedy tak pożyczają to na dziesiąty, ale jak tobie, że to niby mężowi, niechaj będzie na siódmy?
— Nic sprawiedliwszego.
— A wiele tobie potrzeba?
— Dukatów ze trzysta!
— Co! co! tak wiele! a cóż ty z niémi zrobisz?
— Naprzód, kocz, konie —
— Da, fiż, ani się waż! Ja tego nie chcę żeby my koczem jeździli, czy to my Marszałkowie, czy to my Hrabiowie! Ehę! kałamaszeczką!
— No, jak chcesz, ale same moje potrzeby! zostałem ze wszystkiego okradziony nie dawno, wszystkiego potrzebuję.
— Da cóż, surdut i frak kupić na tandecie?
— A! niepodobna! To jest zwyczajem na Żmudzi, że żeniąc się nic starego nie można, nic a nic, wszystko powinno bydź nowe, inaczéj szczęścić się nie będzie. Tak tedy miarkujesz moja droga, że od stop do głów oporządzić się, wiele kosztuje. Mianowicie, że nasze męzkie suknie bardzo są drogie!
— Drogie? hę?
— A! niesłychanie! trzysta dukatów wyjdzie łatwo na oporządzenie uczciwe.
— Na cóż uczciwe?
— Taki zwyczaj na Żmujdzi!
— Da, kiedy zwyczaj na Żmujdzi, to co inszego! A no, bratuniu napijemy się herbaty, żeby kto nie nadszedł potém. Ja tobie z kochania, to zobaczysz jakiéj dam słodkiéj, by ulop. Franciszko!
— A co pani?
— Zrób no herbaty i przynoś. A jak tamten brat przyjdzie, ten blondyn co to wiesz, co to mnie chciał całować, to powiedź mu że ja spię, chora jestem, że mówię pacierze, a nie wpuszczaj.
— Nu, nu dobrze!
— Otoż dzięki Bogu, to my już by dwa gołąbki zostali się sobie we dwojeczku. A ja z kochania, to każę i bułki przynieść świeżéj, czy dobrze rybenieczko?
— I owszem.
— Albo może sucharków? co?
— Jak chcesz.
— Da! już ja wolę bułki, bo tańsze i więcéj się najesz, ale kiedy ty chcesz to ja tobie każę i sucharków przynieść!
— Nie, dla mnie to wszystko jedno.
— Franciszko! przynieść od Federa świéżych dwie bułek za pięć groszy —
— No czegoż ty tak mocno zamyśliwszy się? Czy ty się turbujesz? A kiedy ja kocham, to nie turbuj się, bo kiedy nie kochała Karola, to jemu taki z góry powiedziała, a ciebie kiedy pokochała miłością, to pokochała. Ty mnie bywało i snił się co noc, a wszystko idzie, a w ręku trzyma, worek z dukatami. Żeby ty się był nie oświadczył na ożenienie, to by ja była kazała sobie krwi puścić, tak kochała. Taż to i jeść mnie się czasem nie chciało i siadała i dumała, a wszystko o tobie. Teraz że już, aby prędzéj do ślubu.
— I ja radbym prędzéj, choć dziś.
— Da, już bez zapowiedzi niemożna, a i ja taki każę sobie wyprać białą suknię z falbonami. — Tać to i łóżka trzeba podobno podwójne, bo razem będziem spali.
— Naturalnie, Hermusiu.
— To ty u mnie i ze mną będziesz mieszkać?
— Zawsze!
Chwila milczenia.
— Jednakże, rzekł Gustaw, jeśli tu Karol będzie, choćby się pytał, nie mów nic o tém, co między nami zaszło i żeśmy sobie słowo dali.
— O! zapewne! ani słowa, Boże broń! On taki zakochany, to jakby się dowiedział, że my już po przyrzeczeniu, toby awantury dokazywał; już jemu chyba po ślubie powiemy.
— Po ślubie, moja Hermusiu! rzekł Gustaw całując ją znowu! po ślubie! o jak mile to brzmi w uszach moich, jakże będę szczęśliwy, kiedy —
— No! no! sza! żadnych wszetecznych obrazów! Boże broń! Co będzie to będzie, a teraz ja panna! Cicho! Pamiętaj że o zapisie całéj fortuny, téj co to w puszczy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.