Pan Karol/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.
ŚLUB I CO BYŁO PO ŚLUBIE.


Z zbytniego przywiązania, rodzi się zbyteczna nienawiść.
Axioma poróżnionych.

W kościele xięży Missionarzy pod późną porę, bo blizko dziewiątéj wieczornéj, zapalano światła, organista siadł do organów, niecierpliwie oczekując chwili, w któréj będzie mógł palce swoje puścić w pogoń za uciekającą od nich uporczywie muzyką i beknąć Veni creator; rozesłano kobierzec u wielkiego ołtarza — były to przygotowania nie wątpliwe do ślubu. Nawet zakrystjan był w nowéj kapocie, a przed drzwiami zakrystij widać było xiędza w komży i stule, czekającego, wyglądającego, przyjazdu państwa młodych. Wtém, na zégarze wieżowym wybiła dziewiąta, organista zakaszlał, xiądz zaczął się przechodzić pomrukując i poprawując biretu, zakrystjan poucierał swiéce — nikogo nie było jeszcze.
Xiądz dobył tabakierki i zażył tabaki, następnie poczęstował nią zakrystjana, który ukłonił się tak nizko, że mu aż w grzbiecie coś pękło; w téj właśnie chwili zahuczały pojazdy, we drzwiach szmer dał się słyszeć, organista wychylił głowę z choru, xiądz z zakrystij, patrzają. — Środkiem ciemnego kościoła postępuje postać w bieli z wieńcem na głowie, oczewiście panna młoda; przy niéj dwie drużki, daléj w białéj kamizelce i granatowym fraku, z bukiecikiem pan młody, a przy nim kilku mężczyzn. Państwo młodzi pomodliwszy się trochę, postąpili do ołtarza, huknął z choru Veni Creator aż się okna trzęsły, nastąpiła przemowa pełna figur krasomówskich, związanie stułą, zamiana pierścieni, panna Hermenegilda wyrzekła fatalne — da tak! mąż równie; pomodlili się znowu, zapłacili, siedli i pojechali, połączeni na zawsze. Z nimi były dwie stare panny drużki, pan Podsędek Wierzgajło i Ferdynand Klapucewicz, drugi bardzo zacny obywatel, niegdyś zamieszkały w Pińszczyźnie, a potém na Żmujdzi.
Panna Hermenegilda, przejęta zapewne ważnością odbytego obrzędu, milcząca była i wzdychała, według wszelkiego podobieństwa, nad zbliżającą się utratą stanu panieńskiego.
Gustaw przeciwnie był wesół, jak to mówią, jak gdyby go kto na sto koni wsadził. Smiał się, żartował, sciskał ukradkiem rękę swéj żony, kazał konie popędzać i tak dojechali szczęśliwie na Skopówkę, gdzie znaleźli pokoje oświecone, a jeden nawet przynajęty. Wielkie tu zaszły odmiany, znikła stara poduszka faworyta Amurka, kanarki przeniosły się do kuchni, kot niemający już prawa wchodzić, miauczał pode drzwiami. Fortepianik wystrojony stał otworem, kwiatów na jakie tylko jesień zdobyć się może, pełno było wszędzie, to jest, rozmarynu emblematycznego, jerańjum, hortensij, karolinek i t. p. osobliwości.
Jak tylko z kościoła państwo młodzi wrócili, podano herbatę, a do niéj cukru aż dwie cukierniczki i to nie czarnego, ale kandysbrotu a sucharków lukrowanych z migdałami i ciastek cały półmisek! Kucharka, która roznosiła przysmaki, tego dnia ubrana była czysto, umyta i naróżowana, co ją niezmiernie martwiło, bo musiała uważnie chodzić koło wszystkiego, aby się nie powalać, a tyle miała na głowie.
Po herbacie, usiadł pan Podsędek z panną młodą i panem Ferdynandem (którego mimo pięćdziesięciu kilku lat nazywano Ferdusiem) grać w marjasza do puli. Panu młodemu pozostało myśléć o cukrowéj kollacij. Dwie panny drużki biało strojne, a stare i brzydkie, wydające się jak smiecie na porcellanowym talérzu, już to przypatrywały się grającym, już bawiły się z Amurkiem, już brzdąkały o ile umiejętność dozwalała na fortepianiku, przez wszystkie jego pół piątéj oktawy.
Właśnie pani czy panna młoda (rzecz jest nierozwiązana jak nazywać należy w takiém zdarzeniu) miała dawać panu Podsędkowi suchę, gdy osobliwszy hałas jakiś dał się słyszéć na wschodach. Wśród panującéj tam wrzawy, słychać było głos staréj Franciszki, ryczący jak piorun wśród burzy. Zawieszono grę, wszyscy nastawili uszu, drzwi się otwarły, ukazała się Franciszka zagradzająca rękoma wejście komuś przybywającemu i wołająca piskliwie.
— Nie puszczę! nie puszczę! Pani nie kazała! nie puszczę!
Amur ocucony tym hałasem, a w złym humorze, z powodu wywłaszczenia z ulubionéj poduszki, porwał się natychmiast szczekać, a nawet i kąsać już gotów.
Któś z sieni się odezwał.
— Stara sekutnico! puszczaj, bo ci pałką łeb rozwalę! jak mi smiesz wejścia bronić?
Panna czy pani młoda zbladła, był to znany jéj głos Karola: prędko jednak przychodząc do przytomności, zawołała zbierając karty do ręki.
— Puszczaj — da puszczajże Franciszko!
— Chyba tak! mruknęła sługa, odeszła ode drzwi na bok, a pan Karol wbiegł do pokoju. Spójrzał po pokoju, po gościach, na wieniec panny Hermenegildy, zdziwił się i osłupiał.
— No, no, czegoż tak stanąłeś jak kół bratuleńku, ozwała się pani młoda, da cóż, ot widzisz, poszłam za mąż —
— Za mąż! zawołał Karol. A wtém ujrzał wychodzącego z drugiego pokoju Gustawa z uśmiéchem ironicznym na ustach i znaczącym bukiecikiem przy fraku.
— A to zapewne pan młody? spytał wskazując palcem na brata.
— A tak! a widzisz, pan młody. Nu, nu, nie wytrzeszczajże tak oczów ze złości, fi! dalbóg, by jaka poczwara! porzuć, może się herbaty napijesz?
— O! bardzo ci za nią dziękuję, rzekł Karol zgrzytając zębami i zapalczywie patrząc na Gustawa. Teraz już mogę skwitować z twojéj herbaty. Czy nie dość że, że ją piłem za moje grzechy, starając się o twoją wyschłą rękę, stary czupiradle?
— Aj! Chryste panie! krzyknęła pani młoda. Karty wypadły jéj z rąk i — omdlała —
Wszyscy skoczyli ją ratować. Karol tym czasem rzucił się na kanapę, a Podsędek w patrując się w karty rozsypane po podłodze, zawołał nie zważając na omdlenie i wypadek cały.
— Przegrałem! miała panfila!
Omdlenie było tak doskonałe, że dwie stare panny, dwie karafki wody, dwa kieliszki octu, i dwie szczypty tabaki, nic z początku nie pomogły. Pan młody dopomagał bardzo przykładnie a Podsędek sądząc że wiadomość ta przyczyni się do otrzeźwienia, wołał co chwila, trącając w bok omdlałą.
— Jejmość, jejmość, najniższy sługa, upadam do nóg! dostałem suchę, pani wygrała! nie mdléj Asińdzka!
Wreście przyszła do siebie, i rzucając wzrok na smiejącego się szydersko Karola, zawołała:
— A! uwolnijcież mnie proszę od tego fixata, grubjanina, wypchnijcie go za drzwi! Wszyscy Święci i aniołowie, on tu przyszedł, żeby mnie łajał i obrażał! Panie mężu, panie Gustawie, choć to brat, ale dalbóg, żeby tu jego nie postała — Za kark, precz, bo drugi raz struchleję!
— Karolu, odezwał się Gustaw podchodząc wreście ku niemu, znam nieczułość twoją, znam jak jesteś na wszystko obojętny, jak cię mało cudza przykrość obchodzi, i niewiele kosztuje wyrządzenie krzywdy; ale przypomnij sobie, żem twój brat, a to moja żona. Przez wzgląd na to, jeśli ci gniew twój nie dozwala się utrzymać w granicach przyzwoitości, oddal się. To mój dom jest, mam prawo w nim roskazywać.
— A! pompatycznie bratuniu, zagadnąłeś mnie! zawołał Karol. Kiedy ja ciebie nie raz zdychającego z głodu żywiłem ostatkami, dzieliłem się z tobą od gęby, ty mi teraz, jak jakiemu łazarzowi dom wypowiadasz! Ty mi radzisz pójść precz ztąd! Ha! radbym bardzo wiedzieć kto mnie ztąd wyprowadzi, jeśli wyjść nie zechcę?
— Da ja! ja sama, ty trupie przemierzły! ja panna, (nie nie panna, ale Hermenegilda)! ja za czub cię wyprowadzę, włosy ci wydrę z głowy, poszczuję psem, każe ci wiadro pomyjów wylać na głowę, jeśli nie pójdziesz precz.
— Powoli, powoli droga pani, przerwał Karol obojętnie wyjmując z kieszeni i śliniąc cygaro — gniew piękności szkodzi. Zacny mój pan braciszek postąpił sobie wcale nie po bratersku a co miał mnie dopomódz, to sobie dopomógł; bardzo dobrze! No, bracie, gdy to cygaro wypalę, będziemy się strzelać, tu w pokoju!
— Najchętniéj, choć zaraz, odpowiedział zimno Gustaw.
— Ach! Jezu Chryste! Święty Janie Nepomucenie! Święty Wincenty! ratujcież mnie! Bezbożnik, zbójca, chce mi męża zabić! dam znać do Izby Skarbowéj, okują cię w łańcużki! wołała panna Hermenegilda. — Da ty, mężu, ani waż się, on zabić może, on już tak Panu Sędziemu zabił żonę. Ratujcie, ratujcie! panie Podsędku biegaj na miłość Boga, daj znać do Izby Skarbowéj, niechaj go wezmą.
— Najniższy sługa, odparł Podsędek biorąc z kąta kij i czapkę powolnie, upadam do nóg! — Ale ten pan ma pół milljona! pół milljona!
— Da, żeby miał i sto milljonów, to takiego łotra powiesić. Tylko co jeszcze po ślubie, on mi już chce męża zabić; ja jeszcze nie mężatka prawie a on mnie chce wdową zrobić. Ratuj panie podsędku biegaj! drążki weź, ja zapłacę, tylko targuj się! no! no! A ty uciekaj, kiedy tobie życie miłe.
— Widać że nie bardzo miłe, odparł smiejąc się Karol, kiedy tak spokojnie siedzę. Panie Podsędku nie bądź osłem i nie ruszaj się z tąd.
— Osłem? najniższy sługa! upadam do nóg, rzekł obrażony Podsędek, czy to pan jesteś Radcą stanu i Kawalerem orderów, że mnie śmiész osłem nazywać?
— Nie bredź, stary gryzipiórka, postaw kij, siedź i ani krokiem się nie ruszaj, bo mam przy sobie pistolety i jeśli ci w łeb nie wypalę, to nogi pewnie poprzestrzelam, byleś się ruszył do drzwi. Ty zaś panie bracie naciesz się z żoną, bo na honor, może i nie długo już cieszyć się nią będziesz. No! uściśnijcież się proszę, niech no ja waszą zaślinioną czułość osobiście zobaczę! cha! cha!
— Da dalbóg już duszy we mnie niestało! kiedy wasan panie Podsędku nie idziesz, to ja sama polecę i męża z sobą wezmę, żeby mu tu co nie zrobił. Chodź, pójdziem na skargę! Jezu Chryste! niechże wezmą do turmy tego zbójcę!
— Cichoż! wrzasnął Karol. Bardzo proszę siedź wasani na miejscu, bo ja nie robię różnicy między mężczyzną a starą jak ty babą, tak tobie jak jemu po nogach wystrzelę, byleście się ztąd ruszyli.
— A! a! I pani młoda omdlała znowu. Gustaw blady, zgrzytając zębami od gniewu, pobiegł ją ratować, rzucając okropny wzrok na brata. — On zaś palił cygaro spokojnie i dopiéro skończywszy je, splunąwszy, rzucił w kąt niedogarek, zadeptał nogą i odezwał się w te słowa, kładnąc parę pistoletów na stoliku.
— No! ocuć się Hermusiu i posłuchaj.
— A! a! krzyknęła przychodząc do przytomności pani młoda, wypchnijcie go, wypchnijcie, nie wytrzymam. Chce mi męża zabić! Chodź mężulku! chodź do mnie! jeśli ten niezbożnik myśli cię zabić, niech do nas razem strzela, ja ciebie nie puszczę!
— A! na honor, to heroicznie! poświęcenia takiego w kobiécie nigdy jeszcze nie widziałem. Bardzo pięknie: bardzo przykładnie, warto wydrukować: zawołał Karol polegając od śmiéchu. Jeśli już tak go kochasz, przebaczam wiarołomnemu bratu, jedynie dla tego, że widzę iż się w nim ta stara baba zakochała do szaleństwa, jak gdyby nigdy nic lepszego nie widziała!
— Stara baba! ach, cóż to za język piekielny! dwudziesty piérwszy rok!
— Cicho! cicho! metryki nie jestem ciekawy, twarz ją pokazuje. Oto mój warunek; nie chcesz Wasani abym się strzelał z Gustawem? dasz mi sto dukatów. Tylko sto; proszę zważyć, że niewiele żądam, a jak się strzelam i fechtuję, mój brat wie najlepiéj.
— Da, żebyś ty niedoczekałeś, żebym ja tobie dała sto dukatów przeklętniku, rozbójniku! Da fi! dalbóg grosza nie dam. Sto dukatów, da to blisko trzysta rubli, blisko dwa tysiące! Jezu Chryste!
— No, jeśli wasani więcéj cenisz sto dukatów niż swego najukochańszego Gustawa, to dobrze — będziemy się strzelać, tu zaraz. Jeżeli zaś go ubiję, najuroczyściéj przyrzekam ożenić się z waćpanią na jakich dni kilka.
— A! a! żeby ty moje pięty lizał, żeby na całéj ziemi nie było drugiego kawalera, żeby przyszedł koniec świata, to ja ciebie nie zechcę! Ja ciebie! Na, z resztą dam sto dukatów, ale kiedy tu więcéj twoja noga postanie, to dam znać do Izby Skarbowéj, w dybki cię zakują jak zbójcę i na Sybir odeszlą.
To mówiąc pani młoda kazała mężowi wyliczyć bratu oznaczoną summę, a Gustaw rzucił piéniądze z gniewem na stół. Karol najobojętniéj schował je do kieszeni, zapalił u stojącéj świécy cygaro, nałożył czapkę na uszy i świszcząc wyszedł z pokoju.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.