Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XLV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XLV.

Nagle obudziłam się.
Był to dzień szczególniéj ożywiony, a zarazem pracy pełen; od rana już pracując, nie mogłyśmy jednak czasem nastarczyć. Oddałyśmy i przyjęłyśmy kilka wizyt, uczestniczyłyśmy na proszonym obiedzie, a wieczorem miałyśmy być na tygodniowéj herbacie u pani Natalii.
Po powrocie z obiadu, zdjąwszy z siebie ciężkie obiadowe suknie, obie z matką dla wytchnienia rzuciłyśmy się na sofkę w gabinecie, i czekając, nim światła podadzą, wiodłyśmy z sobą o zmroku poufną a wesołą pogadankę. Toczyła się ona wyłącznie około zajść i spraw salonowych. Obie z matką, posiadając dar spostrzegawczy, udzielałyśmy sobie rozmaitych uwag, spostrzeżeń, poczynionych na otaczających nas osobach, i tém zapełniałyśmy sobie krótkie i rzadkie chwile, w których pozostawałyśmy sam na sam. Tego dnia pogadanka nasza była bardzo wesołą, i właśnie z największém ożywieniem opowiadałam mojéj matce o tém, jak na wczorajszym wieczorze pan Ignacy prześladował mnie swemi bohaterskiemi pozami, a pan Alexander wzdychał za mną wszędzie, gdziem się tylko obróciła; gdy weszła do pokoju panna służąca, niosąc na tacy kandelabr z zapalonemi świecami i list, zaadresowany do mnie.
Wzięłam list ten w rękę i wpatrzyłam się w pismo na kopercie.
Z wyrazu mojéj twarzy matka moja coś niezwykłego wyczytać musiała, bo zapytała mię dość żywo:
— Od kogo ten list, Wacławo?
— Od mego ojca — odrzekłam i rozłamałam pieczątkę; zarazem podniosłam oczy na moję matkę, i spostrzegłam, że nachyliła się nagle i bardzo pilnie poprawiała sobie tunikę sukni, chociaż ta wybornie leżała, nie potrzebując wcale poprawiania.
Usiadłam bliżéj światła i czytałam.
List mego ojca był długi, przychodził aż kędyś z Włoch południowych, gdzie, po zwiedzeniu wielu innych krajów, przebywał mój ojciec w celu zbadania tamtejszéj Fory i Fauny, oraz przypatrzenia się starożytnym wykopaliskom Pompei, zajmującym bardzo żywo wówczas cały świat uczony.
W prostych, lecz dziwnie pięknych wyrazach, opisywał mi mój ojciec podróże swe po morzach i lądach, opowiadał o niebotycznych Alpach, wrzących ruchem ogromnych miastach, niezmierzonych okiem oceanach. W całém jednak długiém tém piśmie nie znalazłam tych przestróg i nauk ojcowskich, których pełen był list, odebrany przeze mnie od ojca w przeddzień opuszczenia pensyi.
Zastanawiałam się właśnie nad tém, gdy przy końcu dopiéro pisma spotkałam następne wyrazy, będące odpowiedzią na list mój ostatni, w którym opisywałam mu pobyt mój z matką w mieście.
„Widzę, Wacławo — pisał mój ojciec — że wyobraźnia twa porwaną została wirem i gwarem, który cię otoczył, i że pomimo to, w chwili, gdyś do mnie pisała, obudziła się w tobie rozwaga i nasunęła ci pod pióro pytania i wątpliwości, któremi podzieliłaś się ze mną. Cieszy mnie w tobie ten objaw, gdyż, oprócz dowodu twego do mnie zaufania, daje mi on jeszcze przeświadczenie, iż masz wrodzonego sobie ducha badania, pragnienie ujrzenia prawdy i poryw do wszystkiego, co dobre. Niemniéj jednak nie będę teraz odpowiadał na pytania rozliczne, jakie mi zadałaś, naprzód, że, aby to uczynić, trzeba-by tomy całe napisać, następnie dlatego, że nie chcę uchybiać matce twojéj, mieszając się do spraw twych wtedy, gdy zostajesz pod jéj opieką. To mi tylko serce i obowiązek ojcowski powiedziéć nakazuje: śród natłoku wrażeń, jakich doświadczasz, kładnij często rękę na sercu i pytaj pilnie każdego rodzącego się uczucia, zkąd pochodzi, jakiém jest jego źródło? A gdy na gwarnéj i pełnéj ruchu drodze, na jakiéj stoisz, przyjdzie ci posunąć się o krok daléj, lub postępek jaki wykonać, szukaj wtedy chwili samotności, otrząśnij się z wpływu wrażeń, i skupiwszy wszystką myśl swoję, pytaj jéj usilnie: ku jakiemu celowi doprowadzi cię krok, który uczynić zamierzasz, i jaką wartość moralną posiada postępek, którego jesteś blizką? Bo, córko moja, tylko świadomość źródła, z którego płyną uczucia nasze, i celu, do którego dążą postępki, może ratować nas od popełniania błędów okropnych, ochronić serce od zepsucia i życie od złamania, bo ani szczęśliwym, ani cnotliwym nie może być ten, kto nie wié, dlaczego czuje i działa!“
Po tych wyrazach donosił mi jeszcze ojciec mój, że za parę miesięcy wróci do kraju; kończył list słowami: „Jestem pewny, że matka twoja dotrzyma danego mi słowa, i że, gdy wrócę, przybędziesz do mnie z kolei, aby i ze mną przepędzić czas pewien.“
Skończyłam czytać i ręce list trzymające w zamyśleniu opuściłam na kolana. Dziwne ogarnęło mię wrażenie. Zdawało mi się, jakobym przed chwilą pogrążona była w śnie, sprawionym przez użycie narkotyku, i że ktoś niewidzialny położył rękę na mojém ramieniu i przebudził mię nagle. Język mego ojca, prosty, jędrny, a jednak podniosły i wspaniałego bogactwa pełen, tak szczególnie różnił się od tego, jakim przemawiali otaczający mię ludzie! Obrazy, jakie, opisując swe podróże, stawiał przed moją wyobraźnią, wyglądały jak olbrzymy obok tych, na jakie codzień patrzyłam! Wobec postaci mego ojca, wyłaniającéj się z listu jego, jakże małymi wyglądali ci mężczyzni, którzy, paląc przede mnę kadzidła, ciągnęli mój wóz tryumfalny po ślizgich posadzkach salonu. Uczułam sama, że uśmiech ironii osiadał mi na ustach, gdy przy ojcu moim, mężnym i dojrzałym pracowniku, stawiałam wyobraźnią tych bladych paniczów, narzekających na nudy i odpierających je preferansem; tych dowcipnisiów, którym do zupełnego podobieństwa z nadwornymi błaznami dawnych czasów brakowało tylko czapki z dzwoneczkami i dowcipu; tych pogromicieli serc, roznoszących po świecie czarę z odurzającym napojem wrażeń; tych romantyków o bohaterskich pozach, przypominających lalki gipsowe, co, puste wewnątrz, zewnętrzną stroną przedrzeźniają wielkich ludzi na wystawie sklepowéj.
I cóż jednak sprawiało, że z tymi ludźmi, których ułomności tak jasno stały przed memi oczyma obok listu zapisanego ręką mego ojca, że z tymi ludźmi, którzy nie mieli w sobie ani odrobiny podobieństwa do ideału, co na dnie mojéj wyobraźni spoczywał, dnie i wieczory schodziły mi tak szybko a wesoło? Dlaczego każdy z nich miewał chwile, w których czynił na mnie wrażenie, przelotne jak błyskawica, wnet zastąpione inném, lecz przykładające się do ogólnéj sumy wrażeń, co mię porywały, upajały, usypiały niepojętym snem gorączkowym?
I oto, rozbudzona, słowami ojca, myśl moja nagłe a palące rzuciła mi pytanie: jakiém było źródło tych wrażeń moich i do jakiego celu wiodły mię zabawy i błyskawiczne uciechy, w których pogrążoną zostałam?
Źródło i cel? Dwa te wyrazy stanęły przed mym duchem, a obok nich tkwił znak zapytania, domagający się gwałtownie, abym skupiła myśli i saméj sobie dała odpowiedź.
W coraz głębsze wpadając zamyślenie, szklanym wzrokiem patrzyłam przed siebie, bo wzrok méj duszy obrócił się wewnątrz, i niespokojnie, ze zdumieniem i trwogą rachował uderzenia serca, które słabsze i rzadsze były, niż wprzódy, i szukał myśli, rozpierzchłych kędyś po świecie, jak ptaki spłoszone, i z trudnością wracających do głowy mojéj, gdzie im ciasno i duszno było śród dymów, które ją napełniały.
Nagle poczułam dotknięcie do ramienia; ocknęłam się z zadumy i spojrzałam. Przy mnie stała moja matka z twarzą pobladłą trochę, z głębokiemi fałdami na czole i niepokojem, grającym w oczach.
— Wacławo — rzekła — czy mogę przeczytać list twego ojca?
Dziwnie zabrzmiały słowa te w ustach méj matki. W głosie, jakim mówiła, była prośba, złączona z tłumionym żalem, i niby pokora jakaś, dziwna przy zwykłéj jéj dumie, a dziwniejsza jeszcze przez to, że tkwiąca w słowach, zwróconych do córki. Milcząc, przycisnęłam do ust rękę matki i podałam jéj pismo mego ojca.
Usiadła i czytać je zaczęła. Patrzyłam na nią przez chwilę; widziałam, że im dłużéj czytała, tém więcéj twarz jéj zachodziła wyrazem smutku, zdającego się przemocą wydobywać z jéj piersi, usta jéj zadrżały parę razy i bardzo cicho wyszeptały „tak, zawsze ten sam.“
Poczułam, że nie powinna była ciążyć w téj chwili nad matką uwaga moja, i pocichu wysunęłam się do drugiego pokoju. Tam czekała mię już Zosia z przygotowaną na wieczór toaletą. Machinalnie zaczęłam się ubierać, ale, wkładając suknią, przypinając koronki do stanika i wplatając kwiaty we włosy, myślałam o liście mego ojca i zaledwie słyszałam szczebiotanie garderobianéj, która, robiąc różne uwagi nad moim strojem, dziwiła się roztargnieniu, z jakiém się ubierałam na wieczór.
Gdy nareszcie, skończywszy ubiór, wróciłam do gabinetu, nie znalazłam już tam mojéj matki, a list mego ojca leżał na stole. Wzięłam go do ręki, chcąc raz jeszcze rzucić nań okiem, gdy na papierze zobaczyłam dwie drobne plamki świeżéj wilgoci. Żywe światło świec palących się w kandelabrze, przeglądało się w tych plamkach, mówiąc mi wyraźnie, że były one dwiema łzami, które z oczu mojéj matki na list upadły.....
Długo stałam przy kandelabrach ze zwisłemi na suknią rękoma, opadłą na piersi głową, czując w sercu drżenie uczuć różnych, w głowie natłok myśli, które wracały do mnie z długiéj podróży.
Tak, czułam wyraźnie, że to, com posiadała, starczyć mi mogło tylko na chwilę upojenia i szału, ale że po ocknieniu najlepsza część mego ducha w inne rwała się sfery, ulatywała od tego, co mię otaczało, ku czemuś dalekiemu, nieznanemu, ale wielkiemu, jak wszechświat Boży. Przycisnęłam list ojca do serca, które odzyskało dawne gorące bicie, i całą mię zdjęło niezmierne pragnienie ujrzenia, doścignięcia tych świateł i tego ognia, których przeczucie nosiłam w duszy, a których łuna biła ku mnie ze słów ojcowskich.
Drzwi otworzyły się i lokaj oznajmił, że kareta do wyjazdu gotowa. Zamyślone i milczące obie, wsiadłyśmy z moją matką do powozu, i nie zamieniwszy z sobą żadnego słowa, zajechałyśmy w bramę mieszkania pani Natalii.
Po raz piérwszy, wstępując po szerokich i rzęsiście oświetlonych wschodach, i słysząc w przedpokoju gwar licznego towarzystwa, zebranego w salonach, pytałam siebie: z jakiego źródła płynąć będzie ta uciecha, któréj doświadczę tam pośród blasku i tłumu? i jakim jest cel téj zabawy, ku któréj dążę?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.