Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XLIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron
XLIV.

Towarzyskie koło, do któregośmy należały, składało się z kilkunastu domów, istotnie zamożnych, lub okazujących wszelkie zamożności pozory. Między niemi było kilka rodzin, z któremi sąsiadowałyśmy na wsi, przybyłych, jak i my, na całą zimę do miasta. Do liczby tych należała także i pani S. z córkami. Odmowa, jaką otrzymał odemnie pan Henryk, nie nadwerężyła bynajmniéj dobrych stosunków pani S. z moją matką, ani córek jéj ze mną. Piérwsza starannie okazywała, że nie wié wcale o wydarzoném zajściu; drugie, zaraz przy piérwszem ze mną spotkaniu, uścisnęły mię i szepnęły na ucho, że, lubo domyślają się wszystkiego z kilku słów, jakie wymknęły się ich bratu, niemniéj jednak nie mają do mnie żadnego żalu i kochają mię, jak dawniéj. Śród wrzawy miastowéj, okropna nuda, która dręczyła panny S. na wsi, w godzinach upływających pomiędzy ukończeniem toalety, a przybyciem gościa, lub wyjazdem w sąsiedztwo, pierzchnęła: tak, jak i ja, nic one nie robiły, a nigdy nie miały czasu; a lubo miejski sposób życia nie był dla nich taką, jak dla mnie, nowością, to przecież, zbliżone do siebie wiekiem i usposobieniami, jednostajnego prawie doświadczałyśmy upojenia. Zenia zresztą, za swym tryumfalnym rydwanem przyciągnęła do miasta skrępowanego niewolnika, którym był pan Michał C. Nowiuteńki młodzieniec jeszcze nowszym, niż na wsi, wydawał się pośród pełnego najwyszukańszéj wytworności miejskiego towarzystwa. Blado-błękitne jego oczy z większém jeszcze niż wprzód, osłupieniem patrzyły na świat, tak obcy dla niego niedawno, a długie ręce większego niż kiedy nabawiały go kłopotu. Zenia obchodziła się z nim tak, jak bogaty plantator południowych Stanów Amerykańskich, pochodzący ze starożytnéj familii francuzkiéj i pełen tradycyjnéj elegancyi dworu Ludwika XIV, obchodzi się ze świeżo wyemancypowanym i wzbogaconym Murzynem, z którego rąk nie zniknęły jeszcze ślady mozolnego zbierania bawełny, i którego nogi z pełném trwogi uszanowaniem stąpają po parkietach wielkiego pana. Z sarkastyczno-wesołym uśmiechem, wodziła Zenia pana Michała po wieczorach i balach, rozkazywała mu nosić za sobą wachlarz i chusteczkę, posyłała go w różne strony miasta z poleceniami do przyjaciółek, krawców, modniarek. Pan Michał spełniał jéj rozkazy z pokorą wiernego sługi, a blade jego oczy płonęły radością, gdy, dzięki konkurom o rękę wysoko spokrewnionéj panny S., otwierały się przed nim podwoje licznych salonów, najpiękniejsze w prowincyi nazwiska wpadały mu w ucho, a białe ręce ludzi, zwanych w świecie arystokratami, dotykały się niezgrabnych rąk jego, z których nie zniknęły całkiem ślady porannéj doby życia, w jakiéj ojcu pomagał wiązki siana składać na wóz drabiniasty. Lubo smutny to był wielce exemplarz konkurenta, Zenia nie myślała wyrzekać się tego piérwszego tryumfu, jaki ją spotkał na polu salonowéj chwały. Zresztą, zaczęła już rok dwudziesty; jeszcze lat parę, a obok niezbyt ładnéj powierzchowności i niepewnéj cyfry posagu, liczba przeżytych wiosen stanie się kłopotliwą, i cichutko wprawdzie, ale niezawodnie, ludzie zaczną wymawiać wyraz: stara panna, którego samo już brzmienie włosy podnosi na głowie. A nowiuteńki pan Michał nowiuteńko nabył majątek za milion blizko złotych, po mieście jeździł nowiuteńkim koczykiem, ze służbą, odzianą w nowiuteńką liberyą...
Pan Michał więc był dobrą partyą quand même. Niezgrabne ręce jego znajdą po ożenieniu się punkt oparcia, którego nadaremnie szukają, a będzie nim w domu fajeczka na krótkim cybuszku, w gościnie — talia kart preferansowych.
— Nazajutrz po ślubie wyjadę za granicę, i cały rok będę podróżowała, — szepnęła mi raz Zenia w chwili zwierzania się, a potém dodała: prawda, że on bardzo niezgrabny i dziwnie pocieszny z tém swojém pragnieniem wysokich i szerokich stosunków, ale cóż robić? Trudno o doskonałość na tym naszym biednym świecie!
Oprócz Emilki i Zeni, przybyły jeszcze z rodzicami do miasta: Helena, piękniejsza, lecz zarazem i bardziéj blada i wiotka niż kiedy młodziuchna Zosia, która jednocześnie ze mną wróciła z pensyi, i prawie takich, jak były moje, doświadczała zdziwień, zwątpień i zachwytów, i kilka innych, dobrze mi już znajomych panien. Kilkanaście nowo poznanych i mniéj więcéj młodych towarzyszek, powiększało to nasze dziewicze bawiące się koło, a otaczało je równaż prawie liczba młodych mężczyzn, z których każdy był doskonałym tancerzem, grał na fortepianie, mówił po francuzku i nosił na szyi lornetkę. Wraz z pannami bawiło się i tańczyło kilka młodych mężatek, których mężowie wiecznie grali w karty, albo bywali nieobecni; a pośród męzkiéj młodzieży plątało się dwóch, czy trzech żonatych ludzi, o których żonach świat nic a nic nie wiedział, albo wiedział tylko tyle, że exystowały kędyś na ziemi, ale były chorowite albo nie młode, albo siedziały na wsi, zajęte prowadzeniem domowego gospodarstwa.
Dwie te połowy towarzystwa, męzka i żeńska, miały się do siebie tak, jak się mają ku sobie wzajem kłosy zboża na polu, które, poruszane powiewem wiatru, schylają się jeden nad drugim, szemrzą coś między sobą po cichu, potém odwracają się każdy w inną stronę, nowych przybierają towarzyszów, tych odtrącają po chwili i zwieszają głowy, jak zmęczone lub upojone, i wkrótce zdają się budzić na nowo, i na nowo rozpoczynają pełne rozkosznego szmeru kołysanie się w różne strony. Niekiedy jeden jakiś kłos pojedyńczy przyciągnie do siebie inny sąsiedni, opasze go delikatną słomianą nicią, a kłosom towarzyszom zdaje się, jakoby już ci obaj połączyli się z sobą na zawsze. Gdzie tam! z pod nieba przylatuje nowy powiew wiatru, słomiana nitka rwie się i pęka, kłosy niespojone odpadają od siebie i chylą się na wsze strony, szukając, kogoby znowu uwięzić przy sobie na chwilę.
W salonach mężczyzni i kobiety szukają się wzajemnie, rzucając sobie spojrzenia znaczące, półsłówka, z których możnaby wysnuć całe tomy: ta temu od niechcenia rzuci kwiatek, z balowego bukietu wyjęty; ten téj pełną poezyi i elegancyi aluzyą powié, że jest piękną; rozmarzony uśmiech spotyka ogniste spojrzenie, uważne ucho posłyszy westchnienie ciche, niby przemocą wydzierające się z piersi; kwiat, wachlarz, fortepian, barwa wstążek, przemieniają się w symbole i hieroglify, w których wtajemniczone oko wyczytuje całą odmianę słowa: kocham! we wszystkich trybach, czasach i osobach. Te symboliczne, tajemnicze rozmowy, ten zagadkowy i działający na wyobraźnią stosunek kobiet i mężczyzn, stanowi w salonach główne tło, na jakiém roztacza się zabawa, przyprawa jéj i powab. Z razu, patrząc na to wszystko, myślałam, że wszyscy ci ludzie kochają się, że na dnie tego rozmarzenia i upojenia była miłość tém prawdziwsza, iż kryjąca się przed okiem świata, a mimowoli tylko objawiająca się w spojrzeniu, uśmiechu, cicho wyrzeczoném półsłowie, lub symbolu pełnym poezyi.
Lecz jakież było moje zdziwienie, gdy, po pewnym upływie czasu, jasno stanęło przed memi oczyma, że nikt a nikt z tych ludzi nie kochał, a wszyscy bawili się tylko w miłość i na wzór mieszkańców Wschodu, podawali sobie wzajemnie czary, pełne narkotyku, mającego pobudzać wyobraźnią, a osłabiać siły serca i umysłu.
Helenka, naprzykład, zajmowała się bardzo żywo panem Alfredem, który miał w sobie tę oryginalność, że sam głośno przyznawał się do tego, iż nigdy nic nie robił, nudził się, i po całym świecie szukał rozrywki. Zdawało się, że Helenka postanowiła sobie wyprowadzić bladego młodzieńca z apatyi, w któréj go pogrążyło wieczne far-niente. Gdy wiedziała, że go zobaczy, ubierała się w suknie fantastycznego kroju i niepospolitéj barwy; rumieniła się lekko, gdy wchodził do salonu; dawała mu do rozwiązania zagadnienia, pełne znaczącéj treści; patrzyła na niego swemi wielkiemi szafirowemi oczyma, tak, jakby w koło siebie nie widziała nic, prócz niego; siadywała do fortepianu i grała z uczuciem melodyjne wyjątki z oper, gdy on naprzeciw niéj stawał i, słuchając muzyki, rzucał jéj od czasu do czasu kilka niedosłyszanych innym wyrazów. Tak trwało parę tygodni, poczém przybył ze wsi żywy, dowcipny i wesoły Julian, a Helenka rozpoczęła z nim słowo w słowo tę samę grę, jaką wiodła dotąd z panem Alfredem. Pan Alfred jednak nie zaraz ustąpił z placu i wraz z nowo przybyłym panem Julianem ciągnął jeszcze czas jakiś tryumfalny wóz Helenki. Ale potém zmęczył się apatyczny młodzieniec pracą, do któréj zabrakło mu już bodźca, i emigrował z salonów, w których bawiły się kobiety, do gabinetów, w których mężczyzni grywali w preferansa, a szczęśliwy jego następca Julian objął niebawem po nim urząd ministra bez teki, bo względy Helenki odziedziczył po nim pan Ignacy, o romantycznych pozach i fantastycznie uczesanych włosach.
— Na miłość Boga, Helenko! — mówiłam do młodéj towarzyszki, gdyśmy się raz znalazły sam na sam, — powiedz-że mi, którego z nich kochasz? Pana Alfreda, pana Juliana, czy pana Ignacego?
— Żadnego, — odpowiedziała Helenka niedbale, poprawiając włosy przed lustrem. — Czyliż nie widzisz? piérwszy z nich jest mumią bez życia, poruszaną sprężyną próżności; drugi, to dowcipniś, któremu niebo nie udzieliło ani ziarnka soli attyckiéj; trzeci, lalka, z gipsu ulepiona w postawę bohatera, a z wnętrzem tak próżném, że się w niém parę myszy śmiałoby zagnieździć mogło. I jakże ty, moja Waciu, przypuścić mogłaś, abym ja, co o mało suchot nie dostałam w gonitwie za ideałem, mogła pokochać którego z tych ludzi?
Słuchałam jéj w osłupieniu.
— Moja Helenko! — rzekłam po chwili, — dlaczegoż więc ludziom, o których podobne masz zdanie, dawałaś tyle oznak zajęcia i sympatyi?
— Bawiłam się! — odpowiedziała Helena, chodząc po pokoju i najspokojniéj oskubując kwiatek, urwany z wazonu.
— Bawiłaś się! — zawołałam. — Ale moja droga, czyliż godzi się bawić z sercami ludzkiemi?
Helenka stanęła na środku pokoju, popatrzyła się na mnie figlarnie i głośnym parsknęła śmiechem.
— Wacławo! Wacławo! — wołała między dwoma wybuchami śmiechu, — jakie z ciebie dziwne jeszcze dziecko! Bawić się z sercami ludzkiemi! I ty myślisz, że ci panowie serca swe w tę zabawę wkładali? Bądź spokojna! minęły czasy Abelardów i Werterów. Nie tylko żaden z nich nie wstąpi do klasztoru i nie zastrzeli się, ale nawet najlżejszego bólu głowy nie doświadczy. Widzisz przecie, że jeden z nich, pan Alfred, najspokojniéj grywa już sobie w preferansa każdego wieczora. Pan Julian nie będzie go naśladował, bo jest za żywy, aby po kilka godzin przy zielonym stole przesiadywać, a preferans nie przedstawia pola do popisu z dowcipami; za to zwróci się on do téj naiwnéj Józi, która każdy jego koncept oblewa łzami, śród śmiechu ronionemi, i zacznie przed nią palić kadzidła. Co zaś do romantyka, pana Ignacego, przygotuj się do tego, kochana Wacławo, że gdy dam mu odprawę, obierze sobie stanowisko naprzeciw ciebie i będzie cię podbijał pozami greckich bohaterów, broniących przejścia przez Thermopile... Ha, ha, ha! i ty jeszcze mówisz o sercach? Pytasz, czy godziwą jest taka zabawa? Mój Boże! a jakiż interes miały-by nasze zebrania, gdybyśmy się w podobny nie bawiły sposób!
Dziwną wydała mi się ta mowa Helenki, ale jeszcze mocniéj zostałam zdziwioną, gdy w kilka dni potém zobaczyłam pana Juliana, rozsypującego najpiękniejsze swe dowcipy pod stopy naiwnéj Józi, która je oblewała rzęsistemi łzami śmiechu, i gdy po upływie jeszcze pewnego czasu, pan Ignacy, zająwszy u Helenki miejsce ministra bez teki, albo zdyzgracyonowanego dworaka, w ciągu jednego wieczora usadowił się przede mną z kolei w trzy różne pozy, z których jedna była wojownika, druga mędrca, a trzecia pasterza.
Owa naiwna Józia była dość majętną panienką, przywiezioną z jakichś Antypodów, alias z głębi najgłębszéj parafii, przez ciotkę, pragnącą ją dobrze za mąż wydać. Nie oswojona ze światem, bez maniery, nieśmiała, rumieniła się po uszy co chwila i spuszczała oczy za każdém zbliżeniem się do niéj mężczyzny. Mimo to, miała bardzo zgrabną figurkę, piękne czarne oczy i koralowe osiemnastoletnie usta, a że była wielką śmieszką, ochota do śmiechu przemagała w niéj często nieśmiałość, a wtedy wydawała się swawolném i wesolutkiém, a wcale zajmującém, dzieckiem. Otóż Józią zajmować się począł w towarzystwach pan Alexander, mający lat trzydzieści, znaczny majątek, twarz o regularnych rysach, usta z sarkastycznym wyrazem i głowę znakomitego pogromiciela serc kobiecych. Ciotka Józi nie posiadała się z radości, na widok piérwszeństwa, jakie bogaty i modny pan Alexander oddawał jéj siostrzenicy, szanowna ta dama, ubierająca się w amarantową suknią i żółte wstążki, była może już pewną, że tuż — tuż bożek Hymenu zaświeci przed jéj pupilą pochodnią, grubo wyzłacaną do tego; ale ludzie z powątpiewaniem kiwali na to głowami. Co do mnie, byłam z razu zdania szanownéj damy i myślałam, że pan Alexander niezawodnie i na prawdę zakochany jest w Józi. W mniemaniu tém utwierdził mię mocniéj pewien wieczór, podczas którego sławny pogromiciel serc kobiecych, ani na krok nie odstępował naiwnéj parafianki i wszelkiemi środkami wywoływał na usta jéj śmiech, z którym tak jéj było do twarzy. Raz nawet posłyszałam wypadkiem, jak mówił jéj, że nigdy nie był pod wpływem tak silnego wrażenia, i widziałam, jak Józia podniosła z nieśmiałością swoje piękne oczy i spotkała się niemi ze wzrokiem pana Alexandra, i twarze obojga patrzyły na się długą chwilę z wyrazem wzruszenia. Tego wieczoru pan Alexander tańczył z Józią cztery kadryle i dwa mazury, trzymał jéj wachlarz, szukał nieustannie obok niéj miejsca, a gdy tańczyła z kim innym, opierał czoło na ręku i miał minę człowieka, dręczonego wściekłą zazdrością. Wróciwszy do domu rzekłam mojéj matce:
— Pan Alexander niezawodnie ożeni się z Józią.
— Być może, ale ja wątpię o tém — odpowiedziała mi matka. Nazajutrz siedziałyśmy same jedne w salonie, gdy oznajmiono wizytę pana Alexandra.
— Dzień dobry panu — powitała go moja matka — et quand la noce?? — spytała po chwili żartobliwie.
Spojrzał się na nią z wielkiém zdziwieniem.
La noce? — wymówił — i z kim-że to? s’il vous plait madame.
— Z panną Józefą — odpowiedziała ciągle żartem moja matka.
Sarkastyczny wyraz rozszedł się z pięknych ust pana Alexandra po całéj jego twarzy.
— Nie sądziłem — zaczął — abyś mię pani o tak zły gust posądzić mogła...
— O zły gust? i dlaczegóż? Przecie panna Józefa jest bardzo miłą i przystojną młodą osobą...
— Zapewne, ale zarazem jest parafianką i posiada bardzo mierne umysłowe zasoby; a zechcesz pani przyznać, że człowiek, który ma jakiekolwiek pretensye do świata i towarzyskiéj pozycyi, nie wiedział-by, co począć z taką żoną...
— A jednak — ciągnęła żart moja matka — manifestujesz pan tyle sympatyi i admiracyi dla panny Józefy...
Mon Dieu! madame — przerwał pan Alexander z pewnym ambarasem, patrząc w głąb’ swego kapelusza — panna Józefa jest tak naiwném dzieckiem i tak parafialnym swym układem od reszty pań się odróżnia, że może zaciekawić i zająć na chwilę... Ale, tylko na chwilę!... obok tego przyznać należy, że ma bardzo piękne oczy... gdybyż jeszcze w tych oczach była inteligencya któréj tam brak... zupełny brak!... Zresztą, il faut bien faire passer son temps! n’est ce pas madame?...
Po téj rozmowie pana Alexandra, pojechałam co prędzéj do Helenki, a wbiegając do jéj pokoju, zawołałam:
— Kochana Helciu! daję tobie najnormalniejszą absolucyą z grzechu bawienia się w miłość? I mężczyzni jota w jotę czynią to samo.
Tu opowiedziałam jéj całą rzecz o Józi i panu Alexandrze. Helenka obojętnie wzruszyła ramionami.
— Wcale mię to wszystko nie zadziwia — rzekła. — Wierz mi, że pan Alexander bardzo jeszcze delikatnie i grzecznie wyraził się o Józi wobec ciebie i twojéj matki, i że w kole mężczyzn nie będzie podobnie mierzył wyrazów, lecz poprostu nazwie ją gąską lub cielątkiem, co znowu nie przeszkodzi mu wcale tańczyć z nią nazajutrz dwa mazury i cztery kadryle i osypywać ją ognistemi wejrzeniami i dwuznacznemi słówkami. Tacy to oni są, moja droga, a dlatego i my, mimo woli i wiedzy, często na takie same wchodzimy drogi. Byle bawić się! Il faut bien faire passer son temps?...
— Czyliż koniecznie mamy w złych rzeczach naśladować mężczyzn? — zapytałam.
Helenka podbiegła do mnie i pochwyciła mię za ręce.
— I cóż mamy robić? — odrzekła z uniesieniem — powiedz, cóż chcesz, abyśmy robiły? Mężczyzni mają otwarte sobie i przystępne pola nauk, gospodarstwa, przemysłu, spraw krajowych, literatury; a jednak nie widzą innego sposobu przepędzania czasu, jak ciągłe przedrzeźnianie miłości i upajanie się wrażeniami: a cóż my będziemy robiły, my kobiety, panny szczególniéj? Salon i toaleta, toaleta i salon, oto ramy, w których żyjemy jak obrazki, ustrojone w paciorki i blaszkę złoconą. Z razu to zajmuje, późniéj powszednieje i nudzi. Obok sukni i pogadanek salonowych, daje się poczuć potrzeba czegoś innego, a więc pragniemy miłości! A gdzież jéj szukać? Mężczyzni teraz nie kochają, niewiadomo, czy dlatego, że nie umieją kochać, czy, że nie mogą kochać nas takiemi, jakiemi jesteśmy. Więc zamiast uczucia, niech sobie będą choć przelotne wrażenia. Jeśli nie możemy czuć miłości, to przedrzeźniajmy ją. A przytém tryumf, zadowolenie miłości własnéj, interes każdego dnia i zebrania, ot i zabawa! Il faut bien faire passer son temps!
Smutna słuchałam słów Helenki i ze smutkiem odrzekłam:
— Helciu, ja się chyba nigdy bawić tak nie potrafię!
Popatrzała na mnie chwilę, potém rzekła:
— Bo ty, Wacławo, jesteś jeszcze w porannéj porze życia, w któréj każda z nas tworzy sobie ideał i spodziewa się, że znajdzie go pomiędzy ludźmi. Daj Boże, abyś była szczęśliwszą od innych, ale ja znam wiele, wiele kobiet, które nigdy nie znalazły swego ideału, a zmęczone próżnemi gonitwami, skwitowały z marzeń i poprzestały na pozycyi, komforcie, tryumfach i bawieniu się w miłość. Nie jestem jeszcze starą, dzięki Bogu, i dwudziesty drugi rok kończę dopiéro, a jednak wiele już wiele ludzi podniosłam na wyżyny i strąciłam z piedestału; a teraz, to już poprzestaję na bawieniu się, jedno tylko wiedząc z pewnością, że jeśli nie pokocham kogo szczerze i na seryo, to nigdy nie wyjdę za mąż...
— Dziwna rzecz! — zawołałam — dlaczego nam, żyjącym ciągle między takim tłumem ludzi, tak trudno znaléźć ten ideał, którego pragniemy!
— Dlaczego? — wyrzekła Helenka z zamyśleniem i pociągnęła mię ku oknu. — Patrz — mówiła daléj, pokazując palcem chodnik ulicy, po którym rzadcy snuli się przechodnie — patrz, widzisz tego mężczyznę, który tam idzie ze szlachetną twarzą i spokojném czołem? Nie znam go, nie wiem kim jest, ale przypuszczam, że może on właśnie dla mnie, lub dla ciebie był-by tym ideałem, którego pragniemy. I cóż ztąd? nie poznamy go nigdy, bo salony nasze przed nim zamknięte. Są one przybytkiem, do którego nieuświęceni wchodzić nie mają prawa. Ten człowiek, co tam idzie ulicą, to może mój ideał, albo twój, ale on ku nam wstąpić nie może, albo nie chce, my do niego nie wstąpimy same. On widząc nas z dala, myśli, że jesteśmy lekkiemi, pięknie ustrojonemi, a pustemi wewnątrz; my jego wcale nie znamy dlatego, że rodzice nasi nie wiedzą, kto go rodzi i jakie są jego dobra. On pójdzie sobie między kobiety, które, jak on, mają szlachetne twarze i spokojne czoła, i znajdzie między niemi swój ideał; my będziemy całe życie przedrzeźniać miłość, albo wcale za mąż nie pójdziemy, albo wybierzemy sobie męża w téj akademii nieśmiertelnych, w któréj gra w preferansa pan Alfred, dowcipkuje pan Julian, pozuje na bohatera pan Ignacy, a grywa role piérwszego kochanka z komedyi pan Alexander...
Rzekłszy to, Helenka, zmęczona długiém mówieniem, upadła na sofkę i mocno zakaszlała. Potém podparła głowę ręką i siedziała nieruchoma.
Patrzyłam na nią z pewnego oddalenia i dziwny obraz stanął przed memi oczyma. Widziałam, jak stopniowo delikatne policzki mojéj przyjaciółki marszczyły się i żółkły, czoło jéj zachodziło licznemi bruzdami, oczy bladły i mętnie spoglądały z pod zmarszczonéj powieki, wiotka i zgrabna kibić pochylała się pod lat przeżytych ciężarem. I oto, zamiast młodéj, pięknéj Heleny, siedziała, tam na sofie, stara kobieta, przed nią wisiała klatka z kanarkami i widniał za szybą kawałek błękitnego nieba, a ona patrząc na niebo, to na ptaki szczebioczące w niewoli, drżącemi usty szeptała: „postarzałam... życie przebyłam sama jedna... nikt mię nigdy nie kochał!...”
W parę dni po tych rozmowach, na jednym z wielkich, proszonych obiadów, pan Alexander siedział obok mnie przy stole. Naiwna Józia siedziała także niedaleko, ale pogromiciel serc już na nią i uwagi prawie nie zwracał, a strzały owych spojrzeń i kłęby dymu buchające z kadzielnicy skierował na mnie. Ale ja nie byłam już tak naiwną jak Józia, i nie dałam się wyprowadzić w pole. Na ogniste spojrzenia pana Alexandra odpowiadałam śmiechem, a komplementa jego odpierałam żartami, z czego wywiązywała się żywa szermierka słów i dowcipu. Pan Alexander jednak ożywiał się coraz bardziéj, a w końcu obiadu powiedział mi, że nie ma na świecie nic bardziéj czarującego, jak ironiczny uśmiech na ośmnastoletnich ustach. Wstając od stołu, spojrzałam mimochodem w źwierciadło, i zobaczyłam, że w istocie po ustach moich błąkał się chwilami uśmiech ironii. Z gwarnego obiadu pojechałyśmy z matką na tańcujący wieczór, a pan Alexander tańczył ze mną dwa mazury i cztery kadryle, nosił mój wachlarz i gdy tańczyłam z kim innym, opierał głowę na dłoni z miną człowieka pogrążonego w rozpaczy. Tego wieczora Józia ani razu nie zaśmiała się z dowcipów pana Juliana i z trudnością powstrzymywała łzy, które kręciły się pod spuszczonemi powiekami, a ciotka jéj w najgorszym była humorze. Za to ja byłam niezmiernie wesoła i ożywiona; czoło moje poczynało zwieńczać się laurami, za tryumfalnym moim rydwanem postępowało dwóch już skrępowanych niewolników: pan Ignacy, znany romantyk, i pan Aleksander, sławny serc pogromiciel. I każda prawie z towarzyszek moich ciągnęła za sobą rydwan podobny, a ta, która go nie miała, czuła się upokorzoną i czyniła wszystko, co mogła, aby zostać tryumfatorką. Niektóre z nas, przybywając do salonu przedstawiały widok istnego tryumfalnego wjazdu. Droga, którą postępowały, uściełała się przed niemi kwiatami grzeczności i dymem kadzideł; wkoło nich sypały się strzały gorejących spojrzeń, za niemi szli przykuci do tryumfalnego wozu, przemienieni w więźniów, rycerze, jak za wodzem Rzymskim pogromieni Scytowie.
Lecz, niestety, i cóż jest trwałego na ziemi! Tryumfy towarzyszek moich podlegały różnym kolejom losu, bo pogromieni Scytowie nie lubili długo zostawać w niewoli, i wydobywszy się z więzów, rozpraszali się w różne strony, aby szukać dla siebie podbojów. Ale tryumfatorka nie zrzekała się przeto swéj chwały, i w innym końcu salonu zbierała sobie na nowo zastęp niewolników.
Obok tryumfatorek zjawiali się także często i tryumfatorowie, tém różniący się od piérwszych, iż nie prowadzili za sobą więźniów w całych postaciach, ale tylko mnóztwo par oczu kobiecych, które ścigały ich, kędy się obrócili, i mnóztwo uśmiechów różanych usteczek które biegły na ich spotkanie. Każdy z takich tryumfatorów okazywał się wspaniałomyślnym zwycięzcą. Przechadzał się zwykle od jednéj ze ścigających go par oczu do drugiéj, i każdéj z nich podawał czarę z usypiającym napojem, szczodrze i sprawiedliwie obdzielając wszystkie haustami opium. Niekiedy zdarzało się spostrzegać parę ludzi, wyłącznie sobą zajętych.
— Pan X. zakochany w pannie X. — mówiono wtedy.
— Gdzie tam! — odpowiadało kilka głosów; — on tylko bawi się; to sławny bałamut.
Innym razem przypuszczano odwrotnie, że panna X. zakochana w panu X., a wtedy dawała się słyszéć chóralna odpowiédź ludzi znających z blizka osobę, o któréj była mowa:
— Gdzie tam! ona się tylko bawi, to znana bałamutka!
Niekiedy, jako waryant, dawały się słyszéć rozmowy:
— Czy widzisz, jak panna G. zajęta jest panem K?
— Gdzie tam! ona nie ma dla niego najmniejszéj sympatyi.
— Więc dlaczegoż z takiém ożywieniem rozmawia z nim zwykle?
— Ba! alboż nie wiész, że pan K. to dobra partya!
Albo na odwrót: — Czy spostrzegasz, jak pan X. szalenie rozkochał się w pannie I? — Ha, ha, ha! zkądże ci to mniemanie?
— Przecie widzisz jak na nią patrzy z zajęciem, jak ciągle tańczy z nią i rozmawia, jak nieustannie jéj szuka.
— Nic nadto prostszego. Pan X. zostawił swój fundusz nad brzegami Wisły i Sekwany, a panna I. posiada znaczny posag, zamknięty w pugilaresie bogatego bezdzietnego stryja.
Młode mężatki, należące do naszego bawiącego się koła, nie ustępowały ni na krok pannom we wszystkich tego rodzaju zabawach. Tylko, że tak jedne, jak drugie, miały wyłączne chwile, w których mogły ukazać się najkorzystniéj dla siebie, a przysługiwały im w ten sposób rozmaite rodzaje czyli kategorye zabaw.
Kategoryi tych, oprócz ceremonialnych wizyt i proszonych obiadów, które stanowiły niesłychanie nudną kategoryą, było dwie: jednę z nich składały tak zwane małe herbaty, dawane tygodniowo przez różne domy w dniach specyalnie ku temu przeznaczonych; drugą były tańcujące wieczory i bale.
Otóż małe herbaty, czyli wieczorki tygodniowe, obywały się zazwyczaj bez tańców, a mając za główne tło zabawy rozmowę, przedstawiały pole popisu dla mężatek, a panny usuwały w cień wielce im niekorzystny. Na takich wieczorkach gospodyni domu zasiadała na kanapie z poważnemi paniami. Z dwóch stron kanapy siadywały na fotelach młode mężatki, a daléj, już na krzesłach, blizko siebie stojących, umieszczały się panny, tworząc wieniec kolorowych sukień i milczących twarzy. Mężczyzni otaczali rojem ten żeński areopag, ale, niestety, grupowali się w największéj ilości nie wkoło milczącego wieńca panien, tylko w pobliżu bardzo ożywionych fotelów, na których tronowały młode mężatki.
Rozmowy toczyły się o różnych bieżących wiadomościach miejskich, o najświeższych przedstawieniach teatralnych i publikacyach literackich, niekiedy o muzyce, poezyi, kwestyach społecznych lub psychologicznych. Mężatki świetniały wymową i dowcipem, każda z nich śmiało wypowiadała swe zdanie, twierdziła i zaprzeczała jak jéj się podobało, z doświadczeń przebytych i znajomości świata wyciągała przeróżne wnioski, które, zabarwione iskrą dowcipu i odrobiną umiarkowanéj konwenansem poezyi, krzyżowały się, migotały, pobudzały wesołość lub admiracyą. Panny milczały.
Mężczyzni stopniowo i coraz bardziéj wciągani bywali w ożywioną rozmowę; najmniéj nawet myślący i ukształceni ulegali powabowi dowcipu i grupowali się coraz liczniéj wkoło fotelów mężatek, zamieniając z niemi zdania i spostrzeżenia; panny milczały.
Czoła mężatek okrywały się coraz gęstszemi laurami, wszystkie admiracye sypały się pod ich stopy; panny patrzyły, słuchały i milczały.
Milczały i zazdrościły mężatkom swobody, z jaką mówić miały one prawo, wtedy gdy wiadomą przecie było rzeczą, że dobrze wychowanéj pannie odzywać się ze swém zdaniem, a mianowicie w liczném towarzystwie, było to popełniać wykroczenie przeciwko kodexowi zwyczajów i konwenansów.
A do tego trzeba było jeszcze siedziéć prosto, miarkować spojrzenia tak, aby i one nie przekroczyły czasem którego z artykułów kodexu, i ze stereotypowym uśmiechem na twarzy patrzeć, jak mężatki spychały nas z tryumfalnych wozów i zasiadały na nich same, w imię śmiałości swéj i przyjemnéj rozmowy.
Na takich wieczorach, nawet pan Alfred nie szukał zielonego stołu do preferansa, ale z wielkiém zajęciem rozmawiał z panią Julią o różnych cechach obcych krajów, które zwiedzali oboje; pan Ignacy zapominał o pozowaniu i bardzo żywo analizował z panią Natalią wszelkie odcienia uczuć ludzkich; pan Julian dysputował z panią Aliną o francuzkich i angielskich powieściach i rozumniejsze, niż zwykle, miewał dowcipy; pan Alexander zaś naprawdę zapominał o gromieniu serc, a długie wiódł rozmowy z panią Kamillą o muzyce i malarstwie. Panny słuchały i milczały, bo mieszać się do rozmowy zabraniał im obyczaj, a nawet, gdyby i nie ten obyczaj, trudno-by im było bardzo mówić o rzeczach, o których z takim wdziękiem i wprawą rozmawiały mężatki.
I, o wstydzie! Żaden z mężczyzn nie probował nawet nici rozmowy przeciągnąć aż w to milczące koło dziewiczych sukien i twarzy. Bo i o czémże zagadać do nas mogli? O kwestyach społecznych? — myśmy ich nie rozumiały. O kwestyach uczuć? — mówić o uczuciach było dla nas rzeczą nieprzyzwoitą? O sztukach? — myśmy wprawdzie wszystkie umiały grać na fortepianie, ale prócz tytułów kompozycyi muzycznych i nazwisk kompozytorów, nic a nic więcéj nie wiedziałyśmy o muzyce. O literaturze? — Czytywałyśmy tylko powieści i romanse, i to tylko pobieżnie, przesuwając kartki i szukając co prędzéj rozdziału, w którym Numa idzie do ołtarza z Pompiliuszem.
Słuchałyśmy tedy i milczały, a mężczyzni rzucali nam tylko, niby jałmużnę, słówko jakie urwane, pobieżne zapytanie, albo spojrzenie, zaprawione rozmarzeniem, i zaraz potém zwracali się do mężatek.
Mimowoli pomyślałam sobie parę razy, że gdyby panny umiały tak rozmawiać, jak mężatki, gdyby mogły i potrafiły umysł mężczyzn zainteresować, myśl ich w ruch wprowadzić; może-by pan Alfred nigdy nie szukał preferansa, jako antidotum nudy, pan Ignacy możeby na zawsze o pozowaniu zapomniał, a pan Alexander przestał być pogromicielem serc niewieścich. A gdyby i wszyscy podobni im ludzie łączyli się z nami zamianą myśli i mieli możność czytania w sercach naszych, może-by się zdruzgotały na wieki rydwany tryumfatorów i tryumfatorek, czary z narkotykiem przelotnych wrażeń zostały wyrzucone za okno, a ludzie przestali-by się bawić w miłość, jak w piłkę.
Pia desideria! tworzyłam je sobie w cichości ducha, a tymczasem, siedząc prosto, robiłam, jak robiły inne, to jest: milczałam i patrzyłam zrezygnowaném okiem, jak pani Natalia i pani Kamilla odprzęgały od mego woza więźniów moich i okuwały ich swemi więzami.... do czasu.
Tak, do czasu! albowiem przychodziła i dla nas pora odwetu, a były nią tańcujące wieczory i bale. Niéma jak tańcująca zabawa dla panny, która pragnie pokazać się i tryumfować. Tu, gdzie idzie o wykaz wdzięków i choreograficzne popisy, żadna już nie prześcignie jéj mężatka. Tu w wartkim walcu karminowy rumieniec oblewa lica, w kadrylu z nieporównanym powabem miękko falują kształty, tu można rozwinąć zwinność gazeli i majestatyczną gracyą księżniczki, tu nie trzeba obfitych umysłowych zasobów, aby prowadzić interesującą rozmowę, bo sam już taniec nie pozwala na tworzenie długich frazesów, a muzyka i ruch wybornie wtórują krótkim, urywanym wyrazom, które wylatują z ust, jak drobne race, i lecą w przestrzeń, aby w sercach zapalać.... fajerwerki. W czasie, gdy mężatka, zamyślona nieco, zwiędła już trochę, niekiedy tańcząc i bawiąc się, wciąż się ogląda na męża, który w przyległym pokoju, grając w preferansa, od czasu do czasu rzuca na nią przeze drzwi spojrzenia; panna, świeża, zwinna, swobodna jeszcze od matrymonialnych więzów, prowadzi w tańcu réj tryumfalny, obdarzając jednego uśmiechem, drugiego spojrzeniem, trzeciego kwiatkiem, wypadłym z bukietu, a krąży wkoło wszystkich, jak listek róży, wiatrem porwany i igrający z rojem motylów.
Tańcująca zabawa, to żywioł, w którym panna kąpie się, jak ryba w wodzie. Grzmi muzyka, szeleszcą suknie, wonieją kwiaty, olśniewa światło, we wszystkich oczach palą się ognie sztuczne; bawmy się więc, tańczmy!
Za nami postępuje wielki szereg mężczyzn młodych. Rzucamy pomiędzy nich piłkę, na któréj gzygzakami, podobnemi do błyskawic, wypisany wyraz: miłość; kto ją pochwyci? A tam daléj z innéj grupy mężczyzn ku nam podobna leci piłka. Chwytajmy na wyścigi! Jaka to gra wesoła! Piłka przechodzi z ręki do ręki, a od niéj w różne strony rozlatują się strzały, nikną za połami czarnych fraków i stanikami przezroczystych sukien; zda ci się, że mnóztwo już serc przebiły... gdzie tam! oto znów lecą w powietrzu, każda do innego celu.
Dwa miesiące nie minęły, gdy i ja w ten sam sposób bawić się zaczęłam: chwytałam piłkę, odpierałam ją i rozrzucałam strzały na wsze strony...
Każde wejście moje na salon było wjazdem tryumfalnym, a niewolników moich i liczyć już przestałam, bo była-by to próżna fatyga. Liczba ich bowiem zmieniała się codziennie, stając się to mniejszą, to większą, lecz zawsze była znaczną. Bawiłam się wybornie i czasem tylko, gdy na chwilę zostawałam sama jedna, zdawało mi się, że coś odmieniło się we mnie, że czegoś nie dostawało w moich myślach, co dawniéj przecie w nich było, pustka jakaś zalegała piersi coraz szerzéj.... Krótkie to jednak były momenta, po których następowały znowu szał i upojenie zabawy. Zapyta kto może, czy u końca zabaw tych widziałam cel jaki? czy dążyłam do czego? czy czego pragnęłam i wyglądałam niecierpliwie? Gdzie tam! Il faut bien faire passer son temps, n’est-ce pas messieurs?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.