Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XLVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XLVI.

Zdawało mi się, że wchodząc owego wieczoru do salonu pani Natalii, wyższa byłam i głowę wyżéj niosłam, niż zwykle. Czułam, że oczy moje goręcéj błyszczały, a oddech pełniejszy był i szerszy. Szlachetne słowa z listu mego ojca szły za mną, krążyły nade mną, wyprzedzały moje kroki i całą mnie napełniały prądami niezwykłéj podniosłości ducha.
Towarzystwo zebrane już było w pełnym komplecie na tygodniową herbatę. Na kanapie, jak zwykle, królowały najpoważniejsze panie, przy nich, na fotelach zasiadły młode mężatki, daléj rozwijał się, uroczysty milczeniem, a różno-barwny sukniami, wieniec panien, a wkoło siedzieli i stali mężczyzni różnego wieku.
Przechodząc przez salon, spostrzegłam w znaczném oddaleniu od całego towarzystwa zostającego człowieka. Siedział on w rogu salonu na małéj kozetce, a stojąca obok etażerka z nutami i z drugiéj strony wysoki kosz, pełen wazonowych roślin, rzucały cień na jego milczącą i osamotnioną postać. Widziałam, że miał głowę opartą na dłoni, co mu nadawało zamyśloną postawę, ale twarzy jego nie dostrzegłam, bo miałam zaledwie czas pobieżnie nań rzucić okiem.
Gdy, zamieniwszy na wsze strony powitania, zasiadłam pomiędzy towarzyszkami, z większą, niż zazwyczaj uwagą zaczęłam przypatrywać się grupie osób, jaką miałam przed sobą. Nie wiem, jaki Mefistofelski duch przenikania i badania wstąpił we mnie, ale wszystkie władze mojéj istoty przeszły w oczy, które przenosiły się z kolei z jednéj twarzy na drugą, tkwiąc upornie w każdéj po chwil kilka. Ciekawym wzrokiem zaglądałam we wszystkie spojrzenia, pochwytywałam uśmiechy i grę fizyognomii, ścigałam ruchy i gesta, i szukałam... szukałam w nich ciągle tego, czego pragnęłam wewnątrz, oczekiwałam od nich dźwięku, coby utworzył harmonią z uczuciami, jakie wieczoru tego napełniały mię samę. Nie wiedziałam dokładnie, jakiemi miały być te litery ducha, które wyczytać pragnęłam z całéj siły, ale zdawało mi się, że na któréjkolwiek z tych licznych twarzy znajdę dźwięk uczuć moich, spełnienie pragnień niewyraźnych, wytłómaczenie przeczuć...
Minęła godzina blizko téj milczącéj kontemplacyi, i zmęczone natężeniem oczy moje spuściły się i spoczęły na tunice sukni... Nic nie zobaczyłam innego nad to, co widywałam oddawna, nic mię nie zaciekawiło, nic nie dało żadnéj odpowiedzi. Cała bowiem zabawa szła zwyczajnym codziennym torem, ściśnięta obręczą zwyczaju i etykiety. Poważne na kanapie matrony, ze sztywnemi postaciami a sztywniejszemi jeszcze sukniami z mory lub atłasu, spożywały konfitury, z wolna i z powagą podnosząc do ust złocone łyżeczki. Sentymentalna pani Natalia wiodła z panem Ignacym rozmowę o jakiéjś zawiłéj kwestyi sercowéj, któréj treść i rozwiązanie słyszałam już ze sto razy; żywa pani Kamilla opowiadała panu Julianowi o tém, jak się przepysznie bawiła za granicą; pozująca na literatkę pani Alina unosiła się nad nowym jakimś francuzkim romansem przed panem Alexandrem, który, słuchając, nie zapomniał o rzucaniu w różne strony grotów pogromczych spojrzeń; panny milczały, powiewając wachlarzami lub jedząc konfitury.
Z zamyślenia wyrwaną zostałam zwróconemi do mnie, a głośno wymówionemi słowami:
— Czy można zapytać pannę Wacławę, co ją w tak głęboką pogrąża zadumę?
Wyrazy te mówiła gospodyni domu, a nie czekając na mą odpowiedź, zaśmiała się i dodała:
— Już to, jak widzę, dzisiejszy wieczór szczególniéj marząco, czy myśląco nastraja moich gości. Pan Lubomir siedzi już także od godziny przeszło pomiędzy etażerką a wazonami, i zamyślony, milczący, pozbawia nas wszystkich swego miłego towarzystwa. Czy można przerwać pana zadumę i wezwać go bliżéj do naszego grona?
Na te słowa z kozetki, stojącéj w rogu salonu, podniósł się osamotniony dotąd mężczyzna, i wyszedłszy z cienia etażerki i wazonów, zbliżył się do kanapy:
— Pozwoli pan zapytać siebie — ciągnęła zwrócona doń gospodyni — co jest powodem dzisiejszego pana zamyślenia? Czy w obcych krajach, w których przebywałeś pan tak długo, istnieje jaka para włoskich oczu, która myśli jego daleko od nas pociąga? Czy po paryzkich salonach, nasze rozmowy i osoby wydają się panu tak barbarzyńskie, że i uwagi na nie zwracać nie raczysz? Czy może ukryłeś się pan w cieniu dlatego, aby stać się bardziéj zajmującym i pożądanym, i abyśmy zmuszone były szukać go pomiędzy zielenią wazonów, jak fijołka śród trawki?
Wszystko to wymówione było tonem żartobliwym, trochę z zalotnością i odrobiną ironii.
— Ani jedno, ani drugie, ani trzecie — odpowiedział pan Lubomir, lekko się kłaniając. — Nie zostawiłem w obcych krajach żadnéj pary oczu, do któréj-bym zwracał się tęskną myślą; świetnego salonu pani nie śmiał-bym lekceważyć, choć-bym go nawet porównywał z temi, jakie widywałem w Paryżu; do przybierania na siebie roli fijołka, kryjącego się w trawie, nie mam najmniejszéj pretensyi: oto poprostu usiadłem na ustroniu dlatego, aby przez chwilę oddać się własnym myślom i rozwagom...
— I może złośliwym obserwacyom, czynionym z dala nad nami — przerwała pani Kamilla z uśmiechem, w którym był przekąs.
— Złośliwym? nie, ale zawsze obserwacyom. Raczcie panie darować tę moję oryginalność, ale lubię wielce usunąć się niekiedy w ciemny kątek pokoju i, z dala przypatrując się twarzom i postaciom ludzkim, czytać wypisane na nich litery ducha.
Uderzyły mię te ostatnie wyrazy pana Lubomira. Jaki dziwny zbieg okoliczności — pomyślałam. — Wszakże i ja przed chwilą przypatrywałam się twarzom i postaciom ludzkim, pragnąc wypisane na nich litery ducha wyczytać. Sympatyczne spojrzenie podniosłam na nieznanego mężczyznę i zaczęłam przypatrywać się mu uważniéj. Był to blondyn lat może trzydziestu, średniego wzrostu, jasnych bardzo włosów, z twarzą o drobnych, ledwie nie kobiecych, rysach. W całéj jego twarzy i osobie malowała się jakaś niedbałość i powolność ruchów, którą-by można wziąć za przesadę, apatyą lub melancholią. Mnie się wydało, że była ta ostatnia, i z zajęciem patrzyłam na pana Lubomira, który stał przed gospodynią domu, i białą, wypieszczoną rękę opierał na poręczy krzesła.
Pani Natalia ciągnęła daléj rozmowę:
— I jakichże-to liter ducha szukałeś pan na twarzach naszych? — spytała.
— Takich, któreby z moim duchem utworzyły harmonią — odpowiedział pan Lubomir.
Jeszcze więcéj zostałam zdumiona. Wszak i ja pragnęłam dźwięku, któryby z duchem moim harmonią utworzył!
— I znalazłeś pan to, czegoś pragnął? — ciągle wpół żartem pytała gospodyni.
— Pozwól mi pani nie odpowiadać na to pytanie — odrzekł pan Lubomir, ze zwyczajném, apatyczném czy melancholijném, poruszeniem.
— Przeciwnie — zawołała żywa pani Kamilla — żądamy stanowczo, abyś pan odpowiedział na to pytanie.
— Wymagamy tego od pana koniecznie — powtórzyła pani Alina.
— Tak, tak — zawołały inne panie — musisz nam pan powiedziéć, co wyczytałeś na twarzach naszych, obserwując je przez całą godzinę z za etażerki i kosza z wazonami.
Wszystko to było mówione ze śmiechem, ale pan Lubomir nie uśmiechnął się ni razu i twarz jego nie straciła ani na chwilę wyrazu apatyi czy melancholii, jaka ją okrywała. Wstrząsnął tylko głową, dla odrzucenia w tył włosów, co mu spadały prawie na ramiona, powiódł białą ręką po czole i odpowiedział z wolna:
— Ponieważ mię panie zmuszacie do tego, więc powiem, że na twarzach, na które patrzyłem, nie znalazłem wcale liter, jakie pragnąłem wyczytać.
Zadziwiające podobieństwo! — zawołałam do siebie w myśli, — wszak i ja nie znalazłam ich także.
Panie zaśmiały się na pozór, ale z utajoném niezadowoleniem i obrazą. Gospodyni domu piérwsza głos zabrała:
— Nie możemy gniewać się na pana za to, coś nam powiedział, gdyż nie wiemy dotąd, czego właściwie szukałeś pan i czegoś nie znalazł.
Pan Lubomir wstrząsnął znowu włosami i odpowiedział, jak wprzódy, bez cienia uśmiechu:
— Szukałem wszystkiego, co szlachetne, podniosłe, idealne, co wyróżnia się od tłumu, a ducha unosi w krainy marzeń...
— I nie znalazłeś pan w nas tego wszystkiego? — zawołała gospodyni.
— O! teraz, to już mamy prawo gniewać się na pana!
— To impertynencya i niesprawiedliwość! — wołano zewsząd.
— Nie, panie, to tylko smutna konieczność salonów naszych, do których nie zaświtały jeszcze postępowe i wzniosłe myśli, panujące w krajach Zachodu, — wyrzekł pan Lubomir, podnosząc głowę i prowadząc ręką po czole z zamyśleniem i melancholią. — Obcy ideom, które już zawojowały pół świata, ograniczamy się ciasnemi ramkami zwyczajów i etykiety; zamykamy drzwi nasze na kilka spustów przed każdym człowiekiem, który nie przynosi z sobą świadectwa o posiadanym znacznym majątku i wysokiém pochodzeniu; zajmujemy się samemi błahostkami, zabawami, błyskotkami; prowadzimy bezczynne życie, nie znamy, co to praca i prawdziwe cierpienie: i dlatego jesteśmy wszyscy śmiertelnie chorzy na duchu; niéma w nas nic podniosłego, poetycznego, szlachetnego, nic, coby się zbliżało do ideału, jaki każdy człowiek w piersi swéj nosi, nic, coby nas wyróżniało z tłumu pospolitości. Dlatego na twarzach naszych nie malują się te litery ducha, jakie wyczytać na nich pragnie ten, którego duch unosi się nad poziom, a buja w podgwiazdnych krainach ideałów!
Wszystko to wymówione było przez pana Lubomira z uniesieniem i szlachetnością. Wydało mi się jednak, że słowa te miały ton trochę zbyt kaznodziejski lub deklamatorski, lecz tak dobrze, tak zgodnie wtórowały one temu, czego pełna byłam i czego tylko dotąd przed samą sobą sformułować nie potrafiłam w słowach, że myślą w nich zawartą zostałam zachwycona. Uderzyło mię tylko, że w czasie, gdy głos mówiącego podnosił się i brzmiał szlachetném uniesieniem, twarz jego pozostała zimną, jak wprzódy, i oczy nie błysnęły ni razu z pod mgły, która przysłaniała źrenice. Spojrzałam po obecnych i dostrzegłam, że słowa pana Lubomira zdziwiły jednych, a uraziły drugich. Niektórzy nawet uśmiechali się ironicznie. Najwidoczniéj jednak uśmiechała się tak Helenka, obok któréj siedziałam. Zdziwiona tém, pochyliłam się do jéj ucha i szepnęłam:
— Czy znasz tego pana Lubomira? Helenko.
— Wybornie — odpowiedziała mi, również cicho.
— Kto to jest?
— Daleki kuzyn pani Natalii, brat rodzony Zosi, ma znaczne majątki w powiecie N.
— Dlaczegoż poraz piérwszy dopiéro pojawił się dziś między nami?
— Przed kilku dniami wrócił z za granicy.
Dając mi te wszystkie odpowiedzi, Helenka nie przestawała uśmiechać się ironicznie.
— Nie prawdaż? — rzekłam do niéj jeszcze ciszéj — że to, co przed chwilą wyrzekł pan Lubomir, dowodzi, iż jest szlachetnym i rozumnym człowiekiem?
Ku wielkiemu memu zdziwieniu, Helenka zamiast odpowiedziéć mi twierdząco, z wielką żywością poniosła do ust chusteczkę, aby pokryć parsknięcie śmiechem.
— Czegoż śmiejesz się, Helciu? — spytałam z lekką urazą.
Odjęła chusteczkę od ust i popatrzyła na mnie, potém rzekła, wzruszając ramionami:
— Długo musiała-bym mówić, gdybym ci opowiadać chciała, z czego się rozśmiałam. Gdy poznasz bliżéj pana Lubomira, z łatwością odgadniesz sama powód mego śmiechu.
Z kolei wzruszyłam także ramionami i odwróciłam się od Helenki. Piękna i miła towarzyszka moja, którą z serca kochałam, wydała mi się w owéj chwili dziwaczną niemal. Zamieniając te urywane słowa z Helenką, uroniłam część rozmowy, która coraz żywiéj toczyła się wkoło kanapy.
Gdy znowu słuchać jéj zaczęłam, pan Lubomir właśnie głos zabierał.
— Tak, moi państwo — mówił — bardzo źle i błędnie postępujemy, że, nie idąc w ślady narodów, stojących na najwyższym szczeblu cywilizacyi, zamykamy się w ciasném kółku samych uprzywilejowanych ludzi, i jak Chińczycy odgraniczamy się od reszty świata murem pychy i przesądów. Nie dopuszczamy przez to do siebie prawdziwéj inteligencyi i zasługi, pozostajemy zacofani, nie idziemy razem z duchem czasu, który oddawna zniósł średniowieczne granice, dzielące ludzi zaporami, zbudowanemi z tarcz herbownych...
— Jakto! — zawołał ktoś z mężczyzn — żądasz więc pan, abyśmy mieszali się z motłochem?
— Wyrazu tego nie mają już Francuzi i Anglicy, pomiędzy którymi miałem szczęście kształcić me pojęcia o równości. Co pan nazywasz motłochem? — zawołał pan Lubomir, z gestem szlachetnym — czy tém pospolitém i przestarzałém mianem okrywasz pan ludzi, którzy pędzą życie nad mozolną pracą, mającą dla społeczności obfite przynieść kwiaty, ziarna, owoce; którzy, zamiast brzęczącéj, lichéj mamony, mają wysoką a gruntowną naukę, a zamiast brzmiącego zasługami przodków imienia, posiadają chlubne imię, własną zdobyte zasługą? Jeśli takich ludzi nazywasz pan motłochem, to do tego motłochu racz mię pan z ducha i pojęć zaliczyć, chociaż posiadam niepośledniéj świetności herb i majątek, odziedziczony po przodkach.
Pan Lubomir chciał dłużéj jeszcze mówić, ale gospodyni domu powstała i zaprosiła gości do sali jadalnéj na herbatę. Słowa pana Lubomira połykałam z chciwością, a gdy przestał już mówić, brzmiały one jeszcze długo w mém uchu. Z prawdziwém zajęciem spojrzałam na niego, gdy obsiedliśmy wielki stół, zastawiony herbatą i kolacyą, i ze szczególném wzruszeniem czekałam, aż znowu mówić zacznie. Ale rozmowa zmieniła przedmiot, pan Lubomir stał się znowu milczący i z zamyśleniem oparł głowę na dłoni. Twarz jego ani na chwilę nie traciła wyrazu apatyi czy melancholii, źrenice mętnie i niewyraźnie patrzyły na filiżankę z herbatą.
Mimowolnie szukałam oczyma siostry pana Lubomira, młodéj Zosi, która, sierota oddawna, mieszkała przy wuju w sąsiedztwie mojéj matki, i wraz z nim przybyła na zimę do miasta. Nie wiem już, jakim zwrotem myśli, przypomniałam sobie rozmowę między Zosią a wujem jéj, zasłyszaną przeze mnie na balu w Rodowie, a wraz z nią przed pamięcią moją stanął ów młody prawnik o szlachetnéj i rozumnéj twarzy, który na zabawie téj zajmował się Zosią, a którym zajmować się wzajem wuj jéj tak surowo zabronił. Pomyślałam, że gdyby Zosia zostawała pod opieką swego brata, nie oddalił-by on pewnie od niéj człowieka, do którego czuła sympatyą, dlatego tylko, iż pochodził z innéj, niż ona, towarzyskiéj sfery. O tém samém może myślała Zosia, bo piękne zamyślone jéj oczy tkwiły w twarzy brata z miłością, uwielbieniem, jak mi się zdawało, niemą nadzieją.
Przez resztę wieczora zostawałam pod wpływem miłego wrażenia, jakie uczyniła na mnie szlachetna mowa pana Lubomira. Doświadczałam takiego poczucia, jakiego doświadcza człowiek, który nagle i niespodzianie znajduje na drodze swojéj to, czego z całéj siły pragnął przed chwilą.
Gdy nakoniec pożegnałyśmy z matką towarzystwo i salon, pełen jeszcze gości, zostawiłyśmy za sobą, zstępowałam ze wschodów mieszkania pani Natalii zamyślona, rozmarzona prawie. Helenka, która jednocześnie z nami opuściła ze swą matką zabawę, ujęła mię pod rękę i schyliwszy się nad mém uchem szepnęła:
— Widzę, kochana Waciu, że w serduszku twojém budzi się nowy piedestał dla nowego ideału!
— A gdyby tak było w rzeczy saméj? — spytałam.
— Nic — odparła Helenka — prosiła-bym cię tylko, abyś, ku wspólnéj naszéj nauce, uwiadomić mię raczyła o chwili, w któréj ideał spadnie z piedestału i na miazgę się pogruchoce.
— Zkądże ci ta pewność, że tak będzie? — zapytałam.
Helenka zaśmiała się znowu, ale nie miała czasu na odpowiedź, bo kareta jéj rodziców wtoczyła się w bramę.
Przez całą drogę do domu myślałam o panu Lubomirze; myślałam o nim, zdejmując z siebie wieczorowe ubranie, i gdy samotna już w sypialni mojéj odczytałam raz jeszcze list mego ojca, pomyślałam, że pan Lubomir był bardzo niepospolitym człowiekiem, i w ustach swych miał tak szlachetne słowa, jakiemi ojciec mój za pośrednictwem listów przemawiał do mnie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.