Oliwer Twist/Tom II/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Zawiera położenie niebezpieczne.


— Kto tam jest?
Zawołał Brittles, uchylając drzwi cokolwiek tylko, i wyglądając przez nie, zasłoniwszy sobie poprzód ręką świecę.
— Otwórzcie drzwi! — zawołano z zewnątrz; — urzędnicy policyjni z Londynu, po których dziś rano posłano.
Brittles, tém zapewnieniem mocno ucieszony, otworzył natychmiast drzwi na oścież i spostrzegł przed sobą człowieka okazałego w tołubie, który wszedł do sieni nie rzekłszy ani słowa więcéj do niego, i buty sobie o słomiankę na ziemi obtarł z taką obojętnością, jakby do domu należał.
— Proszę cię, mój młody człowieku, każ wysłać kogo, aby konia od mego towarzysza odebrał, — ozwał się urzędnik. — Siedzi w Gigu. Czy niemacie tutaj wozowni, ażeby gig na krótki czas do niéj wstawić?
Brittles mu odpowiedział, że jest wozownia i wskazał przytém na przyległy budynek. Urzędnik wrócił się przeto natychmiast do drzwiczek ogrodowych, i pomógł swemu towarzyszowi gig do wozowni wstawić, a Brittles im przez ten cały czas z największém podziwieniem przyświecał.
Gdy to wszystko do porządku przyprowadzili, wrócili razem do domu, a wszedłszy do przedpokoju im wskazanego, zdjęli z siebie tołuby, kapelusze, i okazali się takimi, jak w istocie wyglądali.
Mężczyzna, który do drzwi pukał, był silny, barczysty, średniego wzrostu, lat pięćdziesiąt blizko mający, z włosem krótko przystrzyżonym, czarnym, połyskującym, faworytami do połowy twarzy zachodzącemi, twarzą okrągłą, i oczyma bystremi, przenikliwemi. Jego towarzysz zaś był rudy, kościsty, w butach palonych, wysokich, z obliczem zaniedbaném, zarosłém, nosem zadartém, pozorem nieprzyjemném.
— Powiedz twojemu panu, że Blather i Duff z Londynu przybyli, czy słyszysz? — rzekł nakoniec starszy z obu nowoprzybyłych, gładząc sobie włosy, i kładąc parę kajdan na stole. — A! dobry wieczór, panu! Czy nie mógłbym pierwéj słów kilka na osobności z panem pomówić!
Ta odezwa zwrócona była do pana Losberne, który właśnie wszedł do przedpokoju. Lekarz kazał natychmiast służącemu się oddalić, wprowadził obie panie, i zamknął drzwi za sobą.
— Oto jest pani tego domu, — rzekł Losberne, wskazując na pani Maylie.
Pan Blather się skłonił, a gdy go zaproszono, aby usiąść raczył, kapelusz na ziemi położył i przysunąwszy sobie krzesło, wezwał swego towarzysza Duffa, aby to samo co i on uczynił.
Pan Duff, który się do wyższego towarzystwa przyzwyczajonym być nie zdawał, a przynajmniéj nie bardzo się czuł swobodnym, jeżeli mu się w nim znajdować wypadło, usiadł nakoniec po wielu najrozmaitszych wykrzywieniach członkami, wsadził laskę do gęby, i siedział nieśmiały, pomięszany.
— Pomówmyż więc teraz o tym nocnym rabunku, — ozwał się Blathers. — Jakżeż to się wszystko stało?
Losberne, któremu widocznie wiele na tém zależało, aby jak najwięcéj czasu pozyskać, opowiedział im wszystko z najdrobniejszymi szczegółami jak najszerzéj i najdłużéj, a panowie Blathers i Duff przysłuchiwali się mu przez ten czas z wielką uwagą, i tylko czasami z porozumieniem na siebie okiem rzucili.
— Niemożna jeszcze nic pewnego powiedzieć, — ozwał się nakoniec Blathers, — dopokąd miejscowości niezobaczę;.... mnie się jednak zdaje,.... lubo nic jeszcze stanowczo w téj mierze oświadczyć niemogę,.... że tego napadu zieleniak żaden niepopełnił;.... cóż ty na to Duff, co?
— I ja jestem tego samego zdania, że nie! — odpowiedział Duff.
— Aby zaś te panie nas zrozumieć mogły, trzeba będzie to słowo zieleniak objaśnić. Chcieliście panowie zapewnie przez to powiedzieć, że tego napadu złodzieje zwyczajni ze wsi nie popełnili? — rzekł Losberne z uśmiechem.
— Nieinaczéj mój panie! — odpowiedział Blathers. — Czy to już wszystko, co się tego napadu nocnego dotycze?
— Wszystko! — odrzekł lekarz.
— Cóż to jest z owym chłopcem, którego słudzy rano schwytać mieli? — spytał Blathers.
— Nic, — odpowiedział lekarz. — Jeden ze sług przestraszonych tego domu coś sobie w głowie ubrdał, że ten chłopiec miał mieć udział w tym nocnym rozboju;.... ale to jest czyste szaleństwo i nic więcéj!
— Toby jednak łatwo być mogło,.... — zauważył Duff nieśmiało.
— Jego uwaga bardzo sprawiedliwa, — potwierdził Blathers, kiwnąwszy głową na znak swéj zgodności z jego zdaniem, i zaczął się bawić kajdanami, jakby to w istocie pare kastaniet było. — Gdzie jest ten chłopiec? Cóż on sam o sobie powiada? Zkądże tutaj przybył? Przecież z nieba niespadł jak się spodziewam?
— Zapewnie że nie! — odpowiedział lekarz, rzuciwszy spojrzenie szybkie na obie panie przytomne. — Znam jego całe życie;... ale o tém późniéj pomówiemy. Zdaje się mi, iż najprzód zechcecie panowie z pewnością zwiedzić to miejsce, przez które się złodzieje do domu wkraść chcieli, nieprawda?
— Nieinaczéj! — odpowiedział Blathers. — Najlepiéj będzie jeżeli miejscowość i okoliczności wszystkie najprzód zbadamy, a potém dopiero do śledztwa ze sługami się zabierzemy. Jest to przynajmniej droga zwyczajna w podobnych wypadkach.
Przyniesiono zatém kilka świec, a panowie Blathers i Duff w towarzystwie miejscowego urzędnika sądowego z Chertsey, potém Brittles, Giles, słowem wszyscy przytomni udali się natychmiast do owéj małéj komórki na samym końcu sieni, i wyjrzeli przez okienko; potém wyszli na podwórze, obeszli dom w około, i wejrzeli przez okienko do komórki, a potém wzięli świecę, aby nią okno i okienicę dokładnie obejrzeć, a potém latarnię, aby się nią śladom stóp na ziemi dokładnie przypatrzeć, a potém widły, aby nimi krzaki przetrząść.
Gdy to wszystko śród największéj uwagi wszystkich przytomnych uskuteczniono, wszyscy weszli na powrót do domu, a panowie Giles i Brittles musieli dać opis melodramatyczny swych wszystkich przygód zeszłéj nocy, co też przynajmniéj sześć razy uczynili, sprzeciwiając się pierwszego razu w jednéj tylko ważnéj rzeczy jeden drugiemu w wyznaniach swoich, a za szóstym przynajmniéj w dwunastu.
Gdy się nakoniec i to skończyło, Blathers i Duff wyszli z pokoju, i mieli z sobą długą naradą, w porównaniu z którą co do uroczystości i tajemniczości, narada największych nawet lekarzy względem najważniejszego nawet pytania w medycynie, jest czystém dziecieństwem, bzdurstwem.
Kiedy się to działo, lekarz się tymczasem w pokoju pobocznym największą niespokojnością miotany przechodził, a pani Maylie i Rózia z trwogą na niego spoglądały.
— Słowo daję, niech mię piorun trzaśnie, — rzekł nakoniec, zatrzymawszy się na chwilę, — jeżeli ja wiem co teraz począć?
— Mnie się zdaje, — ozwała się Rózia, — iż najlepiéj będzie bieg życia Oliwera szczerze i otwarcie tym ludziom opowiedzieć, a to go najpewniéj uniewinni.
— Ja zaś wątpię, moja droga panno! — odpowiedział lekarz, wstrząsnąwszy głową. — Ja nie myślę wcale, aby go to tak przed tymi, jako i przed wyższymi jeszcze sądowymi urzędnikami usprawiedliwić miało. Gdyż mówiąc szczerze: któż on jest?.... oni na to powiedzą: zbieg,.... włóczęga!.... Jeżeli powieść jego według wszelkich względów i wątpliwości świata na rozwagę weźniemy i sądzić będziemy, to szczerze wyznać muszę, iż w oczach takich ludzi bardzo podejrzaną się wyda.
— Spodziewam się jednak, iż pan jéj przecież zawierzasz? — zarzuciła Rózia popędliwie.
— Co do mnie, to święcie wierzę, jakkolwiek jest bardzo dziwną, a ja starym szaleńcem, — odpowiedział lekarz; — ale ja jednakowo nie sądzę, aby dla ucha urzędnika policyjnego zdatną była.
— Dla czego nie? — spytała Rózia.
— Dla tego, mój ładny badaczu, — odpowiedział lekarz, — dla tego, że patrząc się na nią ich oczyma, jest w niéj wiele brzydkich kawałków! on tylko to dowieść może, co jest w niéj najbrzydszego, ale nie to, co w niéj jest pięknego, szlachetnego, a ci ludzie upatrują zawsze we wszystkiém głównie to co? i dla czego? i nic a nic nie przyjmują, co nie jest dowiedzione. Z jego własnego wyznania pokazuje się, iż przez czas niejaki ze złodziejami był w styczności;.... jednego razu go nawet do urzędu policyjnego zawleczono, obciążonego tém oskarżeniem, że chustkę jakiemuś nieznajomemu Jegomości z kieszeni ukradł; a z domu tego Jegomości został przemocą uwiedziony i zawleczony w miejsce, którego nam opisać nie jest w stanie, i najmniejszego nawet wyobrażenia o jego położeniu niema. Do Chertsey zaprowadzili go ludzie, którzy szczególniejsze przywiązanie do niego mieć się zdają, wbrew jego woli nawet, i wsuwają go przez małe okienko do domu, któren obrabować zamierzają, i właśnie wtedy, kiedy on mieszkańców pobudzić zamyśla, i jedyną rzecz uczynić, która by go w oczach wszystkich usprawiedliwić mogła, ten niezgrabny, nieokrzesany, niedorzeczny Giles wpada i strzela do niego, jakoby mu naumyślnie chciał przeszkodzić coś dla siebie dobrego uczynić. Czyliż tego wszystkiego panie nie pojmujecie?
— Pojmuję ja dobrze to wszystko, — odpowiedziała Rózia, uśmiechając się z popędliwości lekarza, — ale ja w tém jeszcze nic takiego niewidzę, coby tego biednego chłopczynę zbrodniarzem robić miało.
— O ja wiem, że nie, — odpowiedział lekarz; — wiem! wiem! Bogdaj oczy jasne twojéj płci panno Różo nieba błogosławiły! One zawsze tylko jedną stronę każdéj rzeczy widzą, czy to złą czy dobrą, a tą jest niezmiennie ta, która się im najsamprzód przedstawi.
Lekarz, objawiwszy tym sposobem wypadek swego długiego doświadczenia w życiu, wsadził ręce do kieszeni, i zaczął się po pokoju z daleko większą szybkością jak poprzód przechadzać.
— Czém bardziéj nad tém rozmyślam, — rzekł nakoniec, — tém się bardziéj przekonuję, żeby to się przyczyną nadzwyczajnych trudności i nieprzyjemności stać mogło, gdybyśmy tych ludzi z prawdziwym biegiem życia Oliwera obznajomić chcieli. Jestem pewien, że oni ani słowa nieuwierzą; a nakoniec, gdyby nawet nic złego dla chłopca z tego wynikło, już samo rozpowszechnienie téjże, i wytknięcie tych wszystkich miejsc ciemnych i wątpliwych, które się w niéj znajdują, mogłoby przeszkodzić twemu dobrotliwemu zamiarowi, droga pani Maylie, wybawienia chłopca z téj nędzy.
— Cóż więc poczniemy? — zawołała Rózia w rozpaczy. — Wielki Boże! dla czego po tych ludzi posełali?
— To prawda, dla czego? — potwierdziła pani Maylie; — jabym ich za żadne pieniądze niebyła przywołać kazała.
— Ja o tém wszystkiém wiem bardzo dobrze, — odparł Losberne nakoniec, siadając z pewną rozpaczliwą spokojnością; — musimy jednak wszystko cierpliwie znieść i śmiało i odważnie zamysł rozpoczęty do skutku przywieść.... oto rzecz cała. Cel jest dobry, a zatém i skutki usprawiedliwić musi. Chłopiec wpadł właśnie w gorączkę, niemożna z nim przeto wiele rozmawiać; to jest jedna pociecha. Musimy z téj okoliczności tyle korzystać, ile się da;.. a jeźli, to co w sobie jest złe, teraz dla nas jest najlepsze, nie nasza w tém wina... Proszę bliżéj!
— To jest rzecz dowiedziona, mój panie, — rzekł Blathers, gdy w towarzystwie zacnego pana Duff wszedł do pokoju, zamknąwszy pierwéj drzwi za sobą nim przemówił, — że to niebyło złodziejstwo zmówione.
— A cóż to jest, złodziejstwo zmówione? — zapytał lekarz z niecierpliwością.
— Złodziejstwem lub rabunkiem zmówionym, nazywamy to, łaskawa pani, — rzekł Blathers, obróciwszy się do niéj, jakby się nad niewiadomością jéj litował, ale niewiadomością lekarza pogardzał, — jeżeli słudzy domowi ze złodziejami są w zmowie.
— Tutaj ich nikt o to nie posądza! — odparła pani Maylie.
— To prawda że nie, łaskawa pani, — odpowiedział Blathers, — ale oni pomimo to jednak w zmowie z nimi być mogli.
— Co by niebyło rzeczą niepodobną, — potwierdził Duff.
— To jest ręką złodziei z miasta zdziałane, według naszego zdania, — ciągnął Blathers, zdając sprawę ze swych poszukiwań, — gdyż wszystko po mistrzowsku ułożone.
— W istocie, bardzo ładnie, — potwierdził Duff pokornie.
— Do tego dwóch należało, — mówił daléj Blathers, — i chłopca małego mieli z sobą; o tém się natychmiast z wielkości okna przekonać można. Na teraz nic więcéj powiedzieć niemożemy. Życzylibyśmy sobie teraz tego chłopczynę widzieć, który się na górze znajduje.
— A możeby się ci panowie cokolwiek czego napili, pani Maylie?
Rzekł lekarz, a twarz jego się natychmiast wypogodziła, gdy mu ta myśl do głowy przyszła.
— Ach, to prawda! — zawołała Rózia śpiesznie. — Natychmiast wszystkiego przynieść każę.
— Dziękujemy, łaskawa panno! — odpowiedział Blathers, otarłszy usta rękawem; — podobne zatrudnienia są bardzo suche. Proszę sobie jednak dla nas wiele zachodu nierobić;.... co panna ma najbliżéj pod ręką, my wszystko przyjmiemy.
— Cóż sobie panowie życzycie?
Zapytał lekarz, idąc za młodą dziewczyną do szafy.
— Trochę wódeczki, drogi panie, jeżeli to państwu wszystko jedno, — odpowiedział Blathers. — Z Londynu aż dotąd spory kawał drogi, przy tym zimnie jeszcze, łaskawa pani, a ja to doświadczenie zrobiłem, iż wódka najlepiéj grzeje.
Pan Blathers zwrócił się do pani Maylie z tém zwierzeniem, która z największą uprzejmością ono przyjęła. Podczas kiedy się ten urzędnik z uwagą swoją do niéj obrócił, lekarz się tymczasem z pokoju wymknął.
— A!....
Zawołał Blathers, który kieliszka za spód nie uchwycił, lecz pomiędzy dwa palce swéj ręki lewéj go ujął, i równo z piersią przed sobą trzymał.
— Już ja w mojém życiu wiele podobnych wypadków widziałem, moje panie.
— Naprzykład ów napad nocny w Edmonton, czy sobie przypominasz, co? — wtrącił Duff, chcąc przyjść w pomoc pamięci swego towarzysza.
— To było właśnie coś podobnego, nieprawda? — odrzekł Blathers; — a sprawcą tego był Conkey Chickweed, jestem najświęciéj przekonany.
— Ty zawsze tylko jego masz na myśli! — odparł Duff. — Ja zaś utrzymuję że to była rodzina Pet, a Conkey ani na włos do tego nie należał.
— Ale gdzież tam, ja wiem o tém bardzo dobrze, — odpowiedział Blathers. — Czy sobie to zdarzenie przypominasz, kiedy Conkey sobie samemu skradł pieniądze! Jaki to był wszędzie hałas! większy jeszcze jak za jaką książką nową.
— Cóż to było?
Zapytała Rózia, która się jak najtroskliwiéj swych gości niepożądanych przy wesołości utrzymać starała.
— Było to złodziejstwo, łaskawa panno, jakiego z pewnością nikt więcéj nie wymyśli, — odpowiedział Blathers. — Ten Conkey Chickweed....
— Conkey z perkatym nosem zwany, łaskawa pani, — wtrącił Duff. —
— Wszak panie o tém zapewnie wiedzą, nieprawda? — zapytał Blathers. — Zawsze mi tylko niepotrzebnie przerywać musisz,.. otóż ten Conkey Chickweed, łaskawa panno, trzymał dom gospodni przy drodze do Battlebridge, i miał przytém piwnicę, do któréj wiele młodych ludzi się schodziło na bitwy kogutów, boksowanie i tym podobne zabawy, a wyznać potrzeba, iż to wszystko doskonale i ładnie się odbywało, gdyż ja sam nieraz tam byłem. Wtedy jeszcze nienależał do ich towarzystwa; pewnéj nocy jednak skradziono mu trzystadwadzieścia siedm gwinej, zaszytych we worku płóciennym,...... i to śród nocy, z jego sypialni;...... jakiś nieznajomy z czarnym plastrem na oku miał to złodziejstwo popełnić, który się najprzód z wieczora pod jego łóżkiem ukrył, a potém, zabrawszy pieniądze, przez okno niebardzo wysokie, bo tylko z pierwszego piątra, wyskoczył. On się wprawdzie dość żywo z tém zwinął, ale i Conkey niebył leniwy,.... gdyż na ten hałas się obudził, z łóżka zerwał, z pistoletu nabitego za nim wystrzelił, i całe sąsiedztwo przez to pobudził. Ludzie wszyscy natychmiast za złodziejem krzyczeć zaczęli, a gdy się zeszli, aby sobie miejsce obejrzeć, spostrzegli, że Conkey złodzieja ugodzić musiał, gdyż znaleźli ślady krwi, które się aż do jednego płotu dość odległego ciągnęły, przy którym dopiero zniknęły. Złodziéj tymczasem ze swoją zdobyczą umknął, a w skutek tego wypadku imie pana Chickweed zostało za pozwoleniem sądowém pomiędzy innemi bankructwami w dziennikach umieszczone. Robiono różne składki, loteryje i Bóg wie co jeszcze wszystko, aby tego biednego człowieka wspomódz, który nad tą stratą swoją okropnie ubolewając, w wielkim smutku się znajdował, przez kilka dni w największéj rozpaczy po ulicach biegał z głową najeżoną, oczyma błędnemi, tak że wielu bardzo sądziło, iż on albo oszaleje, albo też sobie w łeb wypali. Jednego dnia wpada nagle do policyjnego urzędu zadyszany, i żąda pomówić z przełożonym na osobności; po niejakim czasie nasz przełożony dzwoni, każe przywołać do siebie pana Jem Spyers — Jem był to urzędnik w służbie, — i nakazuje mu pójść z panem Chickweed do niego do domu i pomóc mu w schwytaniu tego człowieka, który go okradł.... „Ja go widziałem panie Spyers,“ rzekł Chickweed do niego, „przedwczoraj rano przeszedł koło mego domu.“ — „Dla czegóżeś z domu niewypadł i za kołnierz go niechwycił?“ zapytał Spyers. — „Takem na jego widok zgłupiał i przytomność stracił, żeby mię dziecko było na ziemię powaliło,“ — odpowiedział ten biedny człowiek, „ale ja jestem pewien, że go schwycimy, gdyż on téj nocy pomiędzy dziesiątą i jedenastą znowu przeszedł.“ Zaledwie Spyers to usłyszał, zabrał natychmiast z sobą parę sztuk potrzebnéj bielizny białéj i grzebień, na przypadek gdyby mu parę dni na złodzieja czekać wypadało, udał się do mieszkania pana Chickweed i usiadł sobie pod oknem po za małą czerwoną zasłoną, z kapeluszem na głowie, gotów zaraz z domu wyskoczyć, gdyby tego potrzeba wypadła. Już było raz późno w nocy, Spyers sobie wygodnie przy oknie siedział i spokojnie fajkę palił, wtem Chickweed nagle z pokoju wypada, wrzeszcząc na całe gardło; — „Oto jest! oto jest! Łapajcie złodzieja! zbójcę!“ Jem Spyers wypada także za nim, i widzi pana Chickweed biegnącego pędem ulicą z okropnym wrzaskiem. Spyers daléj za nimi,.... niespuszcza go z oka, lud cały krzyczy także: „Łapajcie złodzieja,“ i goni z nimi tłumem...... Chickweed goni i goni krzycząc ciągle na całe gardło. Nakoniec zwracając się koło rogu ulicy, Spyers go traci z oczu na chwilkę,..... spostrzega potém grono małe zgromadzonego ludu,.... przypada do niego.... i pyta: „Gdzież jest złodziéj?“ — „Niech mię piorun trzaśnie,“ odpowiada Chickweed, „znowum go gdzieś zgubił!“
Było to rzeczą wprawdzie bardzo dziwną, ale że złodzieja nigdzie widać nie było, wrócili tedy napowrót do domu gospodniego, a nazajutrz rano Spyers zajął powtórnie swoje dawne miejsce pod oknem, i wyglądał przez nie z po za zasłony za człowiekiem wysokim, z plastrem czarnym na oku, aż go nakoniec samego oczy zbolały. Niepodobna jednak było, aby je ciągle mógł był mieć otwarte i ani na chwilkę je nie zmrużyć,.... lecz zaledwie to uczynił, Chickweed natychmiast wrzasnął : „Oto jest! oto jest!“ Obaj do razu z gospody wypadli, a Chickweed ulicą jak strzała pogonił, krzycząc i wrzeszcząc ciągle, a kiedy drugie tyle ubiegli, jak dnia wczorajszego, złodziej im tak samo jak wczoraj umknął. To się jeszcze kilka razy stało, tak, że w końcu sąsiedzi jego rzekli, iż Chickweeda z pewnością djabeł sam okraść musiał, który go potém zwodzi, a drudzy przeciwnie, że biedny Chickweed pomięszania zmysłów dostać musiał.
— A Jem Spyers cóż na to mówił?
Zapytał lekarz, który wkrótce po rozpoczęciu téj powieści do pokoju wrócił.
— Jem Spyers, — odpowiedział Blathers, — przez długi czas nic nie mówił, i baczne oko na wszystko dawał, nie pokazując tego po sobie. Dowód najlepszy, iż swoję rzecz bardzo dobrze rozumiał. Jednego rana jednak zbliżył się do kantora biednego Chickweeda, dobył swéj tabakierki z kieszeni i rzekł: „panie Chickweed! ja tego już mam, kto ci pieniądze z domu wykradł.“ — „Macie go już?“ zawołał Chickweed; „ach drogi, najdroższy panie Spyers, niech tylko na nim się pomścić mogę, a umrę szczęśliwy. Ach drogi panie Spyers, gdzie, gdzie jest ten złoczyńca?“ — „Wiecie co panie Chickweed?“ — rzekł wtedy Spyers, podając mu tabakę, „porzućcie te żarty! wyście to samo uczynili!“ A to było rzeczywiście prawdą; on zaś sobie za tę sztuczkę nie mało pieniędzy zebrał, i nikt by tego oszukaństwa nie był odkrył, gdyby nie był tak troskliwie pozoru chciał zachować;.... to jest rzecz cała! — Zakończył pan Blathers, wychyliwszy kieliszek i zabrząknąwszy w okowy.
— W istocie, wydarzenie bardzo zajmujące, — rzekł lekarz. — A teraz moi panowie, jeżeli się wam podoba, możecie iść na górę.
— Jeżeli się panu podoba,..... więc natychmiast idziemy.
Odparł Blathers, i wyszedł ze swoim towarzyszem tuż za panem Losberne, który obu urzędników policyjnych do izby, w któréj Oliwer chory leżał, zaprowadził.
Giles szedł z świecą przed nimi.
Oliwer się wprawdzie przespał cokolwiek, gorączka jednak bardziéj się wzmogła, a on słabszy wyglądał jak poprzód. Za pomocą lekarza usiadł wprawdzie na kilka chwil w łóżku, lecz na wszystko co się koło niego działo, i na te obce twarze, które się do niego zbliżyły, okiem błędném spoglądał, nie mogąc sobie nawet przypomnieć, gdzie się znajdował, i co się z nim działo.
— Oto jest ten chłopczyna, — ozwał się pan Losberne, głosem wprawdzie cichym, który jednak wewnętrzne wzburzenie jego zdradzał. — Oto jest ten chłopczyna, który się przypadkiem zranił, igrając i bawiąc nabitym pistoletem na otwartém polu, tuż za ogrodem tego domu; dzisiaj rano tutaj się przywlókł, aby o pomoc prosić, i natychmiast został schwytany, i męczony przez tego przebiegłego jegomości oto z świecą w ręku, który jego życie przez to na największe niebezpieczeństwo naraził, jak to każdego czasu urzędownie poświadczyć mogę.
Panowie Blathers i Duff spojrzeli na pana Giles, gdy go w ten sposób ich uwadze polecono, a ten piwniczny wylękniony z nadzwyczajném i zabawném przerażeniem i trwogą to na Oliwera, to na pana Losberne spoglądał.
— Spodziewam się, iż się tego przecież wyprzeć nie myślisz? —
Rzekł lekarz do niego, położywszy Oliwera zwolna na łóżku, którego dotąd podpierał.
— Ja to wszystko w najlepszéj myśli uczyniłem, — odpowiedział Giles. — Mnie się zdawało, że to jest ten sam chłopczyna, inaczéj bym się był do tego wcale nie mięszał. Ja nie jestem człowiekiem nieludzkim, panie! —
— Jaki chłopczyna, jaki? — zapytał urzędnik starszy.
— Ten sam chłopiec, którego złodzieje w nocy mieli, — odpowiedział Giles. — Oni mieli z pewnością chłopca ze sobą.
— Czy go i teraz jeszcze trzymasz za niego? — zapytał Blathers.
— Co pan mówi?
Zapytał Giles i spojrzał z pomięszaniem na urzędnika. —
— Ja mówię, czy go jeszcze za tego samego chłopca trzymasz, którego złodzieje ze sobą mieli,.... głowo do pozłoty? — odpowiedział Blathers z niecierpliwością.
— Ja nie wiem,.... w istocie, ja nie wiem, — odparł Giles zmięszany; — ja nie myślę,..... ja bym nie mógł na to przysięgnąć.
Co nie myślisz? — zapytał głosem grzmiącym Blathers.
— Ja nie myślę,.... ja nie wiem co myśleć, — odpowiedział biedny Giles. — Ja nie myślę żeby to był ten sam chłopczyna;.... ja wiem nawet z pewnością, że on nim nie jest. Panowie wiecie iż on nim być nie może.
— Czy ten człowiek się może nie upił? — zapytał Blathers lekarza.
— Jaki z ciebie wielki cymbał! —
Rzekł Duff, rzuciwszy na biednego Giles spojrzenie nadzwyczaj pogardliwe.
Pan Losberne zbadał tymczasem podczas téj krótkiéj rozmowy puls chorego; teraz się podniósł z krzesła, na którém dotąd przy łóżku siedział i oświadczył, jeźli panowie urzędnicy jeszcze jakie wątpliwości i podejrzenia względem chłopca mają, ażeby do przyległego pokoju się udali, i tam z drugim świadkiem Brittles się rozmówili, gdyż stan zdrowia chłopczyny dłuższej obecności ich tutaj nie dozwala.
Usłuchawszy natychmiast téj porady, panowie Blathers i Duff do przyległego pokoju się udali, biednego chłopca Brittles przed oblicze swoje zawołali, i badać go zaczęli, a ten wkrótce siebie i swego szanownego przełożonego w taką dziwną siatkę sprzeczności, niepodobieństw, niedorzeczności zaplątał, iż jego wyznania żadnego światła na całe wydarzenie nie rzuciły, ale owszem, tyle tylko dowodziły, że on sam się stał przedmiotem nadzwyczajnego złudzenia, wyjąwszy jednak tę okoliczność i wyznanie jedyne, żeby owego chłopca, którego złodzieje z sobą mieli, nie poznał, gdyby go nawet teraz natychmiast przed oczyma jego stawiono; że Oliwera dla tego jedynie za niego trzymał, iż mu Giles powiedział, że on nim jest, i że Giles sam przed parę godzinami w kuchni oświadczył, iż się lęka, czyli się z oskarżeniem chłopczyny za nadto nie pośpieszył.
Pomiędzy różnemi innemi przypuszczeniami i to pytanie w końcu wniesiono, czyli Giles rzeczywiście kogoś postrzelił? Przystąpiono tedy do rozwiązania téj ważnéj okoliczności, przyniesiono pistolet z którego strzelał, wykręcono nabój z drugiéj lufy, i przekonano się, iż prócz prochu i papieru bibułowego do przybicia, żadnego innego zabójczego przedmiotu w nim nie było,.... odkrycie, które bardzo wielkie wrażenie na wszystkich zrobiło, prócz lekarza, który z niego kulę przed pół godziną wykręcił.
Na nikogo jednak tak wielkiego wrażenia nie zrobiło, jak na biednego Giles samego, którego przez kilka godzin ta trwoga niesłychanie przykra dręczyła, iż biednego chłopczynę małego na śmierć zranił, a czując przez to nadzwyczajne na sercu ulżenie, téj myśli z wielką radością się uchwycił.
Całe poszukiwanie nareszcie na tém się zakończyło, że obaj urzędnicy policyjni z Londynu, nie troszcząc się wiele o Oliwera, sądowego sługę z Chertsey na miejscu na noc zostawili, sami zaś do miasta na nocleg się udali, i nazajutrz rano na dalsze śledztwo przybyć przyrzekli.
Nazajutrz rano rozeszła się wieść po całéj okolicy, iż w Kingston dwóch ludzi mających chłopca małego z sobą, w więzieniu osadzono, schwytanych śród bardzo podejrzanych okoliczności; panowie Blathers i Duff udali się przeto natychmiast na cały dzień do Kingston.
Lecz gdy do śledztwa przystąpiono, i z wywodu się przekonano, że te podejrzane okoliczności na tém jedynie się ograniczały, iż ich pod styrtą siana śpiących znaleziono, — co, lubo wielką jest zbrodnią, jednak więzieniem kilkudniowém tylko się karze, i w oczach łaskawych angielskiego prawa i jego nadzwyczajnéj łagodności dla wszystkich poddanych tego kraju, w braku wszelkich innych dowodów żadnym stanowczym i przekonującym dowodem nie jest, że śpiący złodziejstwo z rozbojem połączone popełnili, i przez to na karę śmierci zawinili, — panowie Blathers i Duff jak przyjechali tak i odjechali, niebędąc ani na włos mędrszymi.
Słowem, po wielu badaniach, dociekaniach, a więcéj jeszcze niepotrzebnéj gadaniny urzędnika z sąsiedztwa z łatwością do tego namówiono, aby wraz z panem Losberne i panią Maylie za to rękojmię swoję złożył, iż Oliwer każdego czasu przed sądem się stawi, jeżeli obecność jego będzie potrzebna, a panowie Blathers i Duff, dostawszy kilkanaście gwinej nagrody za swoje starania, powrócili do Londynu ze zdaniem zupełnie sobie sprzeczném o téj całéj wyprawie; ostatni bowiem wziąwszy rzecz całą troskliwie na uwagę, bardzo się skłaniał do tego przypuszczenia, że ten rozbój zamierzony był sprawką rodziny Pet; pierwszy zaś przeciwnie całą zasługę téj sprawy sławnemu Conkey Chickweed przypisywał.
Oliwer tymczasem powoli do siebie przychodził, i przy troskliwéj pieczy pani Maylie, Rózi i poczciwego, dobrodusznego Losberne, dawne swoje zdrowie i czerstwość odzyskał.
Jeżeli zaś gorąca, z serca wdzięcznością przepełnionego pochodząca modlitwa do nieba dójść może, i wysłuchaną bywa, — a czémże by modlitwa była, gdyby to nienastąpiło? — więc i błogosławieństwo niebios, które ta sierota na nich zwołała, szczęście i błogość w ich sercu rozlać musiało.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.