Oliwer Twist/Tom I/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Oliwer nową znajomość zawiera, a towarzysząc swemu panu po raz pierwszy na pogrzeb, złego wyobrażenia o zatrudnieniu swego pana nabiera.

Oliwer, w składzie Przedsiębiorcy pogrzebów sam jeden zostawiony, postawił kaganek na warsztacie, i spojrzał w koło siebie ze zgrozą i trwogą, któréjby nie jeden z wiele starszych od niego w podobném położeniu doznał, i ukazać się nie wahał.
Trumna, jeszcze nieskończona, stojąca na czarnych podstawkach na samym środku składu, tak ponuro i pogrzebowo wyglądała, że dreszcz zimny biednego chłopca każdego razu wskróś przejął, ile razy się jego oczy w kierunku tego groźnego przedmiotu zbłąkały; zawsze mu się bowiem zdawało, że jakaś postać okropna i przerażająca, głowę z niéj koniecznie wychylić musi, i w obłąkanie go ze zgrozy wprawi.
Wzdłuż ściany stał długi szereg desek, porządkiem ustawionych, wszystkie w jednym kształcie poprzyżynanych, i przy tém świetle bladém, ponurém, jego kaganka, niby widma szeroko barczyste, ręce w spodniach trzymające, wyglądających. Wieka od trumień, heblowiny, błyszczące goździe, i kawały czarnego sukna, to wszystko leżało rozrzucone na podłodze, a ściana nad biórem przyozdobiona była w obraz, przedstawiający jaskrawemi barwami dwóch pachołków pogrzebowych, w swoim właściwym żałobnym ubiorze, a obok nich karawan, przed wspaniałemi drzwiami jakiegoś pałacu stojący, do którego cztery, czarnymi kirami pokryte konie zaprzężone były.
Skład, w którym Oliwer zamieszkał, był wązki i nizki, a powietrze w nim zdawało się być duszne, zapachem grobowym przesiąknięte. Nawet i łoże owe, pod stołem dla niego przeznaczone, wielkie podobieństwo do trumny miało.
Były to wprawdzie wszystko uczucia niemiłe i przykre dla Oliwera, ale prócz nich jeszcze inne serce jego boleśnie udręczały.
Wszak on sam jeden był w miejscu obcém, a my wszyscy bardzo dobrze o tém wiemy, jak smutnym i nieszczęśliwym by się czuł każdy z nas, choćby nawet najlepszy, gdyby się w podobném położeniu znajdował. Biedny chłopczyna nie miał żadnych przyjaciół, którzyby się o niego byli troskali, lub on się przynajmniéj o nich był mógł troskać.
Jego pamięć nie pieściła żadnego żalu za świeżém rozstaniem, a żadne wspomnienie miłego i drogiego oblicza nie obciążało lubym smutkiem jego serca. A jednak to serce było strapione, i tém życzeniem zatęskniło, gdy się na swoje twarde i wązkie łoże rzucił, aby ono trumną dla niego się stało, i on już spokojnym, wiekuistym snem zdjęty, w grobie na cmentarzu spoczywał, trawa bujna nad jego głowami rosła, a dźwięk dzwonów kościelnych do tego snu wiecznego mu przyśpiewywał.
Nazajutrz rano silne uderzenie we drzwi składu ze snu go przebudziło. To uderzenie powtórzyło się najmniéj dwadzieścia razy z wszelkimi oznakami gniewu i oburzenia, nim się biedny Oliwer ubrać był w stanie. A gdy nakoniec łańcuchy i zapory od drzwi składowych odejmować zaczął, owe nogi zabawę swoję zaprzestały, i głos nieznajomy się odezwał:
— Czemu drzwi nie otwierasz? — zawołał ów głos, należący do tych nóg, co się właśnie z takim hałasem do drzwi dobijały.
— Natychmiast je otworzę, panie, — odpowiedział Oliwer, odjąwszy ostatnią zaporę, i zakręciwszy kluczem w zamku.
— Czy to ty jesteś, chłopcze nowo przybyły? — zapytał głos przez dziurkę od klucza.
— Tak jest, panie! — odpowiedział Oliwer.
— Ile masz lat? — pytał daléj ów głos.
— Dziesięć, panie, — odpowiedział Oliwer.
— No, to dostaniesz cięgi, jak tylko do składu wejdę, — zawołał ów głos, — spuść się na to, ty młody wisusie z roboczego domu!
Ów głos, dawszy Oliwerowi tę pocieszającą obietnicę, zaczął sobie świstać.
Oliwer za nadto często temu ruchowi podlegał, którym go ów prawdziwie krótko, lecz dobitnie się wyrażający głos powitać przyrzekł, aby na chwilę przynajmniéj wątpliwość najmniejszą był miał zachować, iż właściciel tego głosu, ktokolwiek on będzie, w sposób dla siebie najzaszczytniejszy tego słowa danego nie dotrzyma. Ręką drżącą przeto zasuwkę ostatnią odsunął, i drzwi na oścież otworzył.
Przez kilka chwil Oliwer po ulicy to w tę, to w ową stronę spoglądał, w tém mniemaniu, że ów nieznajomy, który przez dziurkę od klucza z nim rozmawiał, po ulicy przejść się musiał, aby się cokolwiek rozegrzać; lecz nikogo nigdzie nie spostrzegł, wyjąwszy otyłego chłopca z domu miłosierdzia, siedzącego na kamieniu wprost naprzeciwko składu, i spożywającego spokojnie kromkę chleba z masłem, którą kozikiem na kawałki wielkości otworu swych ust krajał i potém je z wielką żarłocznością pochłaniał.
— Proszę mi powiedzieć, — ozwał się nakoniec Oliwer, niewidząc nikogo więcéj na ulicy, — czyście to nie wy przed chwilą do drzwi pukali?
— Tak jest,.... ja to pukałem, — odpowiedział ów chłopiec.
— Czy sobie może trumny życzycie, Sir? — zapytał Oliwer prostodusznie.
Na to pytanie ów chłopiec z domu miłosierdzia groźnie na Oliwera spojrzał i odpowiedział, iż on sam w krótce dla siebie trumny potrzebować będzie, jeżeli sobie takie żarty ze swoim przełożonym pozwala.
— Jak widzę, to nie wiesz, kto ja jestem, chłopcze z roboczego domu, ha? — zawołał chłopiec z domu miłosierdzia, podniósłszy się z nadzwyczajną godnością z kamienia, na którym siedział.
— Nie, panie! — odpowiedział Oliwer.
— Ja jestem pan Noa Claypole, — rzekł na to ów chłopiec z domu miłosierdzia, — a ty jesteś moim podwładnym. Pootwieraj okiennice i pozawieszaj godła, ty chłopcze przemierzły!
Pan Noa Claypole, to wyrzekłszy, biednego Oliwera najprzód silnie kułakiem w plecy uderzył, a potém z wielką godnością do składu wszedł, co mu wielką powagę u niego zjednać miało, lubo to jest rzeczą bardzo trudną dla chłopca nizkiego, z łbem wielkim, małemi oczyma, twarzą głupkowatą w jakimkolwiek położeniu swego życia poważnie wyglądać, zwłaszcza, jeżeli się z tymi wdziękami osobistymi nos czerwony i spodnie skórzane, żółte, połączą.
Gdy Oliwer okiennice pozdejmował i szybę już nawet przez swoje gorliwe natężenie wybił, aby je podnieść i na małe podwórze w domu zanieść, gdzie je przez cały dzień przechowywano, pan Noa dopiero wtedy do niego się zbliżył, i pocieszywszy go tém miłem zapewnieniem: że coś oberwie, tak dalece się poniżył, iż mu w pomoc przyjść raczył.
Nie zadługo też pan Sowerberry się zjawił, a w kilka chwil po nim i jego droga małżonka, pani Sowerberry, w składzie się pokazała; poczém Oliwer, oberwawszy coś za stłuczoną szybą, jak mu to Noa przepowiedział, za tym chłopcem do kuchni na śniadanie się udał.
— Siadaj bliżéj przy ogniu, Noa, — rzekła Karolina. — Schowałam dla ciebie kawałek szynki z pańskiego śniadania. Oliwerze, zamknij drzwi za panem Noa, i weź sobie to, co tam leży na pokrywie od dzieżki, Oto jest twoja herbata, weź ją sobie tam na skrzynię i wypij ją, tylko żywo, bo cię wnet na górze w składzie potrzebować będą. Słyszałeś?
— Słyszałeś, chłopcze z roboczego domu? — powtórzył Noa Claypole.
— Oj ty niepoczciwy Noa! — rzekła Karolina, — jaki z ciebie człowiek dziwny! dla czegóż temu chłopcu nie dasz pokoju?
— Jemu dać pokój! — odparł Noa. — Czyliż mu cały świat nie daje pokoju?.... Wszakże go jego własny ojciec i matka odstąpili i pokój mu dają; wszyscy krewni go opuścili i pokój mu dają. No i cóż, Karolino, czy nie dobrze? ha! ha! ha!
— Oj ty dziwaku, ty! — odpowiedziała Karolina, i na całe gardło się rozśmiała.
Ten śmiech i Noa podzielał, a oboje potém z gniewem i złością na biednego Oliwera spoglądali, który, drżąc z zimna, w najodleglejszym kącie kuchni na skrzyni siedział, i najlichsze kęsy jadła, naumyślnie dla niego wybrane, spożywał.
Noa był chłopcem z domu miłosierdzia, lecz nie sierotą z domu roboczego.
On nie był dzieckiem przypadku, albowiem swój rodowód aż do swoich rodziców, niedaleko nawet mieszkających, wyprowadzić zdołał. Jego matka była praczką, a ojciec żołnierzem, pijakiem, uwolnionym z wojska z jedną nogą drewnianą, i dwudziestu jeden fenikami dziennego żołdu, prócz małego jeszcze ułamku.
Chłopcy z sąsiedztwa już od dawna za zwyczaj sobie wzięli Noego, właściwym ubiorem chłopca z domu miłosierdzia napiętnowanego, różnemi hańbiącemi przezwiskami, jak n. p. chłopiec w skórzanych spodniach, chłopiec z domu miłosierdzia, i t. d. na ulicy prześladować, a Noa to wszystko cierpliwie i pokornie znosić musiał. Lecz teraz, kiedy los sierotę bez imienia pod rękę mu poddał, na któréj się najostatniejszy nawet z ludzi mógł mścić bezkarnie, więc też i on na niéj swoje cierpienia hojnie chciał powetować.
Ta okoliczność podaje nam przedmiot do rozmyślania bardzo zajmujący.
Pokazuje nam, jaką rzeczą piękną jest ludzkie serce, i jak bezstronnie przyroda te same przymioty i zalety miłe i przyjemne tak w lordzie najświetniejszym, jak i w chłopcu najnędzniejszym z domu miłosierdzia rozwinęła.

· · · · · · · · · · · · · · · ·

Oliwer już więcéj jak cztery tygodnie w domu Przedsiębiorcy pogrzebów zostawał, gdy pan Sowerberry, schroniwszy się do swéj tylniéj izdebki z godną swoją połowicą na wieczerzę, po wielu pokornych i błagających spojrzeniach na swoję żonę nakoniec rzec się ośmielił:
— Kochana żono....
Chciał jeszcze coś więcéj powiedzieć, lecz ta kochana żona, takie szczególne, nieprzyjemne wejrzenie na niego rzuciła, że natychmiast uciął.
— No i cóż takiego? — zapytała żona opryskliwie.
— Nic, moja kochana żono, nic, wcale nic, — odpowiedział pan Sowerberry pokornie.
— Jakież z ciebie głupie źwierze! — zawołała pani Sowerberry wzgardliwie.
— Nie ze wszystkiém, moja kochana żono, nie ze wszystkiém, — odparł pan Sowerberry z pokorą. — Sądziłem, że mię zechcesz wysłuchać, moja droga. Ja ci tylko chciałem powiedzieć...
— Ja zaś tego wcale słyszeć nie chcę, coś mi chciał powiedzieć, — przerwała mu jego kochana żona. — Ja nie jestem niczém, a zatém się mię nieradź wcale; bardzo cię o to proszę. Ja się niechcę wcale w twoje tajemnice wciskać.
Gdy to pani Sowerberry wyrzekła, śmiech kurczowy, histeryczny, ją pochwycił, który bardzo złe skutki za sobą mógł pociągnąć.
— Ależ moja kochana żono, — rzekł Sowerberry, — ja się tylko chciałem o twoje zdanie zapytać....
— Nie, nie, ja niechcę, żebyś się mnie o moje zdanie pytał, — odpowiedziała pani Sowerberry z udaną skromnością, — spytaj się lepiéj kogo innego.
Poczém ów śmiech kurczowy na nowo wybuchnął i pana Sowerberry mocno przeraził.
Ten śmiech jest środkiem bardzo powszechnym, w małżeństwie zwykle używanym, i najczęściéj bardzo skutecznym. I w tym przypadku także to sprawił, iż pan Sowerberry za łaskę największą sobie uprosił pozwolenie powiedzenia tego, co pani Sowerberry z upragnieniem słyszeć chciała.
Po krótkiéj tedy sprzeczce, nie więcéj jak trzy ćwierci godziny trwającéj, pan Sowerberry sobie w końcu pozwolenie jak najuprzejmiejsze wyjednał.
— Chciałem tylko z tobą o tym chłopcu małym, o Oliwerze Twiście pomówić, moja droga, — rzekł pan Sowerberry. — Jak się mi zdaje, ten chłopiec mile i dobrze wygląda, moja kochana żono.
— Jakżeż niema dobrze wyglądać, kiedy je za czterech, — odrzekła pani Sowerberry opryskliwie.
— Jakiś wyraz smutku bardzo zajmujący w jego twarzy się przebija, — mówił daléj Przedsiębiorca, — który jej wiele powabności nadaje. Ja sądzę, żeby z niego był pachołek pogrzebowy bardzo przyzwoity, moja kochana!
Pani Sowerberry spojrzała na swego męża z wyrazem niemałego zadziwienia. Pan Sowerberry to spostrzegł, i niedając żonie czasu do zrobienia najmniejszéj uwagi, mówił daléj:
— Ja nie mówię, aby go używać jako pachołka do prowadzenia pogrzebów zwyczajnych ludzi dorosłych, moja kochana, tylko do pogrzebów dzieci. Taki pachołek odpowiedni byłoby to coś nowego i mocno by się podobało. Ja wiem, żeby to wielkie wrażenie zrobiło.
Pani Sowerberry, mająca wiele smaku w urządzaniu pogrzebów, mocno była uderzona nowością tego pomysłu. Żeby jednak godności swojej była ubliżyła, gdyby w tych okolicznościach zasługę tego pomysłu była mu przyznała, zapytała się go jedynie z większą daleko jak zwykle cierpkością, dla czego ta myśl pierwéj do głowy mu nie przyszła?
Pan Sowerberry zaś wziął to pytanie słusznie za tajne potwierdzenie swego zamiaru i postanowił szczerze Oliwera jak najprędzéj w tajemnice swego rzemiosła poświęcić. W tym celu nakazał mu, zawsze być gotowym, ażeby swojemu panu przy najpierwszéj sposobności mógł towarzyszyć, gdyby mu usługi jego były potrzebne.
Téj sposobności długo czekać nie potrzebowano, gdyż zaraz nazajutrz, w półtoréj godziny blisko po śniadaniu, pan Bumble wpadł do składu, laskę swoję urzędową oparł o biórko, wydobył z kieszeni swój pulares skórżany, wyjął z niego małą kartkę i podał ją panu Sowerberry.
— Aha! — zawołał Przedsiębiorca, spoglądając na tę kartkę z radością, — zamówienie na trumnę i pogrzeb, nieprawdaż?
— Najprzód na trumnę, a potém na pogrzeb na koszta Gminy....
Odpowiedział Bumble, chowając na powrót do kieszeni swój pulares skórzany, co do grubości bardzo do niego podobny.
— Bajton! — zawołał Przedsiębiorca, spoglądając to na kartkę, to na pana Bumble na przemian. — Jeszczem tego nazwiska nigdy nie słyszał.
Bumble wstrząsnął głową i odpowiedział:
— Jest to naród uparty, panie Sowerberry, bardzo uparty; a pyszny aż strach, Sir!
— Pyszny? doprawdy! — zawołał Sowerberry z szyderskim uśmiechem. — Ejże, i to bardzo?
— Aż do znudzenia, — odpowiedział Woźny; — aż do odrazy, panie Sowerberry.
— To prawda, to prawda! — potwierdził Przedsiębiorca, aby Woźnego uspokoić.
— Nie słyszeliśmy jeszcze nigdy o nim, dopiero wczoraj wieczór, — rzekł Woźny, — i bylibyśmy go może nigdy nie poznali, gdyby się kobieta, mieszkająca wraz z nim w jednym domu i litością tknięta, do Przełożonych Gminy nie była udała, aby lekarza Gminy przysłano do kobiety bardzo choréj u niego. Lekarz był właśnie przy objedzie; ale jego pomocnik, człowiek młody bardzo uczony, posłał jej natychmiast lekarstwo we flaszce od czernidła.
— A to co się nazywa pomoc śpieszna! — zawołał z uśmiechem Przedsiębiorca.
— Śpieszna, i bardzo śpieszna, nieinaczéj! — odrzekł Woźny. — Lecz jakiż tego był skutek? jaka niewdzięczność tych buntowników Sir? Wystaw sobie, panie Sowerberry, iż mąż téj kobiety choréj to lekarstwo na powrót odesłał i kazał powiedzieć, że ono dla jego żony jest niestósowne, ona go przeto zażywać nie będzie! Takie dobre, mocne i pomocne lekarstwo, które przed tygodniem dopiero dwóm robotnikom z Irlandyi i węglarzowi jednemu z najpomyślniejszym skutkiem zadano! to się ludziom poseła bezpłatnie,.... we flaszce od czernidła,.... i oni odsełają ono na powrót, i każą powiedzieć, że go zażywać nie będzie, wystaw sobie Sir!
Ta niewdzięczność niesłychana w całej swojej okropności panu Bumbie przed oczyma stanąć musiała, gdyż silnie laską swoją o biórko stuknął i z oburzenia się zapyrzył.
— To prawda, — ozwał się Przedsiębiorca, — iż jeszcze nigdy....nie....sły....szałem....
— Nigdyś jeszcze nie słyszał, Sir? — wyzionął Woźny, — nie tylko ty, ale nikt jeszcze w świecie tego niesłyszał! ale otóż i kobieta umarła, a my ją teraz pochować muszemy. Oto jest kartka na pogrzeb, ....czém się prędzéj stanie, tém lepiéj.
To wyrzekłszy, pan Bumble w zapale zbytniéj gorliwości urzędowéj swój kapelusz trójgraniasty krzywo na głowę zasadził, i śpiesznie ze sklepu wypadł.
— Tam do licha! tak był zagniewany, że się nawet i o ciebie spytać zapomniał, Oliwerze! — zauważył pan Sowerberry, spoglądając za Woźnym, biegnącym szybko ulicą.
— To prawda, panie!
Odpowiedział Oliwer, który się podczas téj rozmowy troskliwie przed jego wzrokiem ukrywał, a nawet i teraz jeszcze, na samo wspomnienie dźwięku jego głosu cały drżał z przestrachu.
Oliwer niepotrzebował jednak wcale widoku pana Bumble unikać, gdyż ten urzędnik, na którego umysł przepowiednia Jegomości w białej kamizelce nadzwyczajne wrażenie zrobiła, mocno sobie postanowił o niego się wcale nie dopytywać, dopokąd Oliwer, zostający dotąd jeszcze dopiero na próbie u Przedsiębiorcy, na całe siedm lat mu zupełnie i prawnie oddanym nie zostanie, a tak i niebezpieczeństwo całkiem nie przeminie, aby kiedykolwiek do domu roboczego na powrót się mógł dostać.
— Niechże i tak będzie, — ozwał się pan Sowerberry, szukając swego kapelusza, — czém prędzéj się tego kłopotu zbędziemy, tém lepiéj. Noa, daj tymczasem pozór na sklep, a ty Oliwerze weź czapkę, i chodź ze mną.
Oliwer natychmiast usłuchał i poszedł za swoim panem, towarzysząc mu w jego zatrudnieniu rzemiosłowém.

· · · · · · · · · · · · · · · ·
Długo szli przez najludniejszą i najcieśniéj zabudowaną część miasta, aż na koniec w uliczkę daleko węższą, plugawszą i lichszą się zwrócili, jak wszystkie, przez które dotąd przechodzili. Tutaj kroku nieco zwolnili, aby wynaleść dom, będący celem ich wycieczki.

Domy po obu stronach ulicy były wprawdzie wysokie, obszerne, lecz bardzo już stare, i przez lud najuboższy zamieszkane, o czém by ich powierzchowność zaniedbana i spustoszałość zupełna natychmiast każdego przekonała, gdyby nawet o téj prawdzie nie świadczył widok kilku nędznie i plugawie wyglądających kobiet i mężczyzn, którzy się z założonemi rękoma i przezornością niezwykłą przypadkiem po ulicy błąkali.
Wielka część tych budynków miała na przodzie sklepy; lecz te sklepy wszystkie stały spustoszałe, niezajęte i zamknięte. Zaledwie że piątra wyższe były zajęte i zamieszkane.
Było też i bardzo wiele takich domów, które dla swojéj starości i zbytniego spustoszenia, niebezpieczeństwem zawalenia się grożąc, belkami, jednym końcem na ulicy głęboko w ziemię wpuszczonemi, a drugim pod ściany mocno pobitemi, popodpierane i tym sposobem od zupełnego upadku uchronione zostały. Lecz i w tych, jak się zdawało, jacyś ludzie biedni, innego przytułku nie mający, schronienie na noc obrać sobie musieli, albowiem bardzo wiele desek, zastępujących miejsce drzwi i okien, z miejsc właściwych wysuniętych było w celu zrobienia otworu, przez który by się istota ludzka przecisnął mogła.
Ścieki i kanały stały zatamowane i brudem smrodliwym zapełnione. Nawet i szczury, tu i owdzie zdechłe leżące i gnijące, tak okropnie wyglądały, jakby z głodu były poginęły.
U drzwi otwartych pewnego domu, przed którym się Oliwer i jego pan zatrzymali, nie było ani młotka, ani dzwonka. Przedsiębiorca, idąc tedy omackiem przez tę sień ciemną z największą ostrożnością, i poleciwszy Oliwerowi, aby się go mocno trzymał i niczego nie bał, wpiął się nakoniec po ciemnych schodach do góry na pierwsze piętro i utknął o drzwi, do których natychmiast zapukał.
Te drzwi mu otworzyła dziewczyna młodziutka, trzynaście do czternastu lat mieć mogąca. Lecz Przedsiębiorca poznał natychmiast z tego, co w tym pokoju spostrzegł, iż to było właśnie to mieszkanie, do którego rzemiosło go powoływało. Wszedł tedy do izby, a Oliwer za nim.
W téj izbie nie było nigdzie ognia, lubo jakiś człowiek, zapewnie ze zwyczaju, nad zimnym i próżnym kominkiem skulony siedział. I staruszka jakaś przysunęła sobie stołeczek nizki do tego zimnego ogniska i usiadła na nim.
Na drugim końcu izby tuliło się kilkoro łachmanami pokrytych dzieci do siebie w kąciku, a we framudze wązkiéj, umieszczonéj w murze wprost naprzeciw drzwi wchodowych, leżało coś na ziemi, starém prześcieradłem pokrytego.
Oliwer, rzuciwszy okiem w to miejsce, wzdrygnął się cały i przysunął mimowolnie do swego pana, poczuł bowiem, iż to zwłoki ludzkie na ziemi prześcieradłem pokryte leżały.
Ów człowiek przy kominku wyglądał na twarzy blady i wynędzniały; włos na głowie i brodzie miał siwy, a oczy krwią zabiegłe. Oblicze staruszki zaś było już zmarszczkami pokryte, dwa zęby ostatnie z ust jéj sterczały i po za dolnią wargę zachodziły; oczy miała siwe i przenikliwe.
Oliwer się lękał spojrzeć na nią lub jéj towarzysza. Zdawali się mu bowiem oboje bardzo podobni do tych szczurów, które na ulicy pozdychane widział.
— Niechaj się nikt do niéj zbliżyć nie waży, — zawołał ów człowiek, i zerwał się od kominka groźnie, widząc, że Przedsiębiorca do trupa zmierza. — Precz od niéj, precz,..... zdaleka,..... mówię ci!..... jeżeli życia stracić nie chcesz.
— Ot, bajesz baje mój poczciwy człowieku, i nic więcéj! — odparł Przedsiębiorca, przyzwyczajony do nędzy w każdéj postaci; — to czyste duby!
— Ja ci zaś powiadam, — zawołał ów człowiek, ściskając pięści, tupnąwszy nogą o ziemię z wściekłością; — ja ci zaś powiadam, że ja nie chcę, aby ją pochowano. Ona w ziemi leżeć nie może. Tamby jéj robaki spokoju nie dały, a ona i tak już tutaj na tym świecie spokoju nie miała.
Przedsiębiorca nie odpowiedział ani słowa na tę mowę szaloną tego człowieka, lecz dobywszy miary z kieszeni, ukląkł na chwilę koło trupa.
— O tak! — zawołał wtedy ów człowiek rozpłakawszy się rzewnie, i rzucił się na kolana u nóg zmarłéj kobiety; — klękajcie, klękajcie wszyscy,..... klękajcie i otoczcie ją w koło, i słuchajcie tego pilnie, co wam powiem. Ja wam mówię, że ona z głodu umarła. Nie wiedziałem o tém dopotąd że ona jest słaba, dopokąd gorączki nie dostała, a kości jéj przez skórę świecić nie zaczęły!..... Nie mieliśmy ani ognia, ani światła, a ona umrzeć musiała w ciemności;... o tak, w ciemności!...... Nie mogła nawet zobaczyć oblicza swych dzieci, lubośmy dobrze słyszeli, że ich po imieniu wołała. Dla niéj to żebrałem na ulicy, a oni mnie do więzienia wtrącili. Gdy mię z więzienia wypuszczono, ona już konała; a krew wszystka lodem się mi w żyłach ścięła, gdym się o tém dowiedział, że jéj z głodu umrzeć dano...... O, przysięgam na Boga, który to wszystko widział,...... że jéj z głodu umrzeć dali!......
I z rozpaczy za włosy się chwycił, z wrzaskiem przeraźliwym na ziemię wywrócił, i z pieniącemi usty, oczyma w słup postawionemi, po niéj się tarzać zaczął.
Dzieci tém wszystkiém przerażone, gorżko się rozpłakały, lecz staruszka, która dotąd tak cicho siedziała, jakby ją to wcale nic nie obchodziło, co się koło niéj działo, albo téż tego wcale nie słyszała, groźbami je natychmiast uspokoiła, a odwiązawszy opinkę z szyi owemu człowiekowi, teraz spokojnie w otrętwieniu na ziemi leżącemu, zbliżyła się do Przedsiębiorcy.
— To moja córka, — ozwała się staruszka, wskazując skinieniem głowy na zmarłą i mówiąc z wzrokiem obłąkanym, groźniejszym jeszcze od samego trupa. — Miły Boże!...... jakże to dziwnie i zabawnie, że ja, com jéj przecież życie dała, i już wtedy kobietą zamężnią była, jeszcze dotąd żyję i jestem przy zdrowiu, a ona tu leży tak zimna i skostniała...... Miły Boże!...... jeżeli o tém pomyślę,...... to mi się bardzo zabawnie wydaje,...... bardzo zabawnie!
Gdy ta nieszczęśliwa istota tak sobie mrucząc, groźnie uśmiechając, z takiém przerażającém zadziwieniem nad tém się zastanawiała, Przedsiębiorca tymczasem do odejścia się zabierał.
— Poczekajno!...... poczekaj! — zawołała wtedy staruszka, szepcąc głośno. — Kiedyż ją pochowacie, czy dzisiaj rano,..... czy jutro,..... czy téż w nocy? Trzeba mi o tém wiedzieć,.... bo jak wiecie, przecież za nią na cmentarz pójść muszę. A przyślijcie mi płaszcz wielki,..... a tylko ciepły,..... bo wielkie zimno. Powinnibyśmy dostać wina i ciastek, nim ztąd wyruszemy!... ale to nic nie szkodzi,.... przyślijcie nam tylko chleba,..... choćby tylko bochenek chleba i kubek wody. Cóż, czy chleba dostaniemy, mój kochany panie?
Zawołała płaczliwie, chwytając Przedsiębiorcę za połę od surduta, gdy się ten coraz bardziéj ku drzwiom posuwał.
— Dostaniecie,..... dostaniecie, — odpowiedział Sowerberry, — dostaniecie wszystkiego, czego pragniecie.
Przedsiębiorca uwolnił się oraz od staréj kobiety, i ciągnąc Oliwera za sobą, wybiegł śpiesznie z tego domu.
Nazajutrz, — a rodzinę pocieszono tymczasem w smutku i strapieniu pół bochenkiem chleba i kawałkiem sera, co jéj pan Bumble sam zaniósł, — gdy Oliwer i jego pan do tego mieszkania nędzy przyśli, zastali tam już pana Bumble, który w towarzystwie czterech ludzi z roboczego domu, mających nieść trumnę, przybył. —
Łachmany męża i staruszki pokryto starym czarnym płaszczem, prostą białą trumnę zbito goździami, a owi czteréj ludzie z roboczego domu wzięli ją na barki i wynieśli na ulicę.
— Weźże teraz nogi na plecy i pośpieszaj co żywo, moja matko, — szepnął Sowerberry staruszcze do ucha. — Już późno, a niewypada, aby ksiądz miał długo na nas czekać.... Daléj, żwawo naprzód, moi ludzie!...... i pośpieszajcie tak żywo, jak tylko możecie. —
Na ten rozkaz ludzie, niosący trumnę, biegli co żywo ze swoim lekkim ciężarem, a staruszka i mąż w żałobie trzymali się ich tak blizko, jak tylko mogli. Pan Sowerberry i Bumble szli krokiem sporym naprzód, a Oliwer, nie mający tak długich nóg, jak jego pan, biegł ciągle tak prędko jak tylko mógł obok nich.
Nie było jednak wcale żadnéj potrzeby tak prędko z trumną pośpieszać, jak pan Sowerberry nakazał, gdyż kiedy na cmentarz przybyli, i trumnę w kąt najodleglejszy zanieśli, tam, gdzie tylko pokrzywy rosły, i tych wszystkich grzebano, których Gmina na swoje koszta chować kazała, księdza jeszcze nie zastali, a kościelny, siedzący sobie w sakrystyi przy dobrym ogniu, z tém zdaniem się odezwał, iż według jego mniemania księdza przed godziną, a może jeszcze i późniéj, spodziewać się nie można.
Złożono tedy trumnę na brzegu grobu, a staruszka i mąż w żałobie oczekiwali z największą cierpliwością jego przybycia, stojąc przez cały czas na drobnym, zimnym deszczu właśnie padającym, w towarzystwie kilku chłopców obszarpanych, którzy, widowiskiem pogrzebu na cmentarz zwabieni, nudząc się i zatrudnienia innego nie mając, pomiędzy nagrobkami w krycie tymczasem się bawili, a gdy się im w końcu i to sprzykrzyło, dla odmiany przez trumnę skakać zaczęli. Sowerberry zaś i Bumble, będąc osobistymi przyjacielami kościelnego, zasiedli sobie z nim przy ogniu, i czytali gazety.
Już więcéj jak godzina minęła, nim pan Bumble, Sowerberry i kościelny nakoniec z zakrystyi wypadli, i śpiesznie do grobu przybiegli. Tuż za nimi pokazał się ksiądz, wdziewający komżę na siebie przez drogę.
Pan Bumble skarał kilku chłopców swą laską urzędową, jedynie dla utrzymania pozoru i powagi swojéj, a przewielebny Ojciec, przeczytawszy z modlitw pogrzebowych tyle, ile w przeciągu czterech minut przez zęby mógł przecedzić, oddał komżę kościelnemu i oddalił się śpieszniéj jeszcze, jak przybył.
— Daléjże, Billu! — rzekł Sowerberry do grabarza, — zarzuć grób!
Na to nie trzeba było wielkiego trudu, albowiem grób był tak płytki, iż trumna przynajmniéj o pół stopy nad powierżchnię ziemi sterczała.
Grabarz zasypał grób ziemią, udeptał ją nogami, założył rydel na barki, i oddalił się wraz z ulicznikami, którzy się z żalem na to skarżyli, że się wszystko tak prędko odbyło.
— Chodźże i ty, mój poczciwcze, chodź! — rzekł Bumble, uderzając po ramieniu człowieka w żałobie; — gdyż cmentarz natychmiast zamkną.
Ów człowiek, który się od czasu, gdy na cmentarz przybył i nad grobem stanął, jeszcze ani na krok z miejsca swego nie był ruszył, wzdrygnął się cały, podniósł głowę, spojrzał wzrokiem osłupiałym na osobę, która do niego przemówiła, postąpił kilka kroków i padł na ziemię.
Staruszka obłąkana za nadto była zajęta swemi żalami na utratę płaszcza, który jéj Sowerberry odebrać kazał, aby mogła była na owego człowieka baczność dawać i przyjść mu w pomoc; oblano go tedy dzbankiem zimnéj wody, a gdy nakoniec po téj kąpieli do siebie przyszedł, wyprowadzono go z cmentarza, któren natychmiast zamknięto; poczém się wszyscy, każdy w swoję stronę, rozeszli.
— No i cóż Oliwerze, — spytał go pan Sowerberry, gdy do domu wracali, — jakżeż ci się to wszystko podobało?
— Dziękuję panu, — odpowiedział Oliwer z niemałém wahaniem się, — nie bardzo, panie.
— Przyzwyczaisz ty się z czasem do tego wszystkiego, mój chłopcze! — odrzekł na to Sowerberry; — a jak się raz przyzwyczaisz, to ci się to wszystko niczém zdawać nie będzie.
Oliwer sobie w duszy pomyślał, ile téż czasu pan Sowerberry potrzebował, aby się do tego wszystkiego przyzwyczaić; lecz, zastanowiwszy się bliżéj i pomiarkowawszy, iż lepiéj będzie, o to go się wcale nie pytać, wracał w milczeniu ze swoim panem do domu, rozmyślając nad wszystkiém co widział i słyszał.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.