Oficer/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Oficer
Podtytuł (R. 1863.)
Rozdział IV
Pochodzenie Gloria victis
Data wydania 1910
Wydawnictwo W. Makowski
Druk Drukarnia Józefa Zawadzkiego
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Od dnia klęski, którą w lasach poleskich poniósł oddział pieszego i konnego wojska, od dnia, w którym wspólnie z kilku towarzyszami poległ w bitwie Apolek Karłowicki, a Aleksander Awicz do więzienia, znajdującego się w mieście najbliższem, przez resztkę pobitego wojska odwieziony został, kilka tygodni upłynęło.
Na świecie był już lipiec upalny i duszny. Na szerokie pola kładły się pod ścinającym je sierpem obfite zboża i płynęły szelesty złotej słomy. W rzekach, jeziorach, strumieniach leśnych i brodach łąkowych wysychały wody; nad złotemi polami, nad żółknącemi w upale łąkami, nad lasami, stojącemi w kamiennych ciszach, szerokie koła pod wyiskrzonem sklepieniem nieba zataczały uczące się latać bociany.
Trzypiętrowy gmach więzienny wznosił się nad niskiemi domkami miasteczka, jak wszystkie więzienne gmachy, ponury, nagi, zczerniały, zamknięty. U dołu jego, na dziedzińcach i na piętrach niższych rozlegały się czasem hałasy, krzyki, rozmowy, szczęki broni, lecz okna rzędu najwyższego pod czerwonemi gzemsami dachu zdawały się przez otwory krat żelaznych oddychać milczeniem i samotnością.
Im wyżej, tem samotniej. Nie dochodziły tam z dziedzińców i piętr niższych żadne głosy ludzkie i nie dochodził mały, uliczny gwar miasteczka. Czasem tylko słychać było krótkie rozmowy zmieniających się szyldwachów, wlokące się kroki dozorców lub zgrzyty kluczy obracanych w zamkach, otwieranych i zamykanych cel. Im wyżej, tem piękniej. Z tych okien, wysoko wzbitych nad ziemię, wzrok mógł dostrzegać trochę złotego pola, które miasteczko otaczało, pasek lasu za polem i w południe czarne sylwetki bocianów, zataczające pod niebieskim błękitem szerokiego koła. Bociany, z oddala znacznego, wydawały się bardzo małemi: wzamian, wielka zawsze twarz słoneczna, co wieczora po skłonie nieba spływała za pasek lasu i zapalały się potem nad nim zorze wieczorne.
Im wyżej, tem smutniej. Na skrawek przestrzeni wolnej, na ptaki skrzydlate, na niebo i światło niebieskie patrząc, te wysoko usadzone okna więzienne, zdawały się być oczyma, nalanemi czarnością nocy.
Za jednem z tych okien, w izbie więziennej, jak wszystkie więzienne izby, ciasnej, nizkiej, zczerniałej i ponurej, Aleksander Awicz siedział pod ścianą na wązkim zydlu i czytał. Przed niewielu dniami posiadł pozwolenie otrzymania z zewnątrz kilku książek i nie wiedział zupełnie, czemu lub komu tę ulgę w losie swym miał przypisać.
Bo aż do tych dni ostatnich, surowość postępowania z nim, równą była ciężkości jego przewinienia. Za jego to właściwie sprawą wojsko poniosło klęskę od ostrzeżonych przed niem powstańców, czyn ten stwierdził własnem wyznaniem, sam w lesie uczynionem i po kilkakroć już powtórzonem przed obliczem komisji śledczej. I zachowanie się jego przed tem zbiorowem obliczem do łagodności skłaniać nie mogło. Na mnóstwo zadawanych mu zapytań nie miał nigdy odpowiedzi żadnej, oprócz stałego potwierdzenia czynu, którego dokonał sam. Należał do najodporniejszych, najtwardszych. Do najmniej mównych także, bo czuł, że gdy raz otworzy usta, wszak znowu, jak płomień, zagorzeć może w uniesieniu takiem, z jakiem setnikowi kozackiemu rzucił swoje wyznanie.
Zniósł wiele — i cierpienie przeciągnęło po nim swój: rylec i swój pendzel. Schudł i spłowiało mu na twarzy męskie jej przedtem zabarwienie. Na czole wyryły mu swe blade piętno dni głuche i noce bezsenne, w oczach odbiła się tęsknota, otoczona wspomnieniami i ustępująca tylko przed niepokojem, pełnym grobowych widm. Jednak z młodzieńczych tych oczu blask i ogień nie znikły i na pobladłe usta przypomnienia rzeczy minionych sprowadzały niekiedy uśmiechy, z których lada promień życia wykrzesać mógł dawny śmiech wesoły i pusty. Ale wysubtelniał i wyduchowniał. W wyszczuplonem ciele czuć było jakąś sprężynę, która wyprostowywała je dumnie i jakąś pieśń z nutą smetną, lecz wzbijającą się wysoko.
Przez małą, otwartą w oknie szybkę, powiał wiatr i zlekka poruszać mu zaczął na głowie ciemnopłowe włosy. Jakby ręka jakaś opuściła mu na głowę orzeźwiającą pieszczotę, jakby coś z zewnątrz na niego zawołało. Książka wypadła mu z ręki. Porwał się, prawie swawolnym ruchem dawnego Olesia na zydel wskoczył, przy oknie stanął, przez otwartą szybkę patrzeć zaczął. Patrzał na zawieszoną nad dalekim paskiem lasu twarz słońca, ogromną i jaskrawą, na szmat złotego pola, po którem na kształt czarnych kropel roiły się malutkie z oddalenia istotki i głęboka brózda cierpienia przerznęła mu czoło.
W tej chwili, w ogromnym zamku zazgrzytał klucz i z za drzwi nieco uchylonych, basowy głos męski zapytał.
Pazwalajetie?
Ze zdziwieniem więzień spojrzał na tego grzecznego gościa, który, przed wejściem do celi więziennej, o pozwolenie wejścia do niej prosił.
Był nim oficer dość wysoki, barczysty i ciężki, z twarzą grubą, choć dość kształtną, z czołem od rumianych policzków bielszem i rudawemi nad niem włosami. Srebrną, wązką taśmą, z zawieszonym na niej pałaszem, ukośną linją przepasywała mu piersi i plecy, okryte obcisłym mundurem.
Cela była ciasna; drzwi jej znajdowały się o kilka kroków od okna, u którego, z zydla zeskoczywszy, stał Awicz. Oficer zatrzymał się o krok jeden przed drzwiami, które zamknęły się za nim i znowu kluczem obracanym w zamku zazgrzytały.
— Nie chciałbym mieszać, zaczął, i jeżeli nie w czas przychodzę...
Mówił niezmiernie zepsutą polszczyzną.
— Owszem, wahającym się głosem i wpatrując się w gościa, odpowiedział więzień; wszakże to pan był... tam... z wojskiem?... Czy może mylę się?
Nie odpowiadając na zapytanie, gość z pod rudego wąsa mrukliwie wymówił.
— Mam honor rekomendować się, Apolinary Karłowicki.
— Karłowicki?... Apolinary? z ruchem najwyższego zdziwienia zawołał więzień.
Skłonił się oficer. — I Karłowicki, i Apolinary. Dziwi się pan... nu, różne słuczaje na świecie bywają...
— Krewny może biednego Apolka?
Oficer ręką po białem czole powiódł.
— To był mój stryjeczny brat. Jego ojciec i mój ojciec byli rodnymi braćmi.
W celi, oprócz wązkiego zydla przy ścianie, którego jeden koniec, więzienną pościelą okryty, naśladował łóżko, znajdował się jeszcze stołek drewniany i krzywy, brudny, z popękanych desek zbity stół. Oficer postawił stołek przy krzywym stole i usiadł.
— Ja przyszedł, aby z panem o nim pomówić... ja tego chłopca lubił... on mnie był dorog... ja dziś tu w więzieniu cały dzień dyżurnym... więc pomyślał sobie: pójdę rozpytam się o niego... kiedy? jakim sposobem? bo ja nigdy nie spodziewał się... On w Moskwie uczył się. Dwa lata uczył się tam i do starszego brata na święta wielkanocne pojechał. Nu da! Jak pojechał, tak i nie powrócił. Oni tu swój majątek gdzieś mają... więc pan jego pewno znałeś? Czy pan jego znałeś?
— Zbliska, mieszkaliśmy w sąsiedztwie niedalekim.
Da! da! Jak tylko mnie pan tam... w lesu, swoje nazwisko powiedział, ja zaraz przypomniał sobie, że gdzieś je słyszał, a potem i to przypomniał, że od Apolka słyszał... On mnie wszystko opowiadał, jak dzieckiem był, kogo znał, z kim bawił się... Ach nieszczastnyj! jak on tam popadł? Kto jego namówił? Taki młody... i dobr! Ach dobr! Kakoje u niewo było dobroje, czystoje, dietskoje sierdce!
Zwiesił głowę i żałość głęboka rozlała się mu po twarzy. Przytem widać było, że w chwili wzruszenia na usta jego ciśnie się mowa, do której przywykł i w której był biegłym. Podniósł po chwili głowę i spotkał się oczyma z utkwionym w niego, zdziwionym wzrokiem więźnia. Iskra gniewu zamigotała mu w chmurnych oczach.
— Pan dziwisz się! Czego dziwić się? Dla czegóż to Apolek, bratem moim być nie mógł. Na świecie różne słuczaje bywają. Ot, dwóch rodnych braci było, daleko od siebie mieszkali. Jeden został się przy majątku, a drugi go stracił i, jak stracił, na służbę poszedł... w twierskiej gubernji służył. Nu da! Tak Apolek był syn jednego brata, a ja był syn drugiego... dieduszka nasz miał imię, Apolinary i nas obydwóch tak nazwali. Ale stryja ja nie znał, bo on rano umarł i ja do tego czasu nigdy tu nie przyjeżdżał, a teraz uwy! ze swoim pułkiem przyjechał, żeby miatież uspokajać. I oto co zobaczył! Apolka zabitego zobaczył... chłopca mego miłego brata!
Przywiązanie do poległego powstańca, dziwnie jakoś w grubym człowieku tym, tkliwie ujmowało młodego więźnia i zaciekawiał go ten oficer, z naturą, jak się zdawało, dość złożoną. Zapytał jakim sposobem mógł tak z blizka znać stryjecznego brata, skoro nigdy dotąd w kraju nie był. Oficer z pośpiechem odpowiedział.
Już mówił, że on dwa lata był w Moskwie, a ja tam wtedy z pułkiem stał. Nu wot my gdzieścić spotkali się... jedno nazwisko... pyta się on mnie: czy nie krewny? A ja już wiedział, kto on i mówię: ja wasz stryjeczny brat! Tak on, sierdiecznyj i za szyję mnie objął...
Zatrząsł mu się głos w gardle, grubym kołnierzem mundura otoczonem.
— Familji ja nie mam, nikogo swego na świetie nie mam... krew odezwała się... polubił brata... I jak nie polubić? Taki dobry, sierdieczny chłopak. I krasawiec że on był! I on mnie polubił, choć czasem i sierdził się na mnie, nu tam, za różne głupstwa, ale zawsze potem przychodził i mówił... „ty biedny... co ty winien“...
Zamilkł, ramieniem uczynił gest rozpaczy.
— Co tam już gadać! Co opowiadać. Minęło, propało! Już jego na świecie niema... Ale...
Wyprostował się, chmurne jego oczy z wyrazem prośby utkwiły w twarzy więźnia.
— Ale teraz ja przyszedł pana prosić, żeby pan mnie wszystko o nim opowiedział: jak się to stało? Jak do tego przyszło? Kto go namówił?
Opowiadanie było krótkie. Nikt go nie namawiał i przyszło do tego w sposób prosty. Chłopak był żywy, szlachetny, kochał kraj, kochał ideję, uniósł go ten prąd, który unosił innych.
Oficer słuchał z głową spuszczoną, w ziemię patrząc.
Głupost'! - sarknął.
— Co jest głupostią? — uśmiechnął się Awicz.
Awot, te wszystkie wasze ideje i prądy!
— Wieleby o tem mówić — z nowym uśmiechem rzucił więzień.
— Ja i chciałby z panem wiele o tem pomówić... chciałby bardzo... Nu, ale to później, kiedy ja tu inszego dnia przyjdę... a teraz ot, co ja jeszcze chcę panu powiedzieć...
Dłonie na kolanach oparł, łokcie z fantazją nieco rozstawił; do chmurnych oczu jego zabłądził nikły uśmiech.
— Ja nie tylko dlatego tu przyszedł, aby o Apolka rozpytać się, ale i dla tego także, nu da! dlatego, żeby się poznać z panem... wy mnie tam w lesie podobali się... Na koniu jeździcie, jak wojenny człowiek i wot, śmiało wy wtedy w oczy kozackiemu setniku patrzyli, jak on wam tę gadką nizost' powiedział, to u was iskry posypały się z oczu i odpowiedzieliście jemu dobrze! Nu i odwaga to była! Z gołemi rękami pomiędzy sztykami i pikami! Ja wtedy pomyślał sobie: maładiec!
— I nawet powiedział to pan, słyszałem! — z wytryskującą na twarz wesołością zaśmiał się więzień.
Nieużeli tak? Powiedział? Nu może i powiedział. Mnie wtedy wszystko we środku przewracało się, a jak we mnie wszystko we środku przewraca się, to ja wtedy czasem sam do siebie gadam.
Śmiał się. Śmieli się obydwaj.
— A czegóż panu wtedy wszystko przewracało się we środku.
Uczynił gest niechęci, sposępniał znowu.
— Długoby o tem gadać. Może kiedykolwiek później, jak inszego dnia przyjdę. Ale teraz powiem jedną rzecz, żeby pana pocieszyć! Ja widział, że pan konie lubisz i tego, na którym pan jechałeś, oczyma przeprowadzałeś na pożegnanie, tak jakbyś z przyjacielem żegnał się. To piękny koń i, bestja, rozumny. Ja nie chciałbym, żeby on w złem ręku zmarnował się i dlatego poprosił, żeby jego mnie oddali. Tamten mój stary już był i za ciężki. Nu da! Ten koń u mnie jest teraz i ja mogę pana pocieszyć, że on zdrów i że ja z nim obchodzę się, jak z dzieckiem.
Więźniowi rzeczywiście oczy paliły się z radości.
— Mój Piorun! myślałem, że zabity, albo że go męczą, głodzą... Dziękuję panu i za dobre dla niego chęci i za miłą o nim nowinę. Lubiłem... nie! kochałem to piękne, rozumne zwierzę, wogóle przepadam za końmi!
— To tak, jak ja! — zawołał oficer; od dzieciństwa za końmi przepadałem i choć my z nieboszczykiem ojcem w miasteczku mieszkali, to małym będąc, zawsze odnakoż choć szkapy jakiej dopadnę i lecę na niej na miasteczko, na złamanie karku, tylko że u nas w pieszych pułkach, oficerskie konie nietęgie! Ot ten pański... jak on nazywa się? Piorun? Dobrze, ja będę go tak nazywać... takie rozumne zwierzę przywyka do swego... jak to powiedzieć.
— Imienia!
Da! da! i jak na niego zawołać tym imionem, do którego przywykł, to głowę odwraca, albo jak dziecko za człowiekiem idzie. Ten pański Piorun, to krwi angliczańskiej koń, prawda?
— Półkrwi — odparł więzień.
— Takie czasem najlepsze.
Przez kilka minut rozmawiali o różnych rasach koni, ich przymiotach i przywarach. Ożywili się obaj. Więzień zaśmiał się raz głośno i wesoło; oficer zmienił się do niepoznania w tej poufałej gawędzie o przedmiocie wspólnie ulubionym. Zaczął już nawet z mniejszą niż przedtem trudnością mówić po polsku i, czasem zatrzymując się wśród mówienia, zapytywał: jak to powiedzieć?...
— Przepraszam pana, że zapytam, — zaczął więzień, ale chciałbym wiedzieć, gdzie się pan urodził?
— Gdzie ja urodził się? W majątku ojca, w wileńskiej gubernji, ale cztery lata miał, kiedy ojcu ten majątek za długi sprzedali i on zaczął o służbę starać się. Służbę prędko on znalazł, ale aż w twierskiej gubernji! I my tam wyjeżdżali, kiedy ja pięciu lat jeszcze niemiał. Ale dlaczego pan mnie o to pytał się...
— Tak... z wahaniem odpowiadał Awicz, mówić... pan zapomniał!...
Oficer ręką machnął.
— Ech! jak ja dzieckiem był, to w domu zawsze po polsku mówił, ale jedenaście lat miał, kiedy do korpusu ojciec oddał... Już on wtedy, przyznać się, troszkę pił i był bardzo biedny, a w korpusie na rządowy szczot, nic nie kosztowało... Tak ja tam i zapomniał... a potem, gdzie było przypominać? Jak z Apolkiem często widywał się, to troszkę sobie przypomniał, bo on inaczej jak na swoim rodnym języku rozmawiać nie chciał...
— Jak to swoim, czy i nie pańskim także? Chyba matka... przepraszam, że jeszcze zapytam, kim była matka pańska?
— Jakto kim?
— Jakiej narodowości?
Narodnosti? Jakiejże ona mogła być? Tak samo w wileńskiej gubernji urodziła się... polka...
Wpół śmiejąc się, wpół z przykrem uczuciem Awicz zawołał:
— A no to pan z pochodzenia jest polakiem całkowitym!...
Sposępniał znowu oficer.
Z praischożdienja da... no co znaczy praischożdienje? Ot, powiem panu, że ja, nim tu z wojskiem przyjechał, nigdy o takich rzeczach nie myślał. Nie przywykł. A jeżeli kiedy i pomyślał, to zawsze tylko tyle, że takie rzeczy połno niczewo nie znaczą. I teraz dopiero ja zaczął o nich myśleć... i zaczęło mnie zdawać się, że one coś znaczą.
Spojrzał na zegarek.
Adnakoż, mnie pora! Zasiedział się ja u pana. Czy pan pozwolisz mnie czasem przychodzić? Sympatju ja mam do pana i bardzo pana żałuję.
Rozejrzał się po celi.
— Smutno tu siedzieć... samemu... w niewygodach? a?
— Niewesoło. Ale teraz mniej smutno, bo książki czytać pozwolili i nawet nie wiem — skąd ta łaska?
Dziwny uśmiech przewinął się po zmarkotniałej już przedtem twarzy oficera. Było w nim figlarności trochę i wewnętrznego trjumfu, które jednak prędko zgasły. Na książkę leżącą na zydlu spojrzał.
— Ja czytać nie przywykł... ale temu, kto przywykł...
— Temu, kto przywykł, podjął Awicz, książka dawać może chwile szczęścia w nieszczęściu...
— Nu, to dobrze, że pan ją teraz masz!
Podniósł się ze stołka. Westchnął.
— Nie chce się iść! Niby to pan zamknięty siedzisz, a ja po wolnym świecie chodzę, a adnakoż może panu... jak to powiedzieć? może panu i nie gorzej niż mnie. Bo jaki to świat? Brzydki, podły świat... krew ludzka na nim się leje... ludzie jedni drugich nie nawidzą... I najgorsze to, że człowiek sam siebie nie rozumie i czasem sam na siebie chciałby plunąć... To i niechce się czasem po tym świecie chodzić!
Głębokie, gnębiące cierpienie rozlało się mu po twarzy.
— To przyjdź pan znowu kiedykolwiek, skoro ta moja nora tak się panu podobała, uprzejmie rzekł Awicz.
Przyjdu... mnie można do pana przychodzić. Nikomu nie można, a mnie można...
— Dlaczegóż to?
Oficer zniżył głos.
— Plecy, widzisz pan, mam! Wot dlaczego.
— Jakto plecy? Co to?
Wot takie plecy, co mnie od wszystkiego bronią... Mnie dlatego i po tem nieszczęściu w lesie zrotnawo komandirstwa nie zrzucili. Drugi by tak poleciał, że jejej! a mnie on bronił, przez to ja i do pana przychodzić mogę, kiedy tylko zechcę...
O krok jeden stał przed Awiczem, w postawie wahającej się, z wyrazem zmieszania na twarzy.
— I sam nie wiem, zaczął, czy mogę panu rękę podać, czy nie mogę?
Awicz podał mu rękę, którą dłoń oficera objęła silnym, trochę drżącym uściskiem. Coś nakształt uszanowania i rozczulonej nieśmiałości odmalowało się w tej chwili na jego twarzy.
Odchodził. U drzwi odwrócił się jeszcze.
— Wiesz pan co?... Ja myśleć sobie zaczynam, że adnakoż takie rzeczy musi być wiele znaczą. Idziesz z wojskiem na miatieżników i głaz na głaz spotykasz się z bratem... z bratem, którego jak swoje życie lubisz. I twego brata zabija to wojsko, któremu ty sam zakomenderował: strzelać! Wot co takie rzeczy...
Głos mu się w gardle załamał. Szybkim ruchem obrócił się ku drzwiom i z twarzą przyłożoną do znajdującego się w nich okrągłego otworu, krzyknął:
Atwarit'!
Brzmienie okrzyku tego było znowu grube, twarde, ostre i przypominało Awiczowi kapitana, wykrzykującego słowa komendy na owej grobli.
Nie dziw, że w sposób taki znowu przemawiać zaczynał; wszakże z tej celi więziennej wychodził na świat wolny!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.