Oda X. O zdobyciu Połocka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

ODA X.

O zdobyciu Połocka.

Solens canendi, Melpomene, deum Propago...

Owego boga, Melpomeno, pieję,
Który panuje lutni ucieszonej
I wielkich mężów znakomite dzieje
Uwiecznia cudnemi tony.

Z lirą słoniową, wieńcami przybrana,
Z kastalską pieśnią wyjdź, jako się godzi,
Spotkać rycerstwo i chrobrego pana,
Co z pod Połocka przychodzi.

Bo tego króla na szczęśliwe lata
Dały nam Nieba łaskawe bez miary,
By po dawnemu był sławien Sarmata
I swe odzyskał sztandary.

Nie z taką myślą odpierał napaści,
Że się wczasować będzie w dyademie,
I assyryjskim balsamem namaści,
I na wezgłowiu zadrzemie.


Lub że pijając nektar z winogronu,
Co gdzieś w zamorskim urodził się świecie,
Będzie oparty na poręczy tronu
Zbytkował w ciągłym bankiecie.

Nad wszelką rozkosz, nad powab nietrwały,
Nad marny połysk klejnotów i złota,
On waży chwałę, pragnie nabyć chwały,
Choćby okupem żywota.

I wróg to zaznał, gdy weń wieść uderza,
Że z bohaterem na Połock idziemy;
A więc na pierwszy chrzęst jego puklerza
Uszedł, rzuciwszy teremy.

Ich bojowniki chronią się jak mogą,
Gdzieby prawica nie dościgła nasza,
I biegli, spiąwszy rumaki ostrogą,
Do zimnych stref Boreasza:

Jak wilk straszliwy, pustoszyciel knieje,
Szarpiąc bezbronne nieszczęśliwe zwierzę,
Opuści głowę i cały struchleje,
Gdy lwa opodal postrzeże. —

I chociaż głodny, lecz zdobycz zostawia,
Ucieka w lasy, łupów nie przywłaszcza,
Bo się niepłonnie trwoży i obawia.
Bo zna, jak straszna lwia paszcza.

Gdziekolwiek król nasz skierował swe oko,
Gdzie swego wojska uszykował czoło,
Wszędzie widziałeś, ogień biegł szeroko,
Cuda żelaza — wokoło.

Gdy bystra powódź rwie rzeczne koryta,
Popłynie zboże na plennym zagonie,
Nadbrzeżna olcha upadnie podmyta
I chaty odmęt pochłonie.


Pasterz, na wzgórku pasący swe trzody,
Jeno się zdumi, skąd ta woda plucha,
Jeno policza te klęski i szkody,
I z dziwem bicia fal słucha.

Lecz pod Połockiem, jak pęd huragana,
Wstrzymał się sztandar bojujący śmiało;
Bo mocna twierdza, krzepko szańcowana,
Trudów spożyła niemało.

Deszcz nieustanny ulewnie się sączy,
Wkoło czarnoziem rozgrzęznął szkaradnie:
Stąd oblężeńcy mieli port ochrończy,
K’nam szły posiłki niesnadnie.

Ani gdzie w polu rozłożyć ognisko,
Ni rozbić namiot, gdy pluchota leje;
Ni wojsk lub armat wieść na trzęsawisko,
Co się ugina i chwieje.

Wojenne trąby, grając bez ustanku,
Próżno dawały do natarcia hasło;
Płomienne race nie czyniły szwanku,
Na deszczach ognisko zgasło.

Lecz dzień zabłysnął w purpurowej krasie,
Kiedy się srogie uciszyły deszcze;
Ujrzały wrogi i przeczuły dla się
Przyszłości wróżby złowieszcze.

Kula, co przedtem chybiała swej mety,
Dziś w dzień pogodny lepszy polot bierze,
I brzmienne ogniem mordercze rakiety
Już palą dachy i wieże.

Radosny okrzyk odezwał się czerstwo,
W szańcach, w obozie, w jedno zlał się słowo,
I spracowane, znękane rycerstwo,
Żyje otuchą na nowo.


Tutaj, Pierys, rozpłomieniaj lice,
Tutaj zaśpiewaj i rozpowiedz o tem:
Jak mury, dachy i twarde wieżyce
Płomień pożerał z łoskotem,

Jak natarczywie w krzepkie bramy parto,
Jako żołnierstwo na mury się wciska;
Opiej tę walkę wśród nocy zażartą,
Marsowy plac bojowiska.

Powiedz, jak kule armatnie u góry,
By łoskot gromu, na powietrzu drgały;
Powiedz, jak twardo skamieniałe mury,
Bite z wystrzałów — pękały.

Rozpowiedz, muzo, natchnionemi tony,
Jak stary Połock, po długim zaborze,
Moskwie odbity, Polsce przywrócony
Przez króla i sądy Boże.

Króla naszego, co w pokoju kwitnie,
A w wojnie przeszedł wszystkie bohatery.
Piejmy szeroko, wdzięcznie i dobitnie,
Tonami piersi i liry.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan Kochanowski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.