Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/499

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lub że pijając nektar z winogronu,
Co gdzieś w zamorskim urodził się świecie,
Będzie oparty na poręczy tronu
Zbytkował w ciągłym bankiecie.

Nad wszelką rozkosz, nad powab nietrwały,
Nad marny połysk klejnotów i złota,
On waży chwałę, pragnie nabyć chwały,
Choćby okupem żywota.

I wróg to zaznał, gdy weń wieść uderza,
Że z bohaterem na Połock idziemy;
A więc na pierwszy chrzęst jego puklerza
Uszedł, rzuciwszy teremy.

Ich bojowniki chronią się jak mogą,
Gdzieby prawica nie dościgła nasza,
I biegli, spiąwszy rumaki ostrogą,
Do zimnych stref Boreasza:

Jak wilk straszliwy, pustoszyciel knieje,
Szarpiąc bezbronne nieszczęśliwe zwierzę,
Opuści głowę i cały struchleje,
Gdy lwa opodal postrzeże. —

I chociaż głodny, lecz zdobycz zostawia,
Ucieka w lasy, łupów nie przywłaszcza,
Bo się niepłonnie trwoży i obawia.
Bo zna, jak straszna lwia paszcza.

Gdziekolwiek król nasz skierował swe oko,
Gdzie swego wojska uszykował czoło,
Wszędzie widziałeś, ogień biegł szeroko,
Cuda żelaza — wokoło.

Gdy bystra powódź rwie rzeczne koryta,
Popłynie zboże na plennym zagonie,
Nadbrzeżna olcha upadnie podmyta
I chaty odmęt pochłonie.