Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/500

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pasterz, na wzgórku pasący swe trzody,
Jeno się zdumi, skąd ta woda plucha,
Jeno policza te klęski i szkody,
I z dziwem bicia fal słucha.

Lecz pod Połockiem, jak pęd huragana,
Wstrzymał się sztandar bojujący śmiało;
Bo mocna twierdza, krzepko szańcowana,
Trudów spożyła niemało.

Deszcz nieustanny ulewnie się sączy,
Wkoło czarnoziem rozgrzęznął szkaradnie:
Stąd oblężeńcy mieli port ochrończy,
K’nam szły posiłki niesnadnie.

Ani gdzie w polu rozłożyć ognisko,
Ni rozbić namiot, gdy pluchota leje;
Ni wojsk lub armat wieść na trzęsawisko,
Co się ugina i chwieje.

Wojenne trąby, grając bez ustanku,
Próżno dawały do natarcia hasło;
Płomienne race nie czyniły szwanku,
Na deszczach ognisko zgasło.

Lecz dzień zabłysnął w purpurowej krasie,
Kiedy się srogie uciszyły deszcze;
Ujrzały wrogi i przeczuły dla się
Przyszłości wróżby złowieszcze.

Kula, co przedtem chybiała swej mety,
Dziś w dzień pogodny lepszy polot bierze,
I brzmienne ogniem mordercze rakiety
Już palą dachy i wieże.

Radosny okrzyk odezwał się czerstwo,
W szańcach, w obozie, w jedno zlał się słowo,
I spracowane, znękane rycerstwo,
Żyje otuchą na nowo.