Obrona Olsztyna/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Obrona Olsztyna
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VI
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
OBRONA OLSZTYNA.
OBRAZ DRAMATYCZNY.

OSOBY:
KASPER KARLIŃSKI herbu Ostoja — dowodzący w Zamku Olsztyńskim ze strony Zygmunta III.
HELENA, jego żona.
CHORĄŻY.
ŻOŁNIERZE.


Rzecz dzieje się w Zamku Olsztyńskim w Listopadzie r. 1587.

OBRONA OLSZTYNA.

Scena przedstawia wierzch baszty, w głębi działo — przy niém chorągiew Rzeczypospolitéj powiéwa zatknięta na blankach — Chorąży sparty na nich pogląda w dal. — Karliński na przodzie sceny siedzi na złamanéj lawecie, straż przy stronie.


SCENA I.
Karliński, Chorąży.
Chorąży.

Na południe od Siewierza
Jeszcze wioski ogniem płoną.
W czarne słupy dym uderza
Tam gdzie w nocy blask czerwono
Znaczył drogę Elektorów.
Biada Polsce śród tych sporów!
Gwałt, łupieztwo, mord, pożoga.

Karliński (przed siebie).

Niech się dzieje wola Boga!
Z naszych włości gruz, popioły,
Znieważone i kościoły,
Ale ziemi wróg nie strawi,
Świętéj wiary nas nie zbawi.

Chorąży.

Nie daremnie wczoraj rano
Oddalony huk słyszano.
Kto do ziemi przytknął ucho,
Słyszał odgłos po odgłosie
Jak rozszérzał się po rosie,
Coraz mocniéj, coraz głośniéj...
Jakby z piekieł jęczał głucho,
Aż się wicher zwrócił późniéj
I zamilkła nasza skała.
Hetmańskie to ponoś działa
Otworzywszy Zygmuntowi
Drogą Krakusa Stolicy,
Rakuskiemu dziś gościowi
Towarzyszą do granicy.

Karliński.

Bijące w Polskę pioruny
Nie wygasły jeszcze w niebie.
Wiosek naszych krwawe łuny
Pomsty wołają za siebie,
Lecz nie są znakiem niestety,
Że nieszczęścia już u mety.
Obóz wrogów na dolinie
Jużby nie stał w téj godzinie.

Chorąży.

Na dolinie jeszcze ciemno,
Śledzić wrogów nadaremno...
Niedaleko sięgnie oko...
Mgły rozległy się szeroko...
Częstochowa niémi skryta,
Tylko klasztór Jasnéj góry

Jakby wyrósł z białéj chmury,
Złotym krzyżem słońce wita.

Karliński.

Rzućcie okiem czy od Mstowa
Kraj się jeszcze we mgle chowa?

Chorąży.

Jak po ziemi cień obłoku,
Tak po łęgach mgła przegania;
Coraz szérzéj kraj odsłania,
Coraz więcéj stawia oku...
Jakieś dołem pręgi szare
Przez zrzadzoną widać parę...
Czy zarośla to nad strugą
Co się z lasu ciągną długo?..
Czy zagonów pokład świéży
Tu i owdzie wąsko leży?..
Łysło!.. Tu... tam..! to oręże!
Nieprzyjaciel!.. szyk bojowy!
Lecz odstępu i połowy
Kula jeszcze nie dosięże.

Karliński.

Do broni bracia!

Straż.

Do broni!

(Uderzenie bębna powtórzone przez kilka innych coraz dalszych. Żołnierze stają pod bronią.)
Chorąży.

Jeden konno ku nam goni.
Ledwie ziemi rumak tyka
Roztrąconą błyszcząc rosą,
Pod nim, zda się kraj umyka,

A na mieczu już z daleka
Wieje górą białe znamię.

Karliński.

Odpowiedzi niech nie czeka,
Moje działa ją odniosą
I powtórzy nasze ramie.
Póki Olsztyn wyżéj ziemi
A w Olsztynie Orzeł biały,
Póty Polak piersi swemi
Bronić będzie jego skały.
A jeśli nam przeznaczone
W gruzach Zamku wieczne łoże,
Gruzy tylko krwią kupione
Nieprzyjaciel posiąść może.

Chorąży.

Napróżno śledzę oczyma...
Pośród tylu innych Znaków
Jednego proporca niéma,
Niéma dziś, niéma Polaków.

Karliński.

Jaśniéj widzieć będą oczy
I demeszka śmieléj błyśnie,
Gdy krwi polskiej nie wytoczy,
Gdy łzy polskiéj nie wyciśnie.

(Słychać dzwonienie na Anioł Pański — wszyscy klękają.)
Karliński (wstając).

A teraz, na miejsca dzieci!
Nieście męztwo, pilność wszędzie!
Bóg, Polska i Zygmunt trzeci
Niechaj hasłem naszém będzie.

Wszyscy.

Bóg, Polska i Zygmunt trzeci!

(Żołnierze rozchodzą się w prawo i lewo — kilku staje przy drzwiach.)




SCENA II.
Ciż Sami, Helena.
Helena (wbiegając z listem w ręku).

Stójcie!.. Wstrzymajcie rozkazy!
Mężu! Czytaj krwawe słowa;
Twego dziecka droga głowa
Piérwsza idzie pod twe razy.

(Kiedy Karliński czyta i oczy ku Niebu wznosi, Helena mówi daléj.)

Dom najezdnik napadł skrycie,
Krwią uśpionych zmazał progi
I z kolebki porwał dziecię...
Porwał, porwał jak zwiérz srogi!
Dziś na czele pierwszéj roty
Co się zbliży pod twe wały,
Chce nieść dziecię, z rąk pieszczoty,
Na ojcowskie chce nieść strzały!..
Albo wystąp z bram Olsztyna,
Albo stracisz twego syna.

Karliński.

Stracę.

Helena.

Stracisz? stracisz? Boże!
Łatwo słowo z ust ucieka,

Ale zwrócić nic nie może,
Chociaż życie w niém człowieka.
Ach! rzuć okiem, rzuć do koła,
Na tę liczbę przeciwników,
Na warowni zdarte czoła,
Na ostatki własnych szyków...
Zewsząd ludzkość na cię woła:
Próżny opór!.. krwi twych braci
Nie przelewaj samowładnie,
Bo Ojczyzna synów traci,
Bo krew cała na cię spadnie.

Chorąży.

Już sztandary z wiatrem wieją,
Bęben zwolna marsz wybija,
Jakby liczył krople krwawe,
Co się dzisiaj z serc wyleją.
Już się łamie skrzydło prawe...
Za niém środek roty zwija.

Helena.

Już, już idą!.. krok po kroku
Coraz bliżéj... O mój Boże!
Zwróćcie ku mnie wasze bronie...
Niech je wszystkie mam na oku...
Strzał przypadkiem wypaść może,
Niechże utkwi w mojém łonie.

Karliński.

Idź Heleno w niewiast grono!
Nie zachwiejesz przedsięwzięcia.
Jest dla męża droższe łono,
Niż małżonki, niż dziecięcia:
Łono spólnéj Matki naszéj
Gdy jéj świętéj bronić trzeba,

Łza nie zmiękcza, wróg nie straszy...
A gdy synów dają Nieba,
Polak za to dzięki składa,
Że już więcéj krwi posiada,
Którą zawsze chętnie traci
Za Ojczyznę, za współbraci.

(Do Chorążego.)

Jak się tylko piérwsza rota
Do strumienia zbliżać będzie,
Niechaj działo strzały miota
Powtórzone w całym rzędzie.

Helena.

Jeszcze chwilę, chwilkę jednę!..
Nasze dziécię, dziécię biedne
Pewnie w obcych zimnéj dłoni
Ku rodzicom rączki wznosi,
Ich opieki łzami prosi:
Niech mnie Ojciec... Matka broni...
Niech z ratunkiem prędko spieszą...
Niech utulą, niech pocieszą.
A miast pieszczot... Cóż cię czeka?!
Śmierć okropna z Ojca ręki...
Może nawet srogie męki
Nim się zawrze twa powieka.
Mężu!.. Ojcze!.. wspomnij sobie,
Wspomnij syna miłość k’tobie,
Jak uśmiechem zawsze witał,
Jak cię żegnał zawsze łzami,
Jak się twojéj szyi chwytał,
Jak rozczulał pieszczotami...
A dziś, oczka — turkus żywy,
Kręte włoski — jedwab jasny,

Krwią zabryzga ojciec własny,
Ojciec, sławy tylko chciwy.

(Słychać werbel dalekiego bębna, który trwa ciągle, nie tłumiąc wszakże rozmowy.)
Chorąży (komenderując).

Baczność!

Karliński.

Przebóg!

Helena (do żołnierzy, padając na klęczki).

Ach litości!..
Może zmienią zamysł srogi...
Wrocą dziecię méj miłości,
Moje dziecię! skarb mój drogi!

Chorąży (do Karlińskiego).

Nieprzyjaciel przy strumieniu.

Karliński.

Rozkaz dany.

Chorąży.

Lecz z nim dziecię.

Helena (biegnąc ku blankom).

Ujrzę go więc jeszcze przecie.

Karliński.

Jeden rozkaz czyż za mało?

Helena (patrząc z murów)

Gdzie?... gdzie.

Chorąży (komenderując)

Baczność!.. piérwsze działo...

Helena (do Chorążego, odtrącając żołnierza z lontem).

Stój okrutny!.. Na sumieniu
Mord dziecięcia jak świat waży...
Idź do przedniéj wrogów straży,
Co chce walczyć tak zdradziecko,
Idź, powiedz im że tu matka,
Matka, patrzy na swe dziecko.
A jeżeli do ostatka
Czucie w sercach nie wygasło,
Na najświętsze ludziom hasło:
Miłość matki, promień Boga,
Zmieni zamiar przemoc sroga,
Odda dziécię tu do serca,
Gdzie nie sięgnie go morderca,
Bo pierś matki, bo pierś moja,
Dla dziecięcia święta zbroja.

Karliński.

Cóż się dzieje?! Tyleż razy
Mamże z duszy rwać rozkazy?!

(Wyrywa lont z ręki żołnierza.)
Helena.

Stój!

Karliński.

Bóg z tobą dziécię moje.

(Zapala działo — strzał powtarzają inne działa. — Helena pada na klęczki i oczy ku Niebu zwrócone, zostaje jakby obca wszystkiemu.)
Chorąży.

Patrzcie! z góry błyszczą zbroje.

Głosy (za sceną).

Nasi! Nasi!

Chorąży.

Orzeł świéci!

Głosy (za sceną).

Bóg, Polska i Zygmunt trzeci!

Chorąży.

To hetmańskie hufce z boku!
Las proporców w doły spada!
Nieprzyjaciel szyki składa.
Do wstecznego zmuszon kroku.

Karliński.
(spojrzawszy z murów i ujmując rękę Chorążego).

Zwłoki... twoja... ręka zbierze.

(Chorąży odchodzi.)
(przystępując do klęczącéj Heleny)

Już Heleno... już się stało...
Już go wzrok nas nie obaczy...
Dla Ojczyzny padł w ofierze...
Wcześnie... lecz jak Polak z chwałą.

(Ocierając oczy.)

A Bóg dobry łzę przebaczy.

Helena (nie zwracając oczu).

Serce matki, matce głosi
Ostatni oddech dziecięcia,
Co daleko jéj objęcia
W lepsze światy się unosi.

(Wstając.)

Patrz, jak płynie w tym obłoku...
Uśmiech w twarzy, błogość w oku...
Włoski jego w koło czoła
Bóg przemienia w blask Anioła...

Jakby polot świętych myśli
Pędzi w górę, Nieba tyka,
I krwią czystą męczennika
Na wieczystém tle sklepienia
Ojca swego imię kréśli
Obok Ojczyzny imienia.
Już jak obłok... cień... mgła... para...
Serce tylko polot słyszy...
Coraz wyżéj!... coraz ciszéj...
W Niebie rodziców ofiara.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.