Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VI.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Helena (do Chorążego, odtrącając żołnierza z lontem).

Stój okrutny!.. Na sumieniu
Mord dziecięcia jak świat waży...
Idź do przedniéj wrogów straży,
Co chce walczyć tak zdradziecko,
Idź, powiedz im że tu matka,
Matka, patrzy na swe dziecko.
A jeżeli do ostatka
Czucie w sercach nie wygasło,
Na najświętsze ludziom hasło:
Miłość matki, promień Boga,
Zmieni zamiar przemoc sroga,
Odda dziécię tu do serca,
Gdzie nie sięgnie go morderca,
Bo pierś matki, bo pierś moja,
Dla dziecięcia święta zbroja.

Karliński.

Cóż się dzieje?! Tyleż razy
Mamże z duszy rwać rozkazy?!

(Wyrywa lont z ręki żołnierza.)
Helena.

Stój!

Karliński.

Bóg z tobą dziécię moje.

(Zapala działo — strzał powtarzają inne działa. — Helena pada na klęczki i oczy ku Niebu zwrócone, zostaje jakby obca wszystkiemu.)
Chorąży.

Patrzcie! z góry błyszczą zbroje.

Głosy (za sceną).

Nasi! Nasi!