O literaturze finansowej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł O literaturze finansowej
Podtytuł Odczyt popularny pana Szmula Rubelmachera
Pochodzenie Drobiazgi
Wydawca Redakcja „Muchy”
Data wydania 1898
Druk A. Michalski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


O LITERATURZE FINANSOWEJ.
(Odczyt popularny pana Szmula Rubelmachera).

S

Szanowni panowie i szanowne panie! Literatura finansowa, której wynalezienie jest przypisywane niesprawiedliwie i niesłusznie jakimś Fenicyanom, którzy podobno byli wielcy szachraje, zawdzięcza swoje istnienie naszym przodkom. Oni tylko mogli stworzyć piśmiennictwo, do którego, oprócz bogactwa stylu, trzeba włożyć dużo matematyki, spory kawał procedury sądowej, całą psychologię i wielką delikatność form.
— To myśmy zrobili i nam się należy za to pomnik na placu Muranowskim.
Ojciec współczesnej literatury finansowej (dziadków, pradziadków i starszych przodków pomijam) jest bardzo zacny staruszek, już dziś wycofany z interesów, pan Abraham Dawid Hopkeles. Godna osoba! On jest Nestor i pierwszy mechanik. On napisał więcej listów niż Kraszewski, a miał skuteczniejszy talent, niż sam Sienkiewicz.
Pan Sienkiewicz pisał „Ogniem i mieczem” ale od tego ognia nikt się nie spalił, od miecza nikt nie skaleczył. Hopkeles całe życie pisał powieść „Wekslem i Wyrokiem,” a na robił więcej finansowych nieboszczyków aniżeli p. Sienkiewicz w swoim „Potopie,” który zresztą wcale nie był z wody.
Ja nie chcę krytykować pana Sienkiewicza za to, że zrobił książkę „Bez dogmatu” bo ja nie jestem pan Teodor Jeske-Choiński, żebym się o taką bagatelkę obrażał; ale ja wiem, że Hopkeles nie zrobiłby wcale dzieła: „Bez ewikcyi,” bo by mu za to energiczna pani Hopkelesowa wyrwała pół brody.
Zresztą samo porównanie naszej literatury do państwa literatury nie wytrzymuje nawet za złamany grosz krytyki. U państwa naprzykład taki pan Prus (był niegdyś dobry, ale się teraz dla nas zepsuł) to się tylko śmieje, aj, aj, aj, jak on się śmieje! Hopkeles tego nie robi — taka pani Konopnicka tylko płacze — Hopkeles wcale nie płacze — taka pani Zapolska ciągle tylko robi „plamy zielone, srebrne, złociste,” Hopkeles jest czysty staruszek, a choć zażywa tabakę, stać go jeszcze na chustkę.
Pani Orzeszkowa, może najlepsza ze wszystkich — chwali żydów. Hopkeles i tego nie robi, bo on lubi żyć prawdą.
Żeby tych wszystkich państwa piszących brać po kolei i równać z Hopkelesem, to oni by wyglądali przy nim jak kawałki szkła, kamyków, bursztynu, obok nowej sturublówki.
Jakby przy nim wyglądał pan Jeleński, wolę nie powiedzieć wcale, bo mi się zaraz psuje apetyt.
Rozważając styl tych wszystkich panów i pań, co się trudnią u państwa interesem autorskim (też jest interes) muszę powiedzieć, że oni wogóle niszczą za dużo atramentu i lubią pisać niepotrzebne słowa. Hopkeles przeciwnie, swoje słowa zawsze waży, jak aptekarz lekarstwa — on atrament oszczędza — on chce, żeby go zrozumiano odrazu.
Słusznie jest powiedziane, że styl to człowiek. Jeżeli ja czytam, że „od Bosforu leciał szafir, z nieba kapało lazurem, słońce całowało kioski sułtańskie” — to ja wiem, że to jest pan Sienkiewicz. Jeżeli ja przeczytam że „Wojtek miał koło nogi logarytm majtek” to ja wiem, że mam do czynienia z panem Prusem, (który był niegdyś bardzo porządny, ale teraz zrobił się na nic). Jeżeli ja czytam, że „ruszała się kupa spódnic, na której skakała kupa plam, a to wszystko na tle brudnej, łupinami od kartofli zarzuconej podłogi” — to ja wiem, że to nasza kochana pani Zapolska! Lecz gdy mam przed sobą list i czytam: „Ja sobie dziwię” — to ja wiem, że to jest zdrowy, jasny, trzeźwy, energiczny, pełen życia — Hopkeles.
Ja go poznam od jednego razu, od pierwszego wejrzenia widzę jego duszę, jego siłę, jego wielki talent, który ma własności nadzwyczajne, który jest taki jak drożdże wiedeńskie. Maleńki kawałek może zrobić awanturę w dużej beczce mąki.
Jeżeli państwo pozwolą, to ja przyjdę tu jeszcze raz i zrobię ścisłą analizę literatury i stylu naszego Hopkelesa; jak taksator w lombardzie oszacuję wszystkie perły, brylanty, szafiry, rubiny, ametysty, topazy, wszystko złoto, jakie on na papier wypuszcza — przedstawię wielkie zasługi tego człowieka, który na swój półwiekowy jubileusz nie dostał nawet honorowego śledzia od czytelników.
Wśród tej sfery, dla której on pisze, wdzięczność jest bardzo rzadki ptak!
Ja słyszałem od jednego mojego kuzynka, który kształci się cokolwiek i ma chęć zostać z czasem doktorem od różnych delikatnych słabości; ja słyszałem, że u państwa uczą chłopców pisać po łacinie i po grecku, dla tego, żeby mieli ładny styl. Nasz Hopkeles powiedział, że to może jest bardzo piękne i bardzo delikatne ale nie ma żadnego znaczenia w interesach. Hopkeles dobrze mówi, bo żeby kto chciał pisać listy do wierzycieli po grecku, to nie miałoby żadnego skutku. Chłopcy uczą się takich literatur, co dawno były; nasz Hopkeles uczy takiej, która wprawdzie też była, ale i teraz jeszcze jest i będzie do samego końca świata.
Hopkeles naucza, że największą ozdobą stylu jest zwięzłość. Nie potrzeba psuć papieru ani atramentu: prócz zwięzłości, powinna być siła, energia i delikatność stopniowania.
Nie trzeba dużo klektać o samej teoryi, kiedy można przedstawić rzecz praktycznie, naprzykład po freblowsku.
U nas jedna żydóweczka ma interes freblowski, ja się przypatrywałem jak to idzie. Bardzo ślicznie! Ona bierze do ręki guzik, pokazuje dzieciom i mówi: „Patrzcie bachury, to jest guzik.” Te bachury są zaraz nauczone i jeżeli który z nich znajdzie na śmieciach guzik, to nie omyli się i nie powie, że znalazł samowar, albo śledzia, albo fortepian — tylko guzik.
Nasz staruszek Hopkeles nie jest wcale panną, ale podobnie po freblowsku swoją sztukę pokazuje. On dzieli styl na kilka gatunków i zaraz daje wzory.
Naprzykład: styl delikatnie przyjemny „dziwiący.” „Ja się dziwię, że chociaż, jednak pan” i t. d.
Styl delikatnie przyjemny „pływający” bardzo ozdobny gatunek: „Pływał już Luty, zaczyna pływać Marzec.”
Styl delikatny, mniej przyjemny „patologiczny:” „Nogi mi spuchnęły od łażenia bez skutku.”
Styl delikatny „heraldyczny:” „Jeszcze w naszej familii nie było takich łajdaków, coby komu robili przykrość.”
Styl delikatny „warunkowy:” „Jeżeli do 15 nie otrzymam, to...” i t. d.
Styl bardzo ostry „piorunujący:” „Mam honor napisać, że już do pana więcej wcale nie będę pisać.”
Nareszcie styl najostrzejszy, bardzo straszny, „cedujący:” „Donoszę panu, że ja cały ten interes sprzedałem, niech się inny morduje.”
Są to główne gatunki stylu naszego kochanego Hopkelesa; proszę je porównać z całą literaturą, nietylko tutejszą, ale nawet europejską, a łatwo się pokaże, że ona trzy grosze nie jest warta. Moja córeczka czyta czasem dzieła Daudeta, Zoli, Maupassanta — ja gniewam się o to, ale ona nie słucha, powiada, że ona będzie robiła flirt. Ja jej mówiłem: „Ty przewrócona głowo, kup sobie bawełny i drutu, rób pończochę!” Ona nie chce. Kto temu winien, że nie chce? Literatura. To jest jasny dowód, co ta nasza kochana literatura warta! Tymczasem, kto się kształci na wzorach naszego kochanego Hopkelesa, ten nie ma zgorszenia i wyrabia sobie styl.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.