Na szarej jesieni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na szarej jesieni
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Kalendarz „Wieku“ Illustrowany na Rok Zwyczajny 1885
Wydawca Nakładem współpracowników „Wieku“
Data wydania 1885
Druk Drukarnia „Wiek“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


NA SZAREJ JESIENI.
OBRAZEK.
Przez
Klemensa Junoszę.





Rozpłakała się deszczem szara jesień.
Może żal jej było kwiatków zwiędłych, opadłych listków i wesołego ptactwa, które do cieplejszych krajów uciekło.
Drogi nie do przebycia, niebo szare, ołowiane, wioski tonące w błocie, cały krajobraz smutny, do posępnych dumań usposabiał.
Deszcz nie padał kroplami dużemi jak w lecie, ale mżył drobniuteńki, a mżył tak już przez trzy dni i zdawało się, że jeszcze z tydzień padać będzie.
Na dziedzińcu pusto było, pies się tulił pod gankiem, bydło niechętnie wychodziło na pole, a pomysłowy pastuszek włożył worek na głowę w tym samym celu, w jakim miejski elegant otwiera jedwabny parasol.
Najnudniejsza to pora w całym roku ta jesień, pozbawiona pięknych przymiotów lata, a nie będąca jeszcze zimą w całej pełni. Podczas niej mieszkaniec miasta ucieka do resurs lub teatrów, gdzie się bawi gazetą lub rozmową, ze znajomymi spotka, pogawędzi, pogwarzy.
Wieśniak natomiast rozpala duży ogień na kominku i oddaje się medytacyom, do których wielką obfitość smutnych tematów życie mu dostarcza.
A kiedy mrok zapadnie, i tak zwana, „szara godzina“ nastanie, to z różnych pokoi, pokoików i skrytek szlacheckiego dworku, wychodzą wszyscy jego mieszkańcy i obsiadają ów komin szanowny, który w danej chwili staje się prawdziwem ogniskiem... domowego ogniska.
Dziadek z białym jak mleko wąsem, babka w piramidalnym czepku ze szlarkami, gospodyni domu z niedostępnemi kluczami u pasa, zadumany gospodarz, dzieci, wszyscy przychodzą do ognia.
Nawet wyżeł faworyt, któremu w sekrecie przed panią wolno niekiedy nawet na kanapie sypiać, rozkłada się przed ogniem w malowniczej pozie, i patrząc po obecnych rozumnemi oczami, zdaje się słuchać z zajęciem rozmowy domowników.
Przeszkadza mu w tem zatrudnieniu dwuletni Janek, który w braku lepszego zajęcia, usiłuje koniecznie z psiego ogona misterne kółko zrobić. Nie gniewa się jednak o te figle stare psisko, lubi on bardzo dzieci, a gdy mu nadto mały psotnik dokuczy, przenosi się na inne miejsce, i znów się rozkłada wygodnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Raz podczas takiej szarej godziny, z zajęciem słuchałem opowiadania dziadka prawiącego różne ciekawe rzeczy o dawnych czasach, o ówczesnem życiu, stosunkach rodzinnych, smutkach i radościach.
Był to ulubiony temat staruszka.
Zawsze chętnie do niego powracał, zawsze dowodził, że my współcześni nic nie umiemy, nie znamy się na niczem, że niepotrafimy żyć, cierpieć i kochać jak dawniejsi ludzie.
Zwyczajnie jak stary.. Jemu już inaczej słońce świeci, dla niego dzisiejsze róże mniej pachną — on żyje tylko przeszłością i wspomnieniami.
Sześcioletni Józio, jeden z licznych wnuków dziadunia, pełnił obowiązki wielkiego czubukczego; nakładał a nakładał fajki, jedna po drugiej, a dziadek ćmił, otaczając się taką chmurą dymu, iż zpoza niego siwa głowa staruszka wyglądała jak blednący księżyc we mgłach letniego poranku.
Dziadek prawił, staroświecki zegar gdański gdakał, a kiedy zaczął szóstą wydzwaniać godzinę, to tak zgrzytał, tak stękał, tak bolał, iż zdawało się, że już siódmej nie będzie w stanie wydzwonić.
Ale gdzie tam! dzwoni on po dzień dzisiejszy, tylko piszczy bardziej, tylko głos mu ochrypł. Wielki klucz od spichrza przyczepiony do wagi, jest dla niego tem czem kosztur dla zgarbionego starca. Dzwoni, dzwoni ten zegar, niegdyś arcydzieło gdańskiego kunsztu, a w przyszłości ozdoba pociejowskich składów, tego cmentarzyska wszelkich pamiątek i dawnych rupieci.
Tego wieczoru dziadek był w bardzo dobrym humorze, rozmawiał z ożywieniem, a że się jakoś o Dębskich zgadało, więc starowina różne gałęzie tego rodu wyliczać zaczął; przypomniał że jeden z nich Michał, czy Tomasz, rotmistrzem był przed laty, i że miał dziwnie romantyczne przygody. Właśnie ex re Dębskich dziadek opowiadać zaczął, że kasztelanka jakaś, której nazwiska nie pomnę, kasztelanka piękna i bogata, nie zważając na ciężki gniew rodzica, na perswazye braci i całej rodziny, pokryjomu wyszła za tego ubogiego rotmistrza, który za całe mienie miał mundur, pałasz i konia kasztana, i to dychawicznego podobno.
Pewnej, ma się rozumieć ciemnej nocy, kiedy przychylne chmury zasłoniły księżyc i gwiazdy zupełnie, piękna panna pocichutku wymknęła się z zamku, zaledwie mały węzełek z rzeczami za całą wyprawę wziąwszy — i z bijącem serduszkiem opuściła progi ojcowskie.
Dziadek twierdził, że w owe czasy miłość dokazywała cudów.
Rotmistrz w pierwszej wiosce za przewozem oczekiwał, a kiedy ranek się zrobił, w ustronnym kościołku ślub z ukochaną wziąwszy, wózka sobie od kogoś pożyczył, a dychawicznego do niego zaprzągłszy, w świat szeroki ze skarbem swoim uciekał.
Nie łatwo mu to było, mówił dziadek, raz że jako się wyżej powiedziało, kasztan miał defekt, a powtóre, że całe życie pod siodłem chodząc, a wstręt wrodzony do chomąta czując, zaczął dęba stawać i wierzgać tak, że o mało dryndulki na mak drobny nie pogruchotał.
Wyprowadzili go przecież chłopi na drogę, a rotmistrz, ostrogi na bicz zamieniwszy, popędził dychawicznego po szerokim gościńcu i zniknął w obłokach kurzawy.
A miał też przed kim uciekać, bo skoro słońce wstało, nieobecność panny w zamku spostrzeżono i niedługo potem dwaj kasztelanice na dzielnych arabach, kilku jezdnych przy sobie mając, już się w pogoń puścili.
A pędzili jak wicher, że aż piana z koni bryzgała, ziemia dudniła a słup kurzu aż do nieba się wznosił.
Ale rotmistrz nie w ciemię był bity, nie uciekał gościńcem, gdyż wiedział, że na drodze pogoni nie ujdzie, więc też dojechawszy do lasu, skręcił w boczną drożynkę, i w gąszcz okrutny wjechał.
Przedarłszy się przez gęstwinę, manowcami, o mil kilka dryndulę zatrzymał i bóstwo swoje z niej wysadził.
Tak się to odbywało wesele kasztelanki. W gęstwinie leśnej, pod dębem rozłożystym, usiadła zapłakana panna młoda, a rotmistrz klęczał przed nią jak przed obrazem świętym, łezki pocałunkami ocierał a przysięgał że skarby tego świata z pod ziemi wykopie, że zaszczyty i sławę zdobędzie, majątku się wielkiego dorobi, że później przebaczenie ojca wyjedna i żyć będą oboje jak w raju, jak w siódmem niebie tureckiem.
Panna słuchała tej mowy ognistej, uspokoiła się nieco, otarła oczy chusteczką i jak po deszczu słońce, tak w jej źrenicach po łzach wesołość błysnęła. Całowali się, śmieli, zapomnieli o świecie, a dychawiczny tymczasem trawkę szczypał, i wstrętne mu chomonto z karku zrzucić usiłował.
Aliści, mówił dalej dziadek, jak to za naszych czasów mówiono „miłość o głodzie sprzykrzy się i wojewodzie“. Państwu młodym jeść się mocno zachciało, gdyż oboje nic jeszcze w ustach nie mieli a tu słońce już ku południowi patrzyło.
Szczęściem, że rotmistrz miał manierkę z wódką, kęs chleba czarnego i wędzonki kawał, tak twardej iżby jej pies nie ugryzł.
Więcej na wesele dać nie mógł bo nie miał, ale za to o cukrową kolacyę wiele się nie kłopotał, gdyż jagód było w lesie jak maku, a w źródle z pod dębu tryskającem, woda zimna i przezroczysta jak kryształ.
Łyknął tęgi haust gorzałki a i panna młoda usta do flaszki przytknęła. Szkaradna to gorzałka była, więc panna skrzywiła się jak półtora nieszczęścia, ale rotmistrz wnet jej słodką jagódkę podał i jakoś zaradził na ten smutek.
Później pani rotmistrzowa perłowemi ząbkami twardą ową wędzonkę gryźć poczęła, zapewniając, że jej bardzo do smaku przypadła i że w życiu swoim podobnych delicyj nie jadła.
Stara to jak świat prawda, że najlepszym kuchmistrzem jest niejaki imci pan Głód, którego wy dzisiejsi nie znacie, ale ja go znam bardzo dobrze, bo mi się nieraz fatalnie dał we znaki, wtrącił dziadek.
Potem rotmistrz jagód w kaszkiet nazbierał i piękną swoją żonę fetował, pocałunkami całą tę biesiadę gęsto krasząc.
Czas im biegł szybko, ale i o dalszej podróży trzeba było myśleć, tem więcej że pogoń była spodziewaną; więc kochany mój rotmistrz dychawicznego w strumieniu napoił i wsadziwszy swe szczęście na dryndulkę, manowcami i knieją się puścił, kierując się ku stolicy.
Tymczasem młodzi kasztelanice także nie zasypiali sprawy; przejezdnych po drodze pytali, badali, dowiadywali się, aż nareszcie trafili na dziada żebraka, który gdzieś na odpust wędrował i ten zdrajca wyśpiewał im zaraz, że widział jak manowcami przez knieje wojskowy jakiś jechał z cudnej urody księżniczką, na dryndulce ubogiej, kasztanowatym koniem.
Tak więc mieli bracia wskazówkę, chociaż spóźnioną, gdyż rotmistrz od tego miejsca już się był bardzo znacznie oddalił.
Rzuciwszy dukata dziadowi, pobiegli młodzi za tropem, przedzierając się przez gąszcze i łozy, przebywając bagna i trzęsawiska błotniste.
Nie trudna to rzecz była uciekających dogonić; bracia mieli konie dzielne, podczas gdy dychawiczny bokami robił i musiał po najfatalniejszych drogach wózek dwojgiem osób obciążony wlec za sobą.
Nie trudno było dogonić, ale trudniejsza znaleźć, bo lasy w dawnych czasach, nie takie były jak dziś; gęstwina straszna, dróg żadnych, kierowano się tylko po słońcu, a po mchu, co od północnej strony, gęściej a obficiej po drzewach rośnie.
Jeszcze to wówczas siekiera nie przetrzebiła tych ostępów odwiecznych, tych borów dziewiczych, co to buki w nich były żeby w czterech chłopów nie objął; dęby nad podziw grube, a sosna każda na najtęższy maszt przydatna.
A zwierzyny także moc była...
Wy tam już tego widzieć nie będziecie, bo w ogóle co wyście kiedy porządnego widzieli? ale za moich czasów jeszcze było tam, panie, łosi i jeleni, sarn, dzików — a i żubr często dał się spotykać. Dziś lichego zajęczyny znaleźć już trudno. Tak to moi kochani... tempora mutantur... mutantur... coraz gorzej. No, ale wracajmy do rotmistrza.
Coś parę dni podobno, trwała owa „w kotka i myszkę“ zabawa. Rotmistrz doskonale lasy znając, kryć się umiał wybornie; bracia wszystek swój dowcip wysilali na to, żeby zbiega wytropić.
Nie zbyt słodkie było życie państwa młodych; za pałac mieli niebo gwiaździste, za posłanie mchy leśne i paprocie, za towarzystwo i dwór cały owego dychawicznego kasztana, co z sił opadał, a sechł tak szpetnie, że był niby wiązka kości w końską obleczonych skórę, ale za to, jak to sam rotmistrz później opowiadał, to owa ucieczka romantyczna, była pełną niezwyczajnych, niepospolitych, a niedających się opisać rozkoszy....
Nieraz w nocy ognisko rozniecili wielkie i piekli przy niem zająca, którego rotmistrz z rusznicy uśmiercił; kasztelanka udawała kuchmistrzynię, i z własnej nieumiejętności się śmiała. Soli brakło wprawdzie, ale rotmistrz proch miał przy sobie, więc też po wojskowemu proch ów sól zastępować im musiał, jak to się na wojnach niegdyś praktykowało.
Podobał się taki żywot kasztelance; mówiła że radaby długie czasy w takiej peregrynacyi przepędzić, zwłaszcza przy boku miłego, ale straszyły ją wilki.
Szczególniej, gdy ognisko przygasło, noc zapadła a powiernik kochanków, blady księżyc się schował, wówczas w lesie odzywać się zaczęły jakieś szmery tajemnicze, jakgdyby szepty duchów. Słychać było w powietrzu drganie głosów nieujętych a strasznych i wówczas kasztelance zimno się robiło, zdawało jej się że wilk z otwartą paszczą przychodzi ją pożreć.
Przytulała się więc do rotmistrza i pytała — Czy to wilki? A on jej mówił, że wilki, bo rad był iż przestraszona pod jego się tuli opiekę i przyciskał ją do serca tak silnie, iżby nietylko wilk, ale nawet sam djabeł z objęć mu jej nie wydarł.
Raz, było to już zda się dnia trzeciego podróży, szmer jakiś w lesie dał się słyszeć, ale tą razą nie byli to wilcy, lecz kasztelanice ze służbą co ścigali siostrę nieposłuszną, i jej tak im niemiłego małżonka.
Zsiadłszy z koni a człowieka jednego przy nich zostawiwszy, samotrzeć przedzierali się przez gąszcz, z obnażonemi szablami w dłoniach, z nabitemi pistoletami zapasem.
Szli teraz na pewno, a spodziewając się, że rotmistrz opór stawiać będzie i żony tak łatwo wydrzeć sobie nie da, byli przygotowani nawet na przelew krwi i wszelkie ztąd wyniknąć mogące następstwa.
Dogasające ognisko, rzucało krwawy blask, który się przedzierał przez gęstwinę liści i wskazywał braciom gdzie mają szukać siostrzyczki.
Skradali się jak węże pełzając prawie po ziemi, cicho, ostrożnie, nie robiąc najmniejszego szelestu.
Zbyteczną zresztą ta ostrożność była, gdyż zmęczona trudami podróży kobieta spała snem kamiennym, a rotmistrz chrapał jak najęty, tylko dychawiczny strzygł uszami i szczypał trawkę leśną, nie chcąc ani chwili drogiego czasu tracić.
Tak owi bracia panicze, postępując ostrożnie i z zapartym oddechem, znaleźli się na polance.
Z wielkim okrzykiem rzucili się na śpiącego, i postronkami krępować go zaczęli, podczas, gdy kasztelanka przebudzona ze snu a widząc co się święci, zemdlała i słała się jakby nieżywa.
Teraz dopiero romans zaczął przybierać silnie dramatyczny charakter... Starszy brat rotmistrzowi pistolet do czoła przyłożył...
Tu dziadek przerwał, gdyż do pokoju, zaperzona i gniewna, wpadła niemłoda już osoba i niedając nikomu przyjść do słowa, ostrym głosem recytować zaczęła:
— Proszę cioci! to dalibóg już niedowytrzymania z temi psami! Dogoń zjadł całą dzieżę mleka, Trębacz popsuł dwa sery, a nareszcie Kurta dobrał się do śpiżarni i zjadł pół połcia słoniny z tego siwego wieprza, co dopiero przed świętym Michałem zabity! Mówiłam panu Józefowi, aby kazał tego Kurtę zastrzelić, bo raz, że jest okropnie szkodny, a powtóre, że mi się zdaje, że go musiał kiedyś wściekły pies pokąsać, bo od niejakiegoś czasu, drapie się ciągle lewą nogą w prawe ucho i goni swój własny ogon! Zobaczycie, że kiedy będzie nieszczęście, ale to zawsze tak: czort swoje a pop swoje! ja panu Józefowi mówię psa zastrzelić, a pan Józef za psami w piekło by poszedł! U pana Józefa ludzie nic nie znaczą — psy grunt! wszystko im wolno, kary na nich niema, to też psy słoninę jedzą, po kanapach się kładą, a jak sędzina przyjechała, to ją posadzili na krześle. Koniec świata dalibóg! żeby taką zgraję w domu trzymać. Koniec świata, niedługo już nas samych pozjadają!
To wszystko wyrecytowała jednym tchem panna Apolonia, kuzynka pani domu, nie pierwszej już młodości osoba, cierpiąca ciągle na zęby, z podwiązaną twarzą jakimś materacykiem, woniejącym zapachem ziół aromatycznych i kamfory.
Byłbym chętnie wyrzucił za drzwi tę starą pannę, która wpadłszy do pokoju ze świecą, przerwała urok szarej godziny i opowiadanie dziadka przecięła w najciekawszem miejscu.
A jam już we zmroku panującym w pokoju, widział dogasające ognisko wśród kniei, walkę kasztelaniców z rotmistrzem, przestrach uroczej kasztelanki i całą tragiczność romansu.
Myślałem, że kiedyś, zamknąwszy się w pracowni samotnej, wysnuję z tego powiastkę, nad którą zakochane panny płakać będą...
A teraz, cały gmach który budowałem sobie na fundamencie opowieści dziadkowej runie; i to wszystko przez tę nieznośną pannę Apolonię, która zamiast truć zęby kreozotem, struła dziadkowi humor swoją powieścią o Kurcie. Czemuż do licha nie siedziała tam w owej śpiżarni, i nie pilnowała słoniny żeby jej psy nie zjadły? czemuż wreszcie, kiedy jest tak wojowniczego ducha, sama nie porwała za strzelbę, i nie strzeliła w łeb Kurcie, zamiast przerywać dziadkowi.
A teraz cóż? Ciotka zerwała się z miejsca zła jak Heród, bo jej także owej przemierzłej słoniny żal było i stała się w tej sprawie nieubłaganym sędzią...
— Ma racyę Polcia, ma najsłuszniejszą racyę! powtarzała w gniewie, z tym Kurtą raz nareszcie skończyć potrzeba. I proszę cię mężu, albo go każ zastrzelić, albo co lepiej oddaj go komu. Proszę cię mężu stanowczo, bo doprawdy wytrzymać już z temi szkodami nie można. Jedno z dwojga wybieraj, albo ja z domu — albo Kurta z domu! ja na tego gałgana spokojnie patrzeć nie mogę!
Wobec takiego ultimatum, wuj wyczerpywał wszelkie możliwe środki obrony. Dowodził niepoczytalności kudłatego przestępcy, który popełnił zbrodnię w przystępie strasznego ataku głodu, który działał nierozmyślnie, pod wpływem pierwszego wrażenia, bez uprzednio powziętego zamiaru, nie mogąc oprzeć się pokusom szperki mrugającej niejako na niego z kołka, na którym wisiała.
Opierając się na najnowszych wynikach badań psiej psychologii, dowodził wuj, że nerw powonienia u tych zwierząt jest kluczem do wszelkich namiętności drobniejszych i większych; czyliż pies winien, że nieostrożność człowieka, ten nerw podrażniła?
Zwalał całą winę na nieuwagę Magdy, która zamknęła Kurtę w śpiżarni i wnosił o ukaranie Magdy, na tej zasadzie, że ona to właściwie była przyczyną wypadku.
— Zamykajcie, mówił wuj, bądźcie uważni, nie puszczajcie psów do śpiżarni, a nie będziecie miały szkody, trudno przecież, za wasz niedozór niewinne stworzenie zabijać!
Cóż jednak ta obrona znaczyła w porównaniu z wymownemi słowy oskarżenia. Panna Apolonia dowiodła, że Kurta popełnił zbrodnię przez wrodzoną sobie przewrotność i nikczemność charakteru, że widziano go rano jeszcze, jak spoglądał w stronę śpiżarni, jak następnie pił wodę dla nabrania lepszego apetytu, jak naradzał się z Burkiem, jak potem siedział cały dzień pod drzwiami śpiżarni i udawał że śpi, jak następnie schował się za beczkę i zbrodnię popełnił dopiero wtedy, kiedy wszyscy ludzie już wyszli, gdyż widocznie obawiał się świadków.
Pani domu nie mogła naopowiadać się dosyć o przebiegłości i wyrafinowanej przewrotności tego psa.
— Wyobraźcie sobie państwo, mówiła, że ten gałgan, jak najdoświadczeńszy zbrodniarz alibi sobie urządził! gdyż na chwilę przed wypadkiem był na podwórzu, i z indykami awanturę zrobił. Mówicie że to głupie zwierzę, nie to nieprawda! to najprzewrotniejszy łotr, jakiego w życiu mojem nie widziałam. To chyba sam lucyper w psiej skórze!
Ponieważ tak wyrafinowana nikczemność, godną jest najsroższego ukarania, przeto pani, przed wpływem pierwszego gniewu wniosła aby jako przykład dla innych, psa na suchej wierzbie powiesić i żeby tam wisiał, aż do sądnego dnia.
Wywiązała się dysputa tak żywa, iż sądziłem, że skończy się na jakiem nieporozumieniu małżeńskim między ciocią i wujaszkiem. Lecz na szczęście wuj ustąpił, wymówiwszy sobie tylko, że Kurta zamiast na powieszenie, skazany zostanie na karę pięciu batów, a egzekucya wykonaną zostanie przez Kacperka ze stajni.
Wiedział wuj dobrze co robi, powierzając Kacperkowi tę akcyę, bo Kacperek psiarz był wielki, razem z Kurtą w stajni sypiał, obaj różne psie figle płatali, więc też należało przypuszczać, że egzekucya zbyt surową nie będzie.
I rzeczywiście, Kacperek zbił na podwórzu innego psa, aby ten skomleniem swojem złożył dowód wykonania wyroku, i tak sprawdziło się przysłowie, że ślusarz zawinił, a kowala za to powiesili...
Ja jednak nie mogłem przebaczyć pannie Apolonii, że wywołała zamieszanie i zamęt i przerwała opowieść dziadka.
Miałem na drugi dzień rano wyjeżdżać, nie było więc nawet szansy powetowania tej straty.
A taki ciekawy byłem dowiedzieć się o losie rotmistrza, który miał dychawicznego konia i także szczęście do kobiet.
Później podano herbatę, przy herbacie naturalnie rozmowa szła o rzeczach zwykłych, o gospodarstwie, o tem, że ekonom wyniósł ze śpiżarni dwie ćwierci jęczmienia, a gajowy Onufry sprzedał Berkowi zająca, którego zabił w dworskim lesie, dworskim prochem, dworskim śrutem, dworskim kapiszonem i z dworskiego szturmaka, obwiązanego dworskiemi sznurkami...
Różne tu kwestye były dyskutowane, wszystkie kłopoty i przygody dnia rozstrząsane wszechstronnie. Ekonom, pachciarz, parobcy, stangret a nawet bardzo zacna osoba pani Sobiborska, stara gospodyni, była bohaterką chwili, gdyż pomimo wszelkich swoich cnót i zacności, jakąś dużą szkodę zrządziła.
Te wszystkie wieści najenergiczniej były komentowane przez pannę Apolonię, która zalewała nas potokiem słów trzeszczących, jak pytel we młynie, i co pięć minut powtarzała że od samego rana jest tak chora, iż ani jednego słowa nie może przemówić.
Uczułem głęboką nienawiść nietylko do panny Apolonii specyalnie, ale i do wszystkich starych panien w ogóle...
Gdybym był prawodawcą, obłożyłbym je podatkiem tak wielkim, że byłyby zmuszone sprzedać swe wszystkie kotki, pieski, kanarki, zlicytować ziółka, kamforę i konfitury, albo też wyszukać sobie nareszcie jakiegoś męża, który by im zamknął, nigdy niespracowane usta.
Postanowiłem się zemścić i zużytkować cały zapas złośliwości, aby starą pannę doprowadzić do gniewu.
Na początek, zacząłem żartować z jej materacyka, wiecznego bólu zębów, oraz owego aptecznego zapachu, jaki roznosiła do koła.
Czyniłem to z tem większą przyjemnością, że dziadek zaczął drzemać i że już straciłem wszelką nadzieję usłyszenia dalszego ciągu przygód ubogiego rotmistrza.
I rzeczywiście, dziadkowi głowa na piersi opadać zaczęła, powieki zamykały się ociężale, wąsiska zwiesiły się smutnie, a słabo trzymana w ręku fajka, upadła na podłogę z łoskotem.
Ciotka wstała, wzięła starowinę pod rękę, wuj ziewnął przeciągle, powiedział mi dobranoc i poszedł do swojego pokoju.
Godzina dziewiąta!! Gdzie indziej wre życie w całej pełni, tutaj spać się już kładą, wedle przedpotopowego jakiegoś zwyczaju.
Dzieciarnia umilkła, odmówiwszy za panią matką pacierz.
Malutki zaś co wyżła za ogon ciągnął, usnął jak cherubinek ze złotemi włosami i czynił pulchną rączką jakieś ruchy, śniąc może, że goni barwiste motyle, lub, że promienie słoneczne chwyta i... sznurki sobie z nich kręci.
Śliczne marzenie! On w ten sznurek starego wyżła zaprzęgnie, tak jak tatuś konia dużego i pojedzie na tem wyżle nad rzekę, gdzie takie ładne krzaczki, gdzie dzikie róże kwitną, jerzyny rosną; rwać będzie jerzyny i słuchać o czem ptaszki na gałęziach gadają.
Szczęśliwy mały, bo ma takie sny wielkie; za to, gdy dorośnie, będzie miał sny prozaiczne poziome, a tak jak dziś chwyta promień słoneczny, chwytać będzie kiedyś kawałek chleba, co się z rąk tak łatwo wymyka.
Dano mi maleńki pokoik, tuż obok owej sali, w której stary zegar gdański gdakał.
Gniewał mnie ten jego szmer monotonny, spać nie mogłem, czytać nie chciałem, wszedłem więc do owej sali, aby pochodzić trochę między jej obszernemi kątami.
Na kominku ogień tlał jeszcze, blada lampa świeciła niewyraźnie, a tuż przy ogniu z jakimś papierem w ręku, siedziała panna Apolonia.
Więc i tu jeszcze ona! czyż ciągle prześladować mnie będzie?
— Co pani tu robi? zapytałem, pani jeszcze nie śpi? Sądzę, że ulubione pani kokoszki i kogutki dawno już używają słodkiego spokoju na grzędach? Czy nie tak?
— Ja bardzo mało sypiam, odpowiedziała mi cicho, podnosząc oczy, w których zdawało mi się, że łzy postrzegłem.
Ona płacze, pomyślałem sobie, pewnie perliczka zachorowała!
Będę musiał wysłuchać, jak to biedactwo zaziębiło się, niechciało jeść, opuściło skrzydła, jak mu dawano najpiękniejsze kaszki i inne środki wzmacniające, jak to wszystko już nic nie skutkowało, i że w rezultacie wypadnie się uciec do radykalnego środka, to jest że trzeba będzie perlicę dorżnąć.
W tej chwili przyszedł mi na myśl autor dzieła pod tytułem „Myślistwo z Ogary“, dedykowane Władysławowi IV.
Autor ten opisując rozliczne psie choroby i dolegliwości powiada: „Gdy psi taką słabość szpetną mają, tedy im Dryakwie weneckiej quantum satis zadawać, to pomoże; — jeżeliby zaś to niepomogło tedy najlepiej jest psa obwiesić.“
Ten to sposób radykalny i praktyczny miałem pannie Apolonii zakomunikować.
Lecz ona nie mówiła jakoś nic o perliczce, tylko spoglądała to na mnie, to na ów list, który w ręku trzymała.
Zdawało mi się że ją moja obecność żenuje, rzekłem więc:
— Zapewne przerwałem pani jakieś gospodarskie obliczenia?
— Nie panie, w tej chwili o czem innem myślałam.
— W każdym razie myślałaś pani o czemś ważnem, a wejście moje przerwało wątek tych myśli, przepraszam więc za moją niedyskretność...
— Tak, w tej chwili myślałam o sobie tylko.
— Czyż na to potrzeba pani samotności, ciszy i gdakania tego nieznośnego zegaru?
— Przedewszystkiem potrzebuję wolnego czasu, gdyż cały dzień mam o czem innem do myślenia. Pomyśl pan sam, takie duże gospodarstwo, tyle krów, drobiu, a ciocia więcej dziećmi zajęta, sama się trudnić nie może, nieraz mam tego aż do uprzykrzenia!
— Jakto? sądziłbym że pani oddaje się temu z całem zamiłowaniem, z przyjemnością?
Nie odpowiedziała mi na to. Milczeliśmy przez chwilę, a ja korzystając z tej przerwy, przypatrywałem się jej twarzy, oświetlonej z jednej strony odblaskiem czerwonym dogasającego ogniska, z drugiej zaś bladem światłem lampki złagodzonem przez klosz mleczny. Twarz ta wydała mi się podwójną, niby oblicze mitologicznego Janusa.
Z jednej strony, od kominka mianowicie, w gorącym tonie czerwonawych barw, wydawała mi się młodszą, ożywioną rumieńcem, z drugiej zaś była bladą ową bladością martwą, którą długoletnie cierpienie wyrabia.
Przypatrzywszy się bliżej, zauważyłem że twarz ta była niegdyś piękną zapewne, lecz czas nieubłagany, a może smutne okoliczności życia zwiały z niej uroczy pył młodości, i uczyniły taką jaką jest obecnie...
Czyżby po tem czole, co się już zlekka zmarszczkami pokrywać zaczęło, przeszły ciężkie jakieś burze, czyżby oczy błyszczące niegdyś i jasne, dla tego dziś przygasły i zapadły, że ich blask wraz ze łzami wypływał?
A wyraz goryczy, jakby przyrośnięty nazawsze do ust pobladłych, może dla tego tam osiadł że te usta nie dotknęły nigdy złocistej czary szczęścia?
Gdyby była mężatką, matką szczebiotliwych dzieci, gdyby jej życie normalnym poszło torem, czyżby była taką jak dziś?
Więc musiała mieć jakieś przejścia bolesne, więc jakaś wyższa siła wykoleiła ją prawdopodobnie ze zwykłych torów życia, i na wieczną skazała samotność.
Uczułem pewien wyrzut sumienia za to, żem jej dokuczał, więc usiłowałem z nią zawiązać rozmowę.
— Co pani czyta? spytałem.
— List.
— Zapewne od kogoś, co panią bardzo obchodzi.
— O tak!
— A więc i pani nie jesteś wolną od spraw sercowych, a list pochodzić musi zapewne od kogoś co kochał..., obiecuje wrócić, i jakoś go nie widać dotychczas..
— O! ten już nigdy nie wróci, szepnęła cicho i oczy jej łzami zaszły.
— Dlaczego nie wróci? zapytałem.
— Bo ztamtąd nikt jeszcze nie wrócił.
— Więc umarł?
— Tak panie, on już nie żyje, a list, który czytałam przed chwilą, pisany jest ręką staruszka, którego los zawistny rzucił daleko. Biedny, dni jego policzone, a nie będzie nawet komu zamknąć mu oczu, które niegdyś widziały szczęście rodzinne i dostatek.
Oczy starej panny zaszły w tej chwili łzami; zapomniałem o przerwanem opowiadaniu dziadka o prozaicznej historyi Kurty, bom widział przed sobą nieszczęśliwą, jedną z cichych bohaterek dramatów, w które tak bardzo obfituje życie ludzkie.
Zadumała się panna Apolonia, wsparła głowę na dłoni, a jam też nie śmiał tego smutku i tych dumań przerywać, bo w nich może mieściło się całe szczęście tej kobiety.
— Czy pan znał mego ojca? zapytała, przerywając milczenie.
— Nie pani, w innych stronach przepędziłem młodość.
— Był to szlachetny człowiek, dobry, poświęcony dla nas, mieliśmy mająteczek nie duży, wioseczkę w ładnem położeniu, nad wodą.. pamiętam ją dobrze. Każdy krzaczek na łące, każda dzika róża w lesie, wszystko mi tam było znane, a choć widziane codzień, jednak piękne. Dziś spekulant kupił tę wioskę na licytacyi, zniszczył, sprzedał co się dało, płoty porozgradzał, ogród zapuścił — ruina! Zapłakałam przejeżdżając tamtędy... ale ja pana nudzę, pewnie już pan spać pójdzie. Może panu świecę kazać przynieść do pokoju?
— Nie, nie, niech mi pani mówi o swoim ojcu, o tej wiosce co ją pani tak kocha, ja chętnie słuchać będę...
— Co tam odgrzebywać dawne wspomnienia? to już umarło wszystko, mój panie. Ja sama chodzę jeszcze po świecie, mówię, ale czy jestem tem, czem wszyscy ludzie? doprawdy nie wiem, zdaje mi się, żem także umarła i że Bóg mi kazał za karę pokutować tu na ziemi, może za własne winy, a może za winy ojców moich... Niezbadane są jego wyroki...
— Wiesz pan jednak, dodała po chwili milczenia, że czasem są takie godziny, w których pragnęłabym się wygadać, wyspowiadać przed kimś, choćby przed ścianą nawet. Zdaje mi się wówczas, że mi lżej nieco, że jestem jak ten wyrobnik biedny, który dźwigając ciężar złoży go z siebie na chwilę i rozprostuje grzbiet wiecznie zgięty.
— Proszę pani, rzekłem, szanuję każdą boleść i nieszczęście, a jeżeli jak pani powiada, pomówienie o tem co pani dolega tak bardzo ulży ci tego ciężaru, to proszę mów pani, słuchać będę chętnie, a mogę panią zapewnić, że z całem współczuciem jakie budzi niedola.
— Ale mój panie, nie rób pan z tego książki, bo co tam komu wiedzieć o losach zwyczajnej wiejskiej dziewczyny od kurnika, spiżarni... Moja historya taka prosta, pospolita, zwyczajna jak tysiące jej podobnych na świecie.. Ładnie było w naszej wioseczce rodzinnej, ładnie i dobrze. Tak dobrze, że opowiedzieć panu tego niepotrafię. Matka nieboszczka jeszcze żyła, ja byłam dzieckiem jedynem, pieszczonem, może nadto nawet. Kochali mnie, a kiedy przyjeżdżałam z pensyi na wakacye, to już nie wiedzieli czem mnie przyjąć i jak zabawić. Przeszło to wszystko jak sen. Kiedy już miałam lat ośmnaście, bywał u nas pewien młody człowiek. Stanisław mu było na imię. Nie śmiej się pan, ja nie byłam taką wówczas jak dzisiaj mnie pan widzisz. A zresztą każda potwora ma swego adoratora, jak to panu zapewne wiadomo.
— Więc pani kochałaś tego pana Stanisława?
— Czyja go kochałam? alboż ja wiem czy się to kochaniem nazywa? Ale jak on długo nie przyjeżdżał, tom wychodziła na ganek patrzyć czy go nie widać — jak do mnie mówił, tom słuchała całem sercem, a kiedy mię czasem wziął za rękę, to mi się coś dziwnego robiło... Czytałam czasem o czemś podobnem w poezyach, tylko że on nie był rycerzem, ani żadnym nadzwyczajnym bohaterem, był to prosty szlachcic, pracowity, poczciwy, ze złotem sercem człowiek... Ach panie! w jakim ja byłam kłopocie, kiedy mi się oświadczył! Myślałam, że się pod ziemię schowam. On chciał koniecznie żebym mu odpowiedziała, a mnie słowa więzły w gardle, coś jakby mnie ściskało za szyję, rozpłakałam się i uciekłam. Ale on za mną gonił po ogrodzie, gonił, gonił, aż dogonił, wziął za rękę, a jam zdobyła się na słowo i powiedziałam, żeby poszedł do mamy. Zostałam sama w ogrodzie. Serce mi dziwnie biło, zasłoniłam oczy rękami, a w tem słyszę głos mamy: „Polciu! Polciu! chodź no tutaj“. Chciałam biedz, biedz prędko, nie mogłam... Gdym przyszła do pokoju, widzę że matka płacze, ojciec także ma łzy w oczach, a Staś stoi przed niemi zarumieniony jak wiśnia.
Wybuchnęłam głośnym płaczem, przytuliłam się do matki, on mnie wziął za rękę, ojciec ucałował nas oboje no — i tak się wszystko skończyło... Wówczas mi się zdawało, że będę bardzo szczęśliwa... Tak pięknie było wtenczas na świecie, tak słonecznie... To było lato, pamiętam... pogoda śliczna, pełno kwiatów, w naszym ogrodzie tak dobrze... Lubiłam tam siedzieć, oczy utkwić w niebo i marzyć... Ale nieboszczka mama gniewała się oto. A potem panie, co ja miałam kłopotu, co ja miałam zachodu! Bo to musiałam jeździć do miasta po płótno, po najrozmaitsze rzeczy; tyle ambarasu, tyle szycia że aż mama pannę z miasta przywiozła i żydzi szyli. Prawdziwa fabryka była. Mój Boże, jak ja wtenczas byłam szczęśliwa. Stanisław bywał u nas co wieczór, rozmawialiśmy, śpiewali, bo mieliśmy ładny fortepianik, były nuty — a zresztą któż młody nie śpiewa, kiedy mu jest dobrze na świecie... Jedno mnie tylko wtem szczęściu martwiło, to że rodzice termin ślubu odkładali ciągle... Widocznie mieli jakąś przyczyną. Głupia byłam wówczas i młoda, ale przeczuwałam, że się coś święci. Nieraz w nocy śniło mi się, że byłam na polu kiedy kosili siano. Ślicznie świeciło słońce, łąka tak pachniała... z pustoty brałam grabie i pomagałam dziewczętom. Śpiewałyśmy rozmaite pieśni. Naraz od zachodu wypłynęła chmura, taka duża, taka groźna a taka ciężka, iż zdawało się, że cały świat przygniecie! Jak zaczęło grzmieć, jak zaczęły padać pioruny, i grad jakiś jakby kamienny, tak pozabijało wszystkich kosiarzy, dziewczyny pomarły ze strachu, a ja zostałam sama, sama jedna. Świat się zmienił tak jak po potopie, ogarnął mnie przestrach, wołam ojca, nie ma go!.. wołam Stanisława, milczy. Biegnę do domu, szukam domu, ale i domu już niema. Pusto, głucho jak na cmentarzu; wydaję straszny okrzyk rozpaczy i — budzę się...
Ciężkie to były sny; pierzchały wszakże ze wschodzącem słońcem, z przybyciem Stanisława, z nadzieją szczęścia, które się nigdy ziścić nie miało...
Westchnęła i zamilkła.
Otarła oczy zwilżone gorzką łzą wspomnień, a ja nieprzerywałem milczenia, szanując ten smutek cichy, to niby wieczne odpocznienie nad grobem zgasłego szczęścia i miłości starganej.
Poprawiłem ogień na kominku, dorzuciłem jednę szczapę smolną, a ta błysnęła wnet krwawo, jak pogrzebowa pochodnia.
— Nie usnąłeś pan jeszcze? Nie skleiła panu oczów ta bajka smutna ale prawdziwa, słuchaj więc pan dalej. Znów mój ślub odłożono a ojciec i Stanisław zrobili się jacyś zdziwili, małomówni, poważni, zadumani, jakby jakieś nieszczęście im groziło? Pytałam ich, co to znaczy? ale ktoby tam głupiej dziewczynie chciał odpowiadać. Ojciec choć najlepszy człowiek, ale w rozum kobiecy nie wierzył, mówił nieraz, że kobieta, póki mała to do lalek, a jak duża to do dzieci, że ma długie włosy, a krótki rozum... To też raz, zebrałam się na odwagę i powiedziałam ojcu: kiedy tak, to ja sobie włosy ostrzygę i będę miała długi rozum, na złość. Chciałam się czegoś dowiedzieć, choćby kosztem utraty włosów, ale wszystko nadaremnie. Ojciec zbywał mnie byle czem, rozśmiał się i tyle — a jednak, wierz mi pan, może to tak i mądrze i dobrze, ale bardzo boleśnie jeśli kochająca i przywiązana istota, traktowaną jest jak dzieciak, jak trzpiot lekkomyślny co o niczem poważnem ani wiedzieć, ani myśleć nie może... O to tylko jedno w życiu do Stanisława żal miałam, dałam mu to uczuć nawet. Chciał mnie pocałować w rękę, cofnęłam ją, mówiąc, że dzieciaków nikt po rękach nie całuje. Było mu to bardzo przykro, odszedł sobie, ale ja chociaż prędka, nie byłam nigdy zawzięta. Na razie to się rozgniewam, nakrzyczę i nagadam, ale później robi mi się żal, więc też dogoniłam Stanisława i chcąc mu wynagrodzić tę przykrość, kazałam się w obie ręce pocałować. Jak i co było później wiesz pan dobrze, a u nas to był okropny dzień, to były straszne rzeczy! Teraz, kiedy się nad tem wszystkiem zastanawiam, to doprawdy nie wiem, jak mogłam przeżyć tę chwilę? Dla czego nie umarłam? Dla czego kołaczę się po świecie? Dla kogo żyję? Czy dla tych indyków, które doglądam? i dla konfitur które smażę? czy dla nich? Jak to wszystko było, w jaki sposób się stało? nie pomnę, bom padła zemdlona, a później kilka tygodni w ciężkiej przeleżałam chorobie. Pamiętam tylko łunę pożarną, zgiełk, zamięszanie, krzyki — i nic więcej... Gdym do przytomności wróciła, byłam w tym domu, w tej samej sali. Tu pod tym starym zegarem stało moje łóżko, tu dowiedziałam się okropnej prawdy. Stanisław już nie żył, ojciec odjechał bez nadziei powrotu... Zostałam na raz sierotą, ...wdową. Może pan śmiać się z tego będziesz, ale ja gdy zastanawiam się nad tem czem jestem właściwie? zawsze, powiadam sobie, że jestem wdową; trafiało mi się przecież później wyjść za mąż, lecz nie śmiałam... nie mogłam. Zdawało mi się że on z tamtego świata przyjdzie, i spojrzy na mnie temi dużemi, modremi oczami, że zapyta: jakiem prawem oddałaś to serce które do mnie należy? I cóżbym mu odpowiedziała na to? Już po śmierci matki trafiał się znowu wdowiec jeden, niestary jeszcze człowiek. Ułakomił się na resztki tej wioszczyny zniszczonej, a przy wioszczynie chciał zabrać, w drodze łaski zapewne i ruiny podwiązanej panny Apolonii. Rozśmiałam mu się w oczy...
O! bo ja wierzę w to, że kiedyś, na lepszym świecie jeszcze mego Stanisława zobaczę, a ta wiara utrzymuje mnie przy życiu, krzepi, sił dodaje, ona jest dla mnie jedynem lekarstwem i pociechą. O! gdyby jej nie było, nie przy tym kominku znajdowałabym się teraz. Leżałabym zapewne na dnie jeziora, oplątana w liście roślin wodnych, ryby wyjadły by mi oczy, których połowa wypłynęła ze łzami, a indyki cioci Michałowej miały by inną opiekę. Nie spisz pan jeszcze?
— Co też pani mówisz!
— No kiedy pan nie spisz to posłuchaj jeszcze dalej. Powiadasz żem zapalona gospodyni. Przy herbacie dałeś mi kilka złośliwych przycinków, że myśl moja nie wybiega nigdy ze sfery tych płaskich, poziomych zatrudnień kobiecego gospodarstwa. Gorszyłeś się tem że instygowałam na psa który zepsuł słoninę... O panie! gdybyś wiedział, że są ludzie, którzy potrzebują się czemś zająć, czemś ogłuszyć, niedziwiłbyś się temu. Ja muszę, ja potrzebuję wykrzyczyć się, wydeptać przez dzień cały, oszołomić tym gwarem kuchni czeladniej, spiżarni, kredensu... muszę dla tego, żebym zmęczona całodziennem dreptaniem, jak kamień padła na łóżko, żebym zasnęła, nie myślała, nie wywoływała tych wspomnień tak drogich, a tak bolesnych zarazem. Patrz pan jak ta głownia w kominie goreje żywym płomieniem, jak płonie, jaśnieje blaskiem, jak trzaska;... za chwilę będzie z niej garść popiołu, węgiel czarny, a potem wiatr rozwieje jej resztki, które z dymem nie uleciały ku niebu. Ja sobie wyobrażam, że dusza moja to dym, że ona, lekka jak obłok, do obłoków dąży, a to ciało nędzne, zbolałe, tuła się tu po ziemi, jak węgiel czarny, bez życia, bez blasku.. Jam starą panną mój panie. Wy, co tam w dużych miastach mieszkacie, wy co piszecie gazety, a w nich powiastki różne, bierzecie ze starych panien wzorki zabawne i śmieszne. Niejedna szczęśliwa matka, czytając w wolnej chwili prace wasze, a natrafiwszy na obrazek panny starej, pomyśli: Aha! to ciotka Apolonja, albo Kordula, ale nikomu na myśl nie przyjdzie że to żyjąca boleść, że to smutek nieprzebrany, a może ofiara losu.
Przepraszam pana, natrajkotałam tak dużo, ale wybacz, to ogólna słabość starych panien; to jakaś nieszczęśliwa potrzeba wynurzenia się, wywnętrzenia, potrzeba jak by spowiedzi, jak by wyznania. Bo jak się tak wygadam przed kim o moim smutku, o mojej tęsknocie, o złamanem życiu, to zdaje mi się że ten ktoś już wspólnie ze mną ciężar dźwiga, że mi lżej, że mi kamień spadł z serca chwilowo.
Oparła rękę na dłoni i zamyśliła się smutnie.
Chciałem zaś powiedzieć, chciałem rzec jej kilka słów pociechy i współczucia, lecz ona zerwała się nagle, wyprostowała i jakby przypominając sobie coś zawołała.
— Panie, panie! co ja robię? ja gadam tu, gadam, a bułki w piecu przypalą się! Mój Boże! Mój Boże! pewnie Magda zasnęła, a mówiłam: pamiętaj Magdusiu, nie śpij jeżeli w Boga wierzysz; bo wszystko będzie na nic!
I wybiegła, nie usłyszawszy odemnie ani słowa żalu i współczucia, wybiegła, bo bułki mogły się przypalić.
Gdański zegar już północ wyskrzypiał, wyjęczał, a jam chodził jeszcze po sali słuchając monotonnego gdakania tego antyka.
I rozpamiętywałem w myśli losy tej męczennicy cichej, tej śmiesznej starej panny, roznoszącej do koła woń kamfory i ziół aromatycznych.
Kiedym spojrzał na nią po raz pierwszy zdawało mi się że ją wiecznie zęby bolą. Nie — ją serce bolało, tym bólem ciągłym, nieustannym, co jak się raz zacznie, to już nie mija nigdy i wiecznie trapi, wiecznie męczy, póki najlepszy lekarz, śmierć tego bolu nie ukoi i nie ułagodzi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kiedy na drugi dzień całe towarzystwo zgromadziło się przy śniadaniu, panna Apolonja tak była zajęta nalewaniem kawy, opowiadaniem o różnych najświeższych wydarzeniach folwarcznych, że niktby nie przypuścił że jej myśl, jej serce bywa czem innem zajęte.
Wróciła już do swoich obowiązków, do owego deptaka, w którym się przez dzień cały bez ustanku kręci.
Powtórzyła się historja Kurty, iż za łagodnie ukarany został, że go to uzuchwali i ośmieli do dalszych inwazyj. Zawiązał się spór gorący z gospodarzem domu, który znowu, jak obrońca w apelacyi, usprawiedliwiał Kurtę i wszelkie jego szelmostwa.
Ja śpieszyłem już do Warszawy do zwykłych zatrudnień, a trójka spasłych kasztanów oczekiwała przed gankiem, aby odtransportować mnie i moje losy do najbliższej stacyi kolei.
Pełen staroświeckiej grzeczności dziadunio, w szaraczkowej bekieszy, która mu za szlafrok służyła, wyszedł z nieodstępną fajeczką, aby mnie pożegnać.
Zabawni są ci starzy ludzie ze swoją grzecznością dla młodych, pomimo że młodzi dla sędziwych nawet uprzejmymi nie są...
— Dziadziu, dobrodzieju kochany — zapytałem staruszka, nie dokończył dziadunio tej historyi ciekawej o rotmistrzu.
Roześmiał się starowina.
— Mój kochany — rzekł — ty myślisz, że to nam tak łatwo gadać, jak wam jakie głupstwo napisać. To trzeba wygodnie zasiąść sobie przy kominku, fajeczkę zapalić, w ogień patrzyć, to się i mózg rozgrzeje i myśli za płomieniem tak jakoś same pobiegną w przeszłość, jak gdyby tam znajdowały to ciepło ożywcze, które ze krwi stygnącej ucieka... Ale to u was młodych fiu fiu w głowie! wszystko prędko, wszystko na gwałt — każdy zajęty i każdy się spieszy i wszyscyście biedni. Myśmy się nie spieszyli a dukacików w sepecie zawsze się trochę znalazło...
— To też, mój dziaduniu choć trochę, choć w ogólnych zarysach, niech dziadzio dokończy.
— No a na czemże ja to stanąłem.
— A na tem, jak bracia rzucili się na spiącego rotmistrza i postronkami krępować go zaczęli, podczas gdy kasztelanka, przebudzona ze snu głębokiego, a widząc co się święci, zemdlała i stała się jakoby nie żywa, zwłaszcza że ukochanemu pistolet przyłożono do czoła.
— Aha! no otóż widzisz waszmość, że nie taki djabeł straszny jak go malują. Rotmistrz ostro się stawił. Powiedział że „Nec Hercules contra plures“ ale później chyba żyw nie będzie jeśli swej prawnie zaślubionej małżonki nie odbierze, a ichmość panom braciom uszów nie poobcina.
Kasztelanisko stary widząc, że się już rzeczy zreperować nie dadzą, z losem się pogodził, zięcia siako tako przyodział i forytować go począł, tak że młoda para szczęśliwie żyła, ba! nawet wnuków się doczekali. Ot już i koniec... żebyś się nie spieszył, tobym ci wieczorem opowiedział całą tę historyę z detalami, ale u was młodych to wszystko na gwałt! Jedź że sobie z Bogiem, kiedy ci tak pilno, a przy okoliczności nas nie mijaj, bo ci zawsze szczerze radzi jesteśmy.
Pożegnałem poczciwego dziadka i uprzejmych gospodarzy, uścisnąłem pyzate dzieciaki a pannę Apolonję pocałowałem w rękę, co ją mocno zażenowało.
Wszyscy wyszli na ganek, Marcin fornal przeżegnał się i kasztany ruszyły.
— Stój! Stój! zawołał dziadek, gdyśmy już byli przy bramie.
Marcin stanął, a staruszek, zbliżywszy się do bryczki, wziął mnie za guzik i mówił.
— Ale bo widzisz, zapomniałem ci jeszcze powiedzieć, co się stało z dychawicznym? Zdechł biedaczysko, bo też rotmistrz paskudnie go spędził po kniejach...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Opuściłem gościnny dworek i jechałem ku stacyi. Deszcz mżył drobniutki, zimny, przenikający do kości.
Szara jesień rozpłakała się na dobre. Jakżeż podobnem do owej szarej jesieni jest życie tej biednej kobiety, tej gderliwej starej panny. Tylko że szara jesień skończy się kiedyś i dla ziemi znowuż słońce zaświeci, a tej biednej już do samego grobu zawsze będzie smutno i łzawo.
Dzieciom wiosna, młodym lato zajaśnieje, starym zima w otoczeniu wnuków przejdzie błogo, przy cieple domowego ogniska — ale w jej sercu złamanem „szara jesień“ aż do końca życia trwać będzie.
Biedna stara panna!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.