Strona:Klemens Junosza - Na szarej jesieni.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielką obfitość smutnych tematów życie mu dostarcza.
A kiedy mrok zapadnie, i tak zwana, „szara godzina“ nastanie, to z różnych pokoi, pokoików i skrytek szlacheckiego dworku, wychodzą wszyscy jego mieszkańcy i obsiadają ów komin szanowny, który w danej chwili staje się prawdziwem ogniskiem... domowego ogniska.
Dziadek z białym jak mleko wąsem, babka w piramidalnym czepku ze szlarkami, gospodyni domu z niedostępnemi kluczami u pasa, zadumany gospodarz, dzieci, wszyscy przychodzą do ognia.
Nawet wyżeł faworyt, któremu w sekrecie przed panią wolno niekiedy nawet na kanapie sypiać, rozkłada się przed ogniem w malowniczej pozie, i patrząc po obecnych rozumnemi oczami, zdaje się słuchać z zajęciem rozmowy domowników.
Przeszkadza mu w tem zatrudnieniu dwuletni Janek, który w braku lepszego zajęcia, usiłuje koniecznie z psiego ogona misterne kółko zrobić. Nie gniewa się jednak o te figle stare psisko, lubi on bardzo dzieci, a gdy mu nadto mały psotnik dokuczy, przenosi się na inne miejsce, i znów się rozkłada wygodnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Raz podczas takiej szarej godziny, z zajęciem słuchałem opowiadania dziadka prawiącego różne ciekawe rzeczy o dawnych czasach, o ówczesnem życiu, stosunkach rodzinnych, smutkach i radościach.
Był to ulubiony temat staruszka.
Zawsze chętnie do niego powracał, zawsze dowodził, że my współcześni nic nie umiemy, nie znamy się na niczem, że niepotrafimy żyć, cierpieć i kochać jak dawniejsi ludzie.
Zwyczajnie jak stary.. Jemu już inaczej słońce świeci, dla niego dzisiejsze róże mniej pachną — on żyje tylko przeszłością i wspomnieniami.
Sześcioletni Józio, jeden z licznych wnuków dziadunia, pełnił obowiązki wielkiego czubukczego; nakładał a nakładał fajki, jedna po drugiej, a dziadek ćmił, otaczając się taką chmurą dymu, iż zpoza niego siwa głowa staruszka wyglądała jak blednący księżyc we mgłach letniego poranku.
Dziadek prawił, staroświecki zegar gdański gdakał, a kiedy zaczął szóstą wydzwaniać godzinę, to tak zgrzytał, tak stękał, tak bolał, iż zdawało się, że już siódmej nie będzie w stanie wydzwonić.
Ale gdzie tam! dzwoni on po dzień dzisiejszy, tylko piszczy bardziej, tylko głos mu ochrypł. Wielki klucz od spichrza przyczepiony do wagi, jest dla niego tem czem kosztur dla zgarbionego starca. Dzwoni, dzwoni ten zegar, niegdyś arcydzieło gdańskiego kunsztu, a w przyszłości ozdoba pociejowskich składów, tego cmentarzyska wszelkich pamiątek i dawnych rupieci.
Tego wieczoru dziadek był w bardzo dobrym humorze, rozmawiał z ożywieniem, a że się jakoś o Dębskich zgadało, więc starowina różne gałęzie tego rodu wyliczać zaczął; przypomniał że jeden z nich Michał, czy Tomasz, rotmistrzem był przed laty, i że miał dziwnie romantyczne przygody. Właśnie ex re Dębskich dziadek opowiadać zaczął, że kasztelanka jakaś, której nazwiska nie pomnę, kasztelanka piękna i bogata, nie zważając na ciężki gniew rodzica, na perswazye braci i całej rodziny, pokryjomu wyszła za tego ubogiego rotmistrza, który za całe mienie miał mundur, pałasz i konia kasztana, i to dychawicznego podobno.
Pewnej, ma się rozumieć ciemnej nocy, kiedy przychylne chmury zasłoniły księżyc i gwiazdy zupełnie, piękna panna pocichutku wymknęła się z zamku, zaledwie mały węzełek z rzeczami za całą wyprawę wziąwszy — i z bijącem serduszkiem opuściła progi ojcowskie.
Dziadek twierdził, że w owe czasy miłość dokazywała cudów.
Rotmistrz w pierwszej wiosce za przewozem oczekiwał, a kiedy ranek się zrobił, w ustronnym kościołku ślub z ukochaną wziąwszy, wózka sobie od kogoś pożyczył, a dychawicznego do niego zaprzągłszy, w świat szeroki ze skarbem swoim uciekał.
Nie łatwo mu to było, mówił dziadek, raz że jako się wyżej powiedziało, kasztan miał defekt, a powtóre, że całe życie pod siodłem chodząc, a wstręt wrodzony do chomąta czując, zaczął dęba stawać i wierzgać tak, że o mało dryndulki na mak drobny nie pogruchotał.
Wyprowadzili go przecież chłopi na drogę, a rotmistrz, ostrogi na bicz zamieniwszy, popędził dychawicznego po szerokim gościńcu i zniknął w obłokach kurzawy.
A miał też przed kim uciekać, bo skoro słońce wstało, nieobecność panny w zamku spostrzeżono i niedługo potem dwaj kasztelanice na dzielnych arabach, kilku jezdnych przy sobie mając, już się w pogoń puścili.
A pędzili jak wicher, że aż piana z koni bryzgała, ziemia dudniła a słup kurzu aż do nieba się wznosił.
Ale rotmistrz nie w ciemię był bity, nie uciekał gościńcem, gdyż wiedział, że na drodze pogoni nie ujdzie, więc też dojechawszy do lasu, skręcił w boczną drożynkę, i w gąszcz okrutny wjechał.
Przedarłszy się przez gęstwinę, manowcami, o mil kilka dryndulę zatrzymał i bnstwo swoje z niej wysadził.
Tak się to odbywało wesele kasztelanki. W gęstwinie leśnej, pod dębem rozłożystym, usiadła zapłakana panna młoda, a rotmistrz klęczał