Strona:Klemens Junosza - Na szarej jesieni.djvu/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozpłakała się deszczem szara jesień.
Może żal jej było kwiatków zwiędłych, opadłych listków i wesołego ptactwa, które do cieplejszych krajów uciekło.
Drogi nie do przebycia, niebo szare, ołowiane, wioski tonące w błocie, cały krajobraz smutny, do posępnych dumań usposabiał.
Deszcz nie padał kroplami dużemi jak w lecie, ale mżył drobniuteńki, a mżył tak już przez trzy dni i zdawało się, że jeszcze z tydzień padać będzie.
Na dziedzińcu pusto było, pies się tulił pod gankiem, bydło niechętnie wychodziło na pole, a pomysłowy pastuszek włożył worek na głowę w tym samym celu, w jakim miejski elegant otwiera jedwabny parasol.
Najnudniejsza to pora w całym roku ta jesień, pozbawiona pięknych przymiotów lata, a nie będąca jeszcze zimą w całej pełni. Podczas niej mieszkaniec miasta ucieka do resurs lub teatrów, gdzie się bawi gazetą lub rozmową, ze znajomymi spotka, pogawędzi, pogwarzy.
Wieśniak natomiast rozpala duży ogień na kominku i oddaje się medytacyom, do których