Strona:Klemens Junosza - Na szarej jesieni.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nęła ze łzami, a indyki cioci Michałowej miały by inną opiekę. Nie spisz pan jeszcze?
— Co też pani mówisz!
— No kiedy pan nie spisz to posłuchaj jeszcze dalej. Powiadasz żem zapalona gospodyni. Przy herbacie dałeś mi kilka złośliwych przycinków, że myśl moja nie wybiega nigdy ze sfery tych płaskich, poziomych zatrudnień kobiecego gospodarstwa. Gorszyłeś się tem że instygowałam na psa który zepsuł słoninę... O panie! gdybyś wiedział, że są ludzie, którzy potrzebują się czemś zająć, czemś ogłuszyć, niedziwiłbyś się temu. Ja muszę, ja potrzebuję wykrzyczyć się, wydeptać przez dzień cały oszołomić tym gwarem kuchni czeladniej spiżarni, kredensu... muszę dla tego, żebym zmęczona całodziennem dreptaniem, jak kamień padła na łóżko, żebym zasnęła, nie myślała, nie wywoływała tych wspomnień tak drogich, a tak bolesnych zarazem. Patrz pan jak ta głownia w kominie goreje żywym płomieniem, jak płonie, jaśnieje blaskiem, jak trzaska;... za chwilę będzie z niej garść popiołu, węgiel czarny, a potem wiatr rozwieje jej resztki, które z dymem nie uleciały ku niebu. Ja sobie wyobrażam, że dusza moja to dym, że ona, lekka jak obłok, do obłoków dąży, a to ciało nędzne, zbolałe, tuła się tu po ziemi, jak węgiel czarny, bez życia, bez blasku.. Jam starą panną mój panie. Wy, co tam w dużych miastach mieszkacie, wy co piszecie gazety, a w nich powiastki różne, bierzecie ze starych panien wzorki zabawne i śmieszne. Niejedna szczęśliwa matka, czytając w wolnej chwili prace wasze, a natrafiwszy na obrazek panny starej, pomyśli: Aha! to ciotka Apolonja, albo Kordula, ale nikomu na myśl nie przyjdzie że to żyjąca boleść, że to smutek nieprzebrany, a może ofiara losu.
Przepraszam pana, natrajkotałam tak dużo, ale wybacz, to ogólna słabość starych panien; to jakaś nieszczęśliwa potrzeba wynurzenia się, wywnętrzenia, potrzeba jak by spowiedzi, jak by wyznania. Bo jak się tak wygadam przed kim o moim smutku, o mojej tęsknocie, o złamanem życiu, to zdaje mi się że ten ktoś już wspólnie ze mną ciężar dźwiga, że mi lżej, że mi kamień spadł z serca chwilowo.
Oparła rękę na dłoni i zamyśliła się smutnie.
Chciałem zaś powiedzieć, chciałem rzec jej kilka słów pociechy i współczucia, lecz ona zerwała się nagle, wyprostowała i jakby przypominając sobie coś zawołała.
— Panie, panie! co ja robię? ja gadam tu, gadam, a bułki w piecu przypalą się! Mój Boże! Mój Boże! pewnie Magda zasnęła, a mówiłam: pamiętaj Magdusiu, nie śpij jeżeli w Boga wierzysz; bo wszystko będzie na nic!
I wybiegła, nie usłyszawszy odemnie ani słowa żalu i współczucia, wybiegła, bo bułki mogły się przypalić.
Gdański zegar już północ wyskrzypiał, wyjęczał, a jam chodził jeszcze po sali słuchając monotonnego gdakania tego antyka.
I rozpamiętywałem w myśli losy tej męczennnicy cichej tej śmiesznej starej panny, roznoszącej do koła woń kamfory i ziół aromatycznych.
Kiedym spojrzał na nią po raz pierwszy zdawało mi się że ją wiecznie zęby bolą. Nie — ją serce bolało, tym bólem ciągłym, nieustannym, co jak się raz zacznie, to już nie mija nigdy i wiecznie trapi, wiecznie męczy, póki najlepszy lekarz, śmierć tego bolu nie ukoi i nie ułagodzi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Kiedy na drugi dzień całe towarzystwo zgromadziło się przy śniadaniu, panna Apolonja tak była zajęta nalewaniem kawy, opowiadaniem o różnych najświeższych wydarzeniach folwarcznych, że niktby nie przypuścił że jej myśl, jej serce bywa czem innem zajęte.
Wróciła już do swoich obowiązków, do owego deptaka, w którym się przez dzień cały bez ustanku kręci.
Powtórzyła się historja Kurty, iż za łagodnie ukarany został, że go to uzuchwali i ośmieli do dalszych inwazyj. Zawiązał się spór gorący z gospodarzem domu, który znowu, jak obrońca w apelacyi, usprawiedliwiał Kurtę i wszelkie jego szelmostwa.
Ja śpieszyłem już do Warszawy do zwykłych zatrudnień, a trójka spasłych kasztanów oczekiwała przed gankiem, aby odtrasportować mnie i moje losy do najbliższej stacyi kolei.
Pełen staroświeckiej grzeczności dziadunio, w szaraczkowiej bekieszy, która mu za szlafrok służyła, wyszedł z nieodstępną fajeczkę, aby mnie pożegnać.
Zabawni są ci starzy ludzie ze swoją grzecznością dla młodych, pomimo że młodzi dla sędziwych nawet uprzejmymi nie są...
— Dziadziu, dobrodzieju kochany — zapytałem staruszka, nie dokończył dziadunio tej historyi ciekawej o rotmistrzu.
Roześmiał się starowina.
— Mój kochany — rzekł — ty myślisz, że to nam tak łatwo gadać, jak wam jakie głupstwo napisać. To trzeba wygodnie zasiąść sobie przy kominku, fajeczkę zapalić, w ogień patrzyć, to się i mózg rozgrzeje i myśli za płomieniem tak jakoś same pobiegną w przeszłość, jak gdyby tam znajdowały to ciepło ożywcze, które ze krwi stygnącej ucieka... Ale to u was młodych fiu fiu w głowie! wszystko prędko, wszystko na gwałt — każdy zajęty i każdy się spieszy i wszyscyście biedni. Myśmy się nie spieszyli a dukacików w sepecie zawsze się trochę znalazło...
— To też, mój dziaduniu choć trochę, choć w ogólnych zarysach, niech dziadzio dokończy.
— No a na czemże ja to stanąłem.
— A na tem, jak bracia rzucili się na spiącego rotmistrza i postronkami krępować go zaczęli,