Na pogrzebie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Na pogrzebie
Pochodzenie Pisma I.
Obrazki powieściowe
Data wydania 1896
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA POGRZEBIE.

I.

Tu panie chojary były w tym lesie ha! — prawił dalej Marcinek. Ale naprzód ciął pan, teraz zydy z Kałusyna tną a tną, az jęcy.
Nagle bryczka pochyliła się nad rowem, obaj uchwyciliśmy się przeciwnego jej boku, konie stanęły, Marcinek umilkł, zeskoczył w kałużę i po chwili szepnął smutnie:
— Oś pękła.
A niebo, jak gdyby rozczulone naszym losem, tak rzewnemi zapłakało łzami, że aż konie parsknęły, a my wtuliliśmy uszy w podniesione kołnierze paltotów. Tylko Marcinek, nieczuły na spływające mu po nosie krople deszczu, badał spokojnie złamaną oś i liczył w duszy złotówki, które za nową będą musieli zapłacić... »poćciwi panowie«.
— Ha, »nieszczęście jest wielkością człowieka na ziemi« — mówi poeta, rzekłem wesoło do mojego towarzysza, który już zaczął sykać w tej wrześniowej kąpieli; dziękujmy więc losowi, że nam dał przynajmniej taką sposobność odznaczenia się. Osi nie naprawimy, bez niej nie dojedziemy, a wieś blisko; niech więc Marcinek zostanie przy bryczce, my zaś dopełnijmy miary naszych wyższych przeznaczeń i powędrujmy pieszo.
Bez długiego namysłu plusnęliśmy w błoto, które nam aż po oczy bryznęło, i wybierając najtwardsze miejsca, podążyliśmy ku wiosce, leżącej tuż za lasem, podczas gdy nasz woźnica stanął stoicko pod przydrożną sosną. Humor studencki zdolny jest nawet niebo wypogodzić. To też spojrzawszy na nas brnących wesoło po błocie i zmokniętych, rozjaśniło się ono nieco i zaczęło mżyć delikatnie.
— Brr! potoniemy jak wojsko faraonowe w tem morzu — zawołał wreszcie mój kolega — i nie dostaniemy się do wsi.
— Odwagi Józiu — odrzekłem rozśmieszony – przodkowie nasi nie takie morza przepływali.
— Na koniach!
— Masz słuszność, szkoda, żeśmy nie odprzęgli naszych rumaków i nie puścili się na nich. Ale mniejsza... jesteśmy już prawie u celu.
— Czy ty myślisz — rzekł Józef — że nam bryczkę zaraz naprawią i zdążymy na szóstą do stacyi? Już po czwartej, a chłop, zanim coś poradzi, potrzebuje na podrapanie się w głowę z pół godziny.
— To zanocujemy.
— Klepkę chyba z głowy zgubiłeś — zawołał mój towarzysz, spojrzawszy na mnie zdziwiony.
— Opatrz swoją braciszku i powiedz mi, co w tem byłoby tak strasznego? Jeżeli dziś nie przyjedziemy do Warszawy a jutro opuścimy cztery godziny mądrości, wydrukowanej w podręcznikach przed trzydziestu laty...
— Ależ nocować w dziurawej stodole lub zatęchłej chałupie razem z prosiętami!...
— Czemu nie? Spróbujemy tych wygód spania przez sześć godzin, których tylu ludzi kosztuje przez całe życie.
— Lubię demokracyę — mruknął Józef — o ile ją mój nos znosi.
— I jabym ją nosem oceniał, gdybym miał ogon, którym mógłbym na arystokratyczną woń pokręcić.
Przygryzek był ostry, rozgrzeszała go jednak dawna nasza przyjaźń. Mimo to kolega mój, wykołysany w dostatku pieszczoch losu, szedł chmurny i rozdrażniony myślą noclegu w nędznej wiosczynie, którą obecny właściciel, gdyby mu subhastacya nie była przeszkodziła, miał przechrzcić na Sans souçi, a którą jego dziad przezwał poprostu Przytykiem.
Do mizernego dworku, na którego starym i prostym zrębie powyskakiwały jakieś nowe, cudaczne wieżyczki, prowadziła kiedyś gęsta, a dziś poszczerbiona aleja, załamująca się i przedłużająca gościńcem, przy którym stanęły w długim szeregu chaty włościańskie. Jakkolwiek przeczuwałem, że dziedzic Sans souçi niema w swem gospodarstwie ani jednej całej osi i ani jednej gościnnej kołdry, dla rozczarowania wszakże mego arystokratycznego kolegi spytałem przechodzącego parobka:
— Pan w domu?
— Ale, gdzieby! — odrzekł, ruszywszy ramionami, jak gdybym go zagadnął, czy wiatr, który mu wczoraj czapkę zrzucił, wieje jeszcze na polu.
— Wyjechał?
— Jeździ — pono teraz ogląda gdzieś bazianty.
— Macie bażantarnię?
— Bogać tam!
— A bryczkę?
— Juści była, ale jak raz zawadził, tak posła!!
— Przenocować we dworze nie można?
— Pokojów jest dosyć, ale zeby tak posłania, nie widziołem. Siedzi tam juz dwa dni Aron i ceka na pana, to musi sobie łokieć pod łeb podłozyć i tak się przespać.
— Dobrze mu tak — pomyślałem — bo to on pewnie, zahipotekowawszy swoją należność na Przytyku, nie chciał, ażeby tę wioskę przezwano Sans souçi.
Doszliśmy do pierwszej chałupy.
— Czy tu myślisz dostać bryczki? — zapytał ironicznie Józef.
— Zajdźmy — jakiś płacz słychać.
— Pewnie pijany Maciej wrócił z jarmarku i częstuje dzieci kułakami.
Wązkie opłotki chrustowe łączyły z gościńcem zapadniętą i nadwyrężoną chatę, do której przytulił się mały, kałużą otoczony chlewek. Z pod zniszczonej słomianej strzechy wyglądało małe okienko, jak ślepe oko żebraka z pod zlepionych brudem włosów. Ściekające z dachu krople deszczu spadały jak łzy nędzy, błagającej o litość. Na progu siedziało troje obdartych i zabrudzonych dzieci, które szlochały lub krzyczały przeraźliwie. Najstarsza dziewczynka lat siedmiu okryła się przynajmniej zszarzaną chustką, młodsza zarzuciła na głowę fartuch, ale dwuletni z siną twarzą chłopczyna miał na sobie tylko koszulę, przez której długi rozpór na piersiach ukazywała się pręga latem spalonego na słońcu, a teraz zmoczonego na deszczu ciała.
— Co to wam? — spytałem łagodnie.
Przestały płakać, ale nic nie odrzekły. Józef został na dworze, ja zaś przestąpiłem próg i o mało nie runąłem w zapadłej sieni, w której czuć było wyziewy obory. Na lewo znajdowały się drzwi do izby, uchyliłem je lekko. Cisza.
— Gospodarz w domu?
Nikt się nie odezwał. Wszedłem. Niewielką izbę zalegał mrok, słabo rozjaśniony światłem drobnego i do połowy zaklejonego okienka. Przyjrzawszy się jednak uważniej, spostrzegłem kilka zwykłych sprzętów, kilka zczerniałych obrazów, za którymi tkwiły pęki ziół i świeca woskowa, wreszcie łóżko, a na niem wychudłą, starym kożuchem okrytą kobietę. Gdym się wpatrywał w jej trupią twarz, nagle coś poderwało się pod mojemi nogami. Odskoczyłem strwożony — było to leżące i do łóżka przywiązane cielę. Kobieta ani drgnęła; domyśliłem się więc odrazu, że musiała to być zmarła matka płaczących dzieci. Uczułem nieprzyjemny dreszcz; cofnąłem się ku drzwiom, gdy w tem znowu rozległ się płacz przed domem. Wybiegłem. Przy płocie, przytykającym do chlewka, stały dzieci zalane łzami. Najstarsza dziewczynka, wspięta na palcach, spoglądała za płot. Zbliżyłem się i ku wielkiemu zdumieniu ujrzałem tuż za nim świeży dół, z którego dna podstarzały już wieśniak wyrzucał na wierzch ziemię. Miałżeby to być grób dla umarłej kobiety?
— Co wy robicie? — zawołałem.
Wieśniak wyprostował się, popatrzał na mnie surowo i odrzekł:
— Rozgrzewam się.
— Tu myślicie żonę pochować?
— E, co tam panu do tego — mruknął, nie podniósłszy nawet oczu. Zatknął rydel, wyskoczył z dołu, wysunął żerdzie z jednej części płotu, zdjął z kołka postronki i wszedł do domu.
— Oszalał! — szepnąłem do Józefa, który zdala był niemym świadkiem tej sceny. Poszedł po żonę, trup leży w izbie.
— Zwierzę — rzekł mój kolega wzgardliwie.
Serce mi bić zaczęło przyspieszonem tętnem. Utkwiliśmy obaj oczy we drzwiach chaty, oczekując niespokojnie jakiegoś strasznego widoku. Wieśniak długo nie wychodził. Od czasu do czasu tylko słychać było głuche stukania, jak gdyby coś przewracał. Nareszcie ukazał się w cieniu sieni, okręcony postronkami, na których ciągnął z wysiłkiem poza sobą jakąś białą masę. Dźwignąwszy ją na progu, szarpnął gwałtownie i wywlókł na podwórze białą, nieżywą... krowę.
Co to miało znaczyć?
Dzieci wybuchnęły gwałtownym płaczem.
— Papierucha! papierucha! — wołało dwoje starszych rozpaczliwie.
Wieśniak nie zatrzymując się, przeciągnął krowę za płot, odwiązał postronki, zepchnął ją do dołu śród krzyków dzieci i popatrzywszy smutnie, usiadł zmęczony na stercie piasku.
— To nie moja zona — ale ich matka — rzekł do nas, wskazując na dzieci. Wszystkie wykarmiła. Płaccie, płaccie, bo ona wam juz mlika nie da.
Dzieci odpowiedziały tak serdecznem łkaniem, że i ja poczułem łzy w oczach.
— Bieda — mówił dalej — chłopska bieda. Zona rok juz umiera i dźwignąć się nie moze, śtery morgi piasku dosyć chleba nie urodzą, ot ta poćciwina nam pomagała. Jakem drugiej dopozycył, to i ziarno zwiozła i pole zorała i jesce dzieciom mleka dała. Ha, wola boza. Zdechniemy i my, jak ona zdechła!
— Cóż jest waszej żonie? — spytałem.
— A bom ja doktór? Chłop nie pan, zeby wiedzioł, na co umiera. Choruje i choruje. Lekarka z Podborza mówi, ze to kołtun, a u nas jest baba, co gada, ze to wole. Słabowała tu kobieta, zwieźli felcera, dał lekarstwo, udzielili kapkę, napiła się, ale gdzie tam? Pokrzywiło i trzyma, a umrzeć nie daje. Jakby raz skońcyła, toby skońcyła, a tak... Boze bądź miłościw. O, moja biedna papierucha — zawołał głęboko wzruszony, patrząc w dół — gdybyś ty... Ha!
Porwał się, chwycił rydel i począł dół zasypywać. Każda garść ziemi spadała z wzrastającym płaczem dzieci.
— Papierucha! papierucha! — wołały one ustawicznie.
Skończył się wreszcie ten dziwny pogrzeb.
— Nie płacta małe — krzyknął ojciec — mamy od niej jałoskę.
Dziwnie mi się zrobiło w tej chwili. Doznałem nieopisanego pragnienia pomódz biedakowi, ale chuda sakiewka studencka nie pozwalała na sowite wsparcie. Trudno, co można!
— Przyjmijcie odemnie gospodarzu 10 rubli — rzekłem zakłopotany — tyle tylko wam dać mogę.
Poczciwy Józio nie pozostał obojętnym i on dołożył tyleż do mojej ofiary.
Wieśniak wziął pieniądze, popatrzał na nas zdziwiony, zdjął czapkę; chciał coś przemówić, ale tylko usta mu zadrgały, a z oczu polały się strumienie łez.
Odwróciłem się od tego przykrego widoku. Za nami stał Marcinek.
— Jest oś! — rzekł tryumfująco.
Zanim wieśniak, trzymający w ręce nasze ruble, zdołał przemówić, myśmy już siedzieli na bryczce i ruszyli do stacyi.
— Tak, nieszczęście jest wielkością człowieka na ziemi — rzekł Józef w zamyśleniu.
Obejrzałem się.
Wieśniak stał ciągle z odkrytą głową, wreszcie podniósł czapkę i coś zawołał.
Turkot bryczki jednak nie pozwolił nam jego głosu dosłyszeć.
Nazajutrz poszedłem do uniwersytetu. Pierwsza prelekcya już się rozpoczęła. Gdym wchodził do auditorium, usłyszałem jak profesor ekonomii politycznej wymawiał zdanie: »Prosty wieśniak jest dla tego od nas szczęśliwszy, że mając mniejsze potrzeby, doznaje mniejszych cierpień...«
W tej chwili Józio spojrzał na mnie i uśmiechnął się smutnie.


II.

— Panowie daleko jedziecie? — spytał częstując papierosami, nasz dziwnie wesoły towarzysz, który przez godzinę wspólnej podróży w jednym wagonie zdołał nam opowiedzieć dużo swoich szczęśliwych zakładów na wyścigach.
— Do Otwocka.
— A, to wysiadamy razem.
— Ale my jeszcze trzy mile końmi.
— Dokądże?
— Do Owsianek, majątku rodziców mojego kolegi.
— Zatem mam przyjemność spotkać pana Gołębskiego — rzekł nieznajomy, zwracając się do Józefa. Jestem niemal pańskim sąsiadem — Wilkołyski.
Nastąpiły wzajemne ukłony i zapewnienia, że nam wszystkim trzem było »bardzo przyjemnie«. Jakkolwiek o panu Wilkołyskim słyszałem dość często i dość wiele, bawiąc jednak zaledwie przez kilka tygodni podczas wakacyj w domu państwa Gołębskich, nie miałem sposobności a wreszcie i chęci go poznać. Właściwie nawet zapomniałbym zupełnie o jego istnieniu, gdyby nie nasza przygoda z osią w Przytyku.
— Długo panowie zostajecie jeszcze w uniwersytecie?
— Skończyliśmy już kursa i jedziemy odpocząć — odpowiedział Józef.
— A powinszować, powinszować — zawołał Wilkołyski i uścisnął nam ręce.
Lokomotywa gwizdnęła, dojeżdżaliśmy do stacyi.
— Kochany sąsiad — rzekł ujmująco nasz znajomy do Józefa — nie odmówi mi wraz ze swym kolegą wielkiej przyjemności. Jest już wieczór, ciemno, macie panowie trzy mile do domu, zanocujecie u mnie — zgoda?
Daremnie w ścisłem ze mną przymierzu Józef wymawiał się od tych zaprosin. Wilkołyski umiał tak nas skruszyć swemi serdecznościami, że musieliśmy uledz.
— Zróbcie to — mówił — dla człowieka, który was szczerze pokochał i który również niedawno opuścił ławę uniwersytecką.
— Gdzie pan kończył? — zagadnął Józef.
— Spytaj pan, gdzie nie kończyłem! — odparł Wilkołyski, chwycił oba nasze tłomoczki, a gdy drzwi od wagonu otwarto, podał je posługaczowi kolejowemu.
— Wysiedliśmy. Marcinek, stale najmowany furman Józefa, spostrzegłszy nas, podbiegł, zdjął czapkę i kłaniając się, rzekł do mnie wesoło:
— Dziś juz panie mamy oś jak mur. Wziąnem nowiusieńką, jesce niesmarowaną.
— Dobrze, mój Marcinku, ale nie pojedziemy.
— Cemu? — zawołał zdziwiony.
— Bo pan Wilkołyski zaprosił na noc.
— E — cmoknął Marcinek — djabli skarali z takim noclegiem. A tozby się panowie na bryce lepiej przespać mogli. W Przytyku wróble juz gniazd nie ścielą, niema nawet cem zęba wykłuć.
— Nie rezonuj — oburknął się Józef — i idź do koni.
— Nie wiem co państwo na to powiedzą — mruknął Marcinek i oddalił się.
Przeszliśmy kwaśni na drugą stronę dworca, szukając Wilkołyskiego. Dostrzegłem go zdala, dającego przyciszonym głosem jakieś napomnienia młodemu chłopcu w poszarpanej liberyi furmańskiej.
— A pamiętaj, jak masz odpowiedzieć — rzekł do niego odchodząc.
Wysoka, barczysta jego postać rysowała się wspaniale na tle nocy, rozjaśnionej światłem kolejowej latarni. W ruchach, w podniesieniu głowy, w starannem ubraniu, znać było pana i człowieka, który nie potrzebował rozpierać tłumu kułakami dla wolnego przejścia, bo tłum sam przed nim się usuwał. Przy blasku dnia Wilkołyski mógł mieć lat czterdzieści, ale gdy pod cieniem wieczoru znikły lekkie zmarszczki i brodawki jego bladej, prawidłowej, czarnym wąsem ozdobionej twarzy, wyglądał na świeżo dojrzałego mężczyznę, który zaczął dopiero kosztować życia.
— Trzeba przyznać, że obywatel ten ma fason — rzekł Józef, odczuwający zawsze towarzyską wytworność.
— Dla krawców pociecha — wtrąciłem.
— Jesteście panowie — zawołał Wilkołyski — no, jedziemy! Grzegorzu, Grzegorzu!
— Co jaśnie pan każe? — odezwał się posługacz kolejowy.
— Kuferki nasze są już w powozie?
— Wszystkie.
— Zatem, siadajmy.
— Marcinek za nami! — krzyknął Józef i ruszyliśmy do stojącego w głębi pod drzewami powozu, który okazał się malutkim, starym, niemiłosiernie poturbowanem wolantem. Tłomoczki nasze zajęły całe jego wnętrze, z poprutych poduszek ceratowych sterczały grochowiny, a nadto podziurawione pudło chwiało się za najmniejszem dotknięciem. Na szczęście tę rozbitą skorupę miały ciągnąć dwa wysokie i chude konie, od których nie można było się spodziewać zbytniego zapału.
— A ty psubracie, czem przyjechałeś? — krzyknął na furmana Wilkołyski, założywszy binokle i przypatrzywszy się bacznie swemu ekwipażowi.
— Proszę jaśnie pana wszystkie cugowe oberwały się wczoraj z kantarów i jak wpadły na płoty, tak sobie het pościerały nogi.
— A nie mogłeś zaprządz do powozu?
— Kiedy jaśnie pani kazała po siebie przysłać, a kareta za ciężka.
— To furman! Cztery konie okaleczył i jakiś grat tu przywlókł. Przepraszam panów — rzekł zwracając się do nas — za tego gapia i za niewygodę, na jaką mimowolnie narazić was muszę.
— Jedźmy bryczką Gołębskiego — wtrąciłem, podsuwając najszczęśliwsze rozwiązanie komedyi.
— Tak źle jeszcze nie jest — odparł Wilkołyski — przelecimy szybko.
Usiedliśmy z podkurczonemi i pomieszanemi nogami, jak na czułych szalkach równoważąc ciągle pochylenia wolanta.
— A trzymaj konie mocno — upominał Wilkołyski — żeby się nie zlękły i nie zbiegały.
One też, jak gdyby dla dogodzenia swemu panu, nie słuchały rzęsistych smagań furmana i nie dały nawet lekkim truchtem powodu do obawy. Za nami, gwiżdżąc sygnały pocztowe, jechał Marcinek, rozparty na swojej szerokiej bryce, którą Gołębski oszczędny gospodarz i wróg zbytku, zwykł był w porze roboczej wraz z końmi najmować dla przywiezienia syna. Ach, z jakąż tęsknotą zgnieciony i połamany na pańskim wolancie, oglądałem się za tym prostym, drobnoszlacheckim korabiem! Jedyną rozkoszą była piękna, wonna i orzeźwiająca noc lipcowa, która zlewała balsamy na wszystkie dolegliwości tortury podróżnej.
Długo milczeliśmy, wreszcie Wilkołyski chcąc zapewnie nas pocieszyć lepszą nadzieją, rzekł:
— Moje Sans souçi jest ustroniem skromnem, ale posiadam w niem coś, co, przynajmniej w naszej okolicy, jest rzadkością.
— Cóż takiego? — zapytałem.
— Zobaczycie panowie. Rozpocząłem niezwykłą u nas hodowlę, po której spodziewam się wielkich rezultatów. Nie przeczę, że dotąd jest to tylko rozrywka, ale rozrywka obiecująca poważną korzyść. Trudno, musimy wyjść z dotychczasowego deptaka gospodarczego, a raczej rozszerzyć jego koło dla dwu względów: dla przyjemności osobistej i dla podniesienia kultury. Proszę panów, mówmy szczerze: czy człowiek z wyższym umysłem może zadowolić się jednostajnem wychowywaniem bydła, koni, owiec i drobiu swojskiego, a przytem czy przemysł krajowy powinien się wiecznie kręcić na jednem miejscu? Wszystkie szlachetniejsze gatunki zwierząt: bobry, tumaki, wytępiliśmy, a nowych nie przyswajamy. Dlaczego Ameryka jedynie ma posiadać papugi, a Azya słonie? Dlaczego nasze lasy, pola, rzeki nie zapełnią się fauną innych stref? Na pytania te odpowiadano mi zawsze, żem poeta. Nie przeczę, bo do wszelkich śmiałych ruchów potrzeba nieco poezyi.
Wilkołyski mówił z takim zapałem i przekonaniem, że mnie ujął dla swych pomysłów wzbogacenia fauny krajowej. A, więc on na to rujnuje majątek i tem wyrabia sobie sławę szaławiły! — pomyślałem.
Zajęci tym przedmiotem, dojechaliśmy wreszcie do Przytyka. W miarę jak posuwaliśmy się w głąb wioski, rozmyślania moje nad hodowlą papug u nas ustępowały miejsca wspomnieniom dziwnego pogrzebu, którego byłem świadkiem minionej jesieni. W pamięci stanęły mi żywo dzieci płaczące nad grobem krowy, zrozpaczony wieśniak, chora jego żona. Zdala już upatrywałem znajomej chaty, którą pomimo ciemności rozpoznałem dokładnie. Na widok jej łza mi z serca się wycisnęła. Patrzyłem ciekawie, szukając oczyma jakiegoś znaku doli biedaków. Z okna błyskało światełko, na podwórzu jednak nie było nikogo, tylko przed domem stała poważnie czarna krowa obok młodej białej jałowicy.
— Patrz — krzyknąłem uradowany, szarpnąwszy Józefa za rękę — ma!
— Co pan takiego dostrzegłeś? — zapytał Wilkołyski.
Opowiedziałem mu nasze zdarzenie.
— No osądź pan teraz — rzekł — czy to są ludzie! Mąż nie płacze nad chorą żoną, dzieci nad matką, ale gdy im krowa zdechnie, wpadają w rozpacz.
Słuszności tego spostrzeżenia zaprzeczyć nie chciałem, więc umilkliśmy, tembardziej, że konie Wilkołyskiego, które na szczęście ani razu przez drogę się nie zlękły, poczuwszy bliskość stajni, pozwoliły sobie lekkiego truchta.
— Trzymaj mocno! trzymaj! — wołał na furmana dziedzic Przytyka.
Przy kilkakrotnem trzasku z bata zajechaliśmy przed dom. Na spotkanie nasze wysunął się tylko smukły z wieżyczką ganek, przez który, nabiwszy sobie kilka guzów w niskiej sieni, weszliśmy do pustego przedpokoju. Przy oknie, na którem paliła się mała łojowa świeczka, stał niemłody izraelita i kiwając się, mruczał wieczorną modlitwę. Spostrzegłszy nas skłonił się lekko i dalej szeptać począł, odwrócony plecami. Wilkołyski ujrzawszy go, poczerwieniał, ale rzekł z przymuszonym uśmiechem, wprowadzając nas do ciemnego pokoju.
— Tylko żyd i pies wiernie domu strzegą, ręczę panom długoletniem doświadczeniem. A ten stary arendarz jest tak do mnie przywiązany, że z pewnością w tej chwili za mnie się modli.
Zapaliwszy świecę, gospodarz przeprosił nas i wyszedł do niewidzialnej służby. Owocem tej wyprawy była herbata, chleb z masłem i spodeczek konfitur.
— Po kawalersku, panowie, po kawalersku. Kto nie ma żony, nie ma kuchni.
Wyznam, że nigdy mi cudze kawalerstwo mniej nie smakowało. Byłem tak głodny, jak Ugolino i omal nie zacząłem ogryzać własnych palców. Jakkolwiek Wilkołyski upewniał nas, że wegetaryanizm jest najdobroczynniejszym w jedzeniach wieczornych, że świeże powietrze dziwnie go zasyca, nie zauważył jednak widocznie w nas wyznawców swojej hygieny, bo poradził, ażebyśmy po trudach podróży udali się wcześnie na spoczynek. Życząc przyjemnych marzeń, powiódł nas przez pustą izbę do trzeciego pokoiku i na progu pożegnał. W sypialni stały dwa stare, na czerwono pomalowane łóżka. Zbliżywszy się do jednego z nich, spostrzegłem brudną niepowleczoną pierzynę, położoną zamiast materaca na kilku poprzecznie przeciągniętych sznurach, na niej wykropkowaną przez muchy, pająki i pchły poduszkę, a do okrycia zwykłą końską derę. Z pościeli tej wydobywała się mocna woń kuchni i stajni. Stanąłem z załamanemi rękami nad tem gniazdem, w którem los mi niewinnie kazał całą noc przespać. Obejrzałem się — Józef dumał również zgnębiony nad podobnem łożem.
— Wpadliśmy — co? — rzekł z uśmiechem.
— Podobno lepsza chłopska stodoła, której się tak obawiałeś.
W tej chwili wszedł do pokoju zaspany parobek, niosąc nam dzban wody i miskę.
— Mój przyjacielu — odezwał się Józef — pamiętajcie tam o moich koniach.
— A dyć, pamiętać by się pamiętało, ale kiej Aron, jak zabrał ostatnie dwa cugowe konie, tak teraz wszyćko wywozi. Niema ani garści owsa.
— Pięknie ten żyd za niego się modli — rzekłem po odejściu służącego.
Zarzuciwszy na brudną pościel surduty, okryci paltotami, położyliśmy się spać. Zaledwie jednak przymrużyłem oczy, poczułem przebiegające mi po twarzy i rękach jakieś drobne żyjątka. Józef także syknął i zerwał się na równe nogi. Zapaliliśmy świecę: wszelkiego rodzaju domowe, nader obłaskawione owady roiły się na naszem posłaniu.
— A więc to pewnie hodowlę tych gatunków obiecał nam pokazać Wilkołyski — rzekł Józef. Mógłby je wytępić bez uszczerbku dla fauny krajowej.
Polowanie w łóżkach zajęło nas do brzasku dnia. Uzbroiwszy się w cierpliwość i tolerancyę, spróbowaliśmy znowu zasnąć. Na domiar jednak naszej niedoli w sąsiednim pokoju jakiś ptak zaczął takie wyprawiać harce, tak bić skrzydłami o ścianę, że w połączeniu z wędrówką owadów ciągle nas rozbudzał. Nareszcie zrobiła się cisza; robaczki nasyciły się, czy też złagodniały i my znużeni zapadliśmy w sen głęboki.
Zaledwie słońce zabłysło, zerwaliśmy się obaj, umyli, a że ręczników nie podano, otarliśmy się chustkami, czekając niecierpliwie wyjazdu. Przebyte cierpienia dostarczyły nam wątku do wesołej rozmowy, gdy nagle z sąsiedniego pokoju, w którym hałasował ów ptak, ryknął przeraźliwie Wilkołyski. Wbiegliśmy przerażeni: dziedzic Sans souçi, w bieliźnie i szlafroku, siny z gniewu, z rozrzuconemi włosami, zacisnąwszy pięście, krzyczał na bladą od strachu dziewkę.
— Uduszę cię, szelmo, pod bronę przywiążę, kołek w gardło zabić każę!
— Prosę jaśnie pana — tłómaczyła się dziewka — co ja winna, ze on przełknąć nie mógł.
— Coś ty winna zbrodniarko, a nie mogłaś podrobić!
Tu Wilkołyski uderzył ją kułakiem w twarz, porwał za kark i wrzucił do kuchni.
— Przepraszam panów — rzekł sapiąc wzburzony — ale co ta suka mi zrobiła! Zamierzyłem rozpocząć na wielką skalę hodowanie bażantów. Pojechałem aż nad granicę austryacką do hr. Potockiego, kupiłem za 15 rs. jedną samicę, przywiozłem ją przed dwoma tygodniami w klatce, pielęgnowałem jak dziecko, teraz znowu byłem w Skierniewicach dla kupienia samca, tymczasem ta kłoda dała wielkich klusek, bażant się udławił i zdechł. Widzicie teraz panowie, jak to z naszym ludem można wprowadzać do gospodarstwa nowe gatunki.
W tej chwili dopiero spostrzegłem na podłodze martwego bażanta, któremu z dzioba wyglądał koniec olbrzymiej kluski.
— Janie! — krzyknął Wilkołyski.
Przybiegł parobek.
— Rąbać mi tu zaraz podłogę, wykopać dół i pochować tego ptaka w pokoju, tak, w pokoju! Niech przynajmniej złodzieje wiedzą — rzekł po odejściu parobka — że to nie zwykła kura, którą się za płot wyrzuca.
Jan przyniósł siekierę i rydel, wyrąbał dziurę, zrobił mały grób i ze czcią złożył bażanta. Gdy go zasypywał, Wilkołyski westchnął głęboko wzruszony i rzekł filozoficznie:
— Ot, bądź bażantem śród podłego drobiu, zadławią cię prostą kluską.
Zachowawszy należne temu uroczystemu pogrzebowi milczenie, opuściliśmy cmętarz bez stypy. Nawet o wegetaryańskiem śniadaniu nie mogło być mowy. To też pożegnawszy gospodarza, który nas stokrotnie przeprosił za doznane przykrości, siedliśmy na bryczkę.
Wyjechawszy na drogę, spojrzeliśmy sobie z Józefem w oczy i parsknęli gwałtownym śmiechem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.