Strona:Pisma I (Aleksander Świętochowski).djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziś juz panie mamy oś jak mur. Wziąnem nowiusieńką, jesce niesmarowaną.
— Dobrze, mój Marcinku, ale nie pojedziemy.
— Cemu? — zawołał zdziwiony.
— Bo pan Wilkołyski zaprosił na noc.
— E — cmoknął Marcinek — djabli skarali z takim noclegiem. A tozby się panowie na bryce lepiej przespać mogli. W Przytyku wróble juz gniazd nie ścielą, niema nawet cem zęba wykłuć.
— Nie rezonuj — oburknął się Józef — i idź do koni.
— Nie wiem co państwo na to powiedzą — mruknął Marcinek i oddalił się.
Przeszliśmy kwaśni na drugą stronę dworca, szukając Wilkołyskiego. Dostrzegłem go zdala, dającego przyciszonym głosem jakieś napomnienia młodemu chłopcu w poszarpanej liberyi furmańskiej.
— A pamiętaj, jak masz odpowiedzieć — rzekł do niego odchodząc.
Wysoka, barczysta jego postać rysowała się wspaniale na tle nocy, rozjaśnionej światłem kolejowej latarni. W ruchach, w podniesieniu głowy, w starannem ubraniu, znać było pana i człowieka, który nie potrzebował rozpierać tłumu kułakami dla wolnego przejścia, bo tłum sam przed nim się usuwał. Przy blasku dnia Wilkołyski mógł mieć lat czterdzieści, ale gdy pod cieniem wieczoru znikły lekkie zmarszczki i brodawki jego bladej, prawidłowej, czarnym wąsem ozdo-