Strona:Pisma I (Aleksander Świętochowski).djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówi, ze to kołtun, a u nas jest baba, co gada, ze to wole. Słabowała tu kobieta, zwieźli felcera, dał lekarstwo, udzielili kapkę, napiła się, ale gdzie tam? Pokrzywiło i trzyma, a umrzeć nie daje. Jakby raz skońcyła, toby skońcyła, a tak... Boze bądź miłościw. O, moja biedna papierucha — zawołał głęboko wzruszony, patrząc w dół — gdybyś ty... Ha!
Porwał się, chwycił rydel i począł dół zasypywać. Każda garść ziemi spadała z wzrastającym płaczem dzieci.
— Papierucha! papierucha! — wołały one ustawicznie.
Skończył się wreszcie ten dziwny pogrzeb.
— Nie płacta małe — krzyknął ojciec — mamy od niej jałoskę.
Dziwnie mi się zrobiło w tej chwili. Doznałem nieopisanego pragnienia pomódz biedakowi, ale chuda sakiewka studencka nie pozwalała na sowite wsparcie. Trudno, co można!
— Przyjmijcie odemnie gospodarzu 10 rubli — rzekłem zakłopotany — tyle tylko wam dać mogę.
Poczciwy Józio nie pozostał obojętnym i on dołożył tyleż do mojej ofiary.
Wieśniak wziął pieniądze, popatrzał na nas zdziwiony, zdjął czapkę; chciał coś przemówić, ale tylko usta mu zadrgały, a z oczu polały się strumienie łez.
Odwróciłem się od tego przykrego widoku. Za nami stał Marcinek.