Strona:Pisma I (Aleksander Świętochowski).djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


osi i ani jednej gościnnej kołdry, dla rozczarowania wszakże mego arystokratycznego kolegi spytałem przechodzącego parobka:
— Pan w domu?
— Ale, gdzieby! — odrzekł, ruszywszy ramionami, jak gdybym go zagadnął, czy wiatr, który mu wczoraj czapkę zrzucił, wieje jeszcze na polu.
— Wyjechał?
— Jeździ — pono teraz ogląda gdzieś bazianty.
— Macie bażantarnię?
— Bogać tam!
— A bryczkę?
— Juści była, ale jak raz zawadził, tak posła!!
— Przenocować we dworze nie można?
— Pokojów jest dosyć, ale zeby tak posłania, nie widziołem. Siedzi tam juz dwa dni Aron i ceka na pana, to musi sobie łokieć pod łeb podłozyć i tak się przespać.
— Dobrze mu tak — pomyślałem — bo to on pewnie, zahipotekowawszy swoją należność na Przytyku, nie chciał, ażeby tę wioskę przezwano Sans souçi.
Doszliśmy do pierwszej chałupy.
— Czy tu myślisz dostać bryczki? — zapytał ironicznie Józef.
— Zajdźmy — jakiś płacz słychać.
— Pewnie pijany Maciej wrócił z jarmarku i częstuje dzieci kułakami.
Wązkie opłotki chrustowe łączyły z gościńcem za-