Strona:Pisma I (Aleksander Świętochowski).djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się wczoraj z kantarów i jak wpadły na płoty, tak sobie het pościerały nogi.
— A nie mogłeś zaprządz do powozu?
— Kiedy jaśnie pani kazała po siebie przysłać, a kareta za ciężka.
— To furman! Cztery konie okaleczył i jakiś grat tu przywlókł. Przepraszam panów — rzekł zwracając się do nas — za tego gapia i za niewygodę, na jaką mimowolnie narazić was muszę.
— Jedźmy bryczką Gołębskiego — wtrąciłem, podsuwając najszczęśliwsze rozwiązanie komedyi.
— Tak źle jeszcze nie jest — odparł Wilkołyski — przelecimy szybko.
Usiedliśmy z podkurczonemi i pomieszanemi nogami, jak na czułych szalkach równoważąc ciągle pochylenia wolanta.
— A trzymaj konie mocno — upominał Wilkołyski — żeby się nie zlękły i nie zbiegały.
One też, jak gdyby dla dogodzenia swemu panu, nie słuchały rzęsistych smagań furmana i nie dały nawet lekkim truchtem powodu do obawy. Za nami, gwiżdżąc sygnały pocztowe, jechał Marcinek, rozparty na swojej szerokiej bryce, którą Gołębski oszczędny gospodarz i wróg zbytku, zwykł był w porze roboczej wraz z końmi najmować dla przywiezienia syna. Ach, z jakąż tęsknotą zgnieciony i połamany na pańskim wolancie, oglądałem się za tym prostym, drobnoszlacheckim korabiem! Jedyną rozkoszą była piękna,