Strona:Pisma I (Aleksander Świętochowski).djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siny z gniewu, z rozrzuconemi włosami, zacisnąwszy pięście, krzyczał na bladą od strachu dziewkę.
— Uduszę cię, szelmo, pod bronę przywiążę, kołek w gardło zabić każę!
— Prosę jaśnie pana — tłómaczyła się dziewka — co ja winna, ze on przełknąć nie mógł.
— Coś ty winna zbrodniarko, a nie mogłaś podrobić!
Tu Wilkołyski uderzył ją kułakiem w twarz, porwał za kark i wrzucił do kuchni.
— Przepraszam panów — rzekł sapiąc wzburzony — ale co ta suka mi zrobiła! Zamierzyłem rozpocząć na wielką skalę hodowanie bażantów. Pojechałem aż nad granicę austryacką do hr. Potockiego, kupiłem za 15 rs. jedną samicę, przywiozłem ją przed dwoma tygodniami w klatce, pielęgnowałem jak dziecko, teraz znowu byłem w Skierniewicach dla kupienia samca, tymczasem ta kłoda dała wielkich klusek, bażant się udławił i zdechł. Widzicie teraz panowie, jak to z naszym ludem można wprowadzać do gospodarstwa nowe gatunki.
W tej chwili dopiero spostrzegłem na podłodze martwego bażanta, któremu z dzioba wyglądał koniec olbrzymiej kluski.
— Janie! — krzyknął Wilkołyski.
Przybiegł parobek.
— Rąbać mi tu zaraz podłogę, wykopać dół i pochować tego ptaka w pokoju, tak, w pokoju! Niech