Na gwiazdkę/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Na gwiazdkę
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
NA GWIAZDKĘ.
I.

Zbliżała się godzina wigilji. Ludzie pracowici z pośpiechem wykończali robotę, a ci, którzy ją już ukończyli, biegli na targi, aby za swój niewielki grosik kupić najtęższą rybę i największą ilość gruszek suszonych. W dniu dzisiejszym nawet mizerne śledzie dosięgły zenitu popularności, gospodynie były czerwone i mówiły dwa razy prędzej niż zwykle, a szynkarze płakali z radości.
Tylko pan Adam, młody i dość zamożny kawaler, dąsał się w swem mieszkaniu, opatrzonem przedpokojem i angielską zasuwką. Gniewało go to, że był dziś sam, chociaż, jako człowiek skłonny do marzeń, lubił zwykle samotność. Otrzymał on wprawdzie kilka zaprosin na świąteczną kolacją, ale czegoś zgrymasił. Zdawało mu się bowiem, że lepiej zostać w domu i czytać, aniżeli objadać się rzeczy tak niezdrowych, jak wszelkie ryby z szaremi i białemi sosami.
Nadmienić jednak wypada, że pan Adam z godną podziwu stałością przed samym sobą ukrywał powód niezadowolenia. Owszem, kilkanaście razy w ciągu godziny powtórzył: „Dobrze zrobiłem!“ a nawet pięścią w stół uderzył, zapewnie dla silniejszego zaakcentowania pochwały. Z tem wszystkiem nie mógł zapierać się tego, że jest rozdrażniony; od obiadu bowiem rozlegał mu się nad głową wielki szmer, pochodzący z tarcia maku, siekania migdałów i niezwykłej bieganiny na drugiem piętrze.
Katar żołądka i rozmaite przypadłości nerwowe są dziś tak modnemi chorobami, że pan Adam wcale się nie gniewał na swoje rozdrażnienie, które mu nawet pochlebiało, jako człowiekowi silnie zbudowanemu i prawie po chłopsku zdrowemu. Lecz gdy mrok zapadł, a na górze poczęto z hałasem ustawiać krzesła do wigilji, zrobiło mu się tak przykro, że schwyciwszy futro, wybiegł ze swego mieszkania, trzaskając przytem drzwiami w sposób, który nie odpowiadał najelementarniejszym zasadom zimnej krwi i eleganckich manier.
— Czyste utrapienie z temi średniowiecznemi zwyczajami! — mruczał, wałęsając się po ulicach.
W tej chwili samotność dokuczała mu bardziej aniżeli źle dobrane towarzystwo. Był człowiekiem, a wiadomo, że ułomna natura ludzka najgwałtowniej burzy się wobec ogólnej wesołości, w której nie przyjmuje udziału.
Ulice opustoszały tak, że ledwie gdzie niegdzie tylko słychać było szybkie kroki spóźnionego przechodnia, albo melancholiczne ziewanie milicjanta. Dźwięczące sanki przelatywały jak wicher, a ze wszystkich prawie okien rozlewały się łuny światła, na tle których silniejsza nieco wyobraźnia dostrzec mogła sylwetki prawowiernych, wlewających w siebie migdałową zupę, lub dławiących się kośćmi szczupaków i innych beznogich stworzeń boskich.
Zdarzyła się nawet taka chwila, że na całej ulicy, jak długa i szeroka, pan Adam widział tylko dwa szeregi latarń, siebie i jakiegoś drobnego łobuzinę, który z nieznanych powodów stawiał kroki większe niż sam i gwizdał tak głośno, jakgdyby w jego wytartym kubraku ukrywało się ze trzech ludzi pełnoletnich. Zastanawiające to dziecko biegło naprzód za panem Adamem, później przed nim, a wreszcie dostrzegłszy w rynsztoku wyborną, jego zdaniem, ślizgawkę, cofnęło się wtył, poślizgnęło stojący, z przyklęknięciem, następnie z przytupywaniem, a wkońcu gdzieś znikło.
Pan Adam, widząc to, pomyślał, że mały jego towarzysz prawdopodobnie nie robiłby grymasów, gdyby go zaproszono na wigilją. Owszem, należy sądzić, że przy okazji tej złożyłby dowody wielkiej przytomności umysłu i niepospolitego apetytu. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczności, takich jak on na żadne kolacje nie proszą.
W tej chwili, jednocześnie na obu końcach ulicy zadźwięczały janczary i ukazało się dwoje sań pędzących naprzeciw siebie. Jedne z nich wyminęły Adama i, o kilkadziesiąt kroków przed nim, w całym galopie zawadziły o drugie. Wnosząc z łoskotu, zdawało się, że uderzenie jest dość silne.
Do właściwości naszego miasta należy między innemi i to, że gdziekolwiek zdarzy się skandal, wnet przy nim znajdą się i widzowie, jakby z pod ziemi wyrośli. Pan Adam pewny był, że ulica jest pusta, a jednak doszedłszy do miejsca wypadku znalazł już kilkunastu spektatorów, z minami tak zadowolonemi, jakby tylko na to czekali.
Obraz był tragiczny. Dwoje sań zaczepionych o siebie stało wpoprzek ulicy, jeden koń upadł na wznak, drugi zaś, w sposób trudny do pojęcia, stał nad nim okrakiem, prawdopodobnie bardzo zdziwiony. Z sani pustych wyleciało na ulicę mnóstwo derek, słomy, powrozów i innych przedmiotów używanych w dorożkarskim kunszcie. W saniach pełnych siedziały dwie mocno opatulone damy, z których zapewnie starsza, upuściwszy na ziemię mufkę, głosem zakatarzonym i drżącym domagała się od Boga, aby jej duszę zbawił, nie oznaczając jednak bliżej czasu, w którym fakt ten miał nastąpić.
Ponieważ jeden z dorożkarzy wyleciał aż na środek ulicy, drugi więc podniósł go czem prędzej. Potem obaj zdjęli okraczonego konia, podźwignęli jego towarzysza, który wzdychał zapewnie nad zaślepieniem ludzkiem, a wreszcie pochwyciwszy baty, zaczęli nawzajem z wielkim impetem obijać sobie różne części półurzędowych uniformów, jednocząc z tem długą litanją nieprzystojnych wyrazów.
Zebrana publiczność z wielką uciechą przypatrywała się potyczce, o ratowaniu jednak zalęknionych podróżniczek nikt nie myślał. Wtedy pan Adam, który miał dobre serce, wystąpił naprzód.
Przedewszystkiem więc podniósł mufkę i wyjął z sanek starą damę krzyczącą, która z niewytłomaczonym w jej podeszłym wieku zapałem, obydwoma rękami pochwyciła go za szyję tak namiętnie, jakgdyby miała zamiar nie opuszczać go aż do śmierci, dochowując przytem wiary, posłuszeństwa i innych obowiązków wymaganych w świętym stanie małżeńskim. Ustawiwszy ją z wielkim trudem na chodniku, ponieważ (jak mówili obecni) mocno wierzgała, i rozplątawszy jej łykowate ręce, pan Adam zbliżył się do drugiej damy i nie wiedząc z kim ma do czynienia, wyciągnął zdaleka rękę.
— Kiedy nie mogę wysiąść, bo mi suknią zaczepili!... — zawołała głosem wzruszonym wprawdzie, lecz młodym i dźwięcznym.
Panu Adamowi zrobiło się raźniej. Silnem szarpnięciem wydobył suknią damy z pomiędzy zahaczonych sanek i z godną uwagi bezinteresownością otworzył objęcia, myśląc, że młoda osoba zechce naśladować energiczny przykład swej starszej towarzyszki.
Ale nieznajoma, wbrew oczekiwaniom, nie schwyciła pana Adama za szyję i nie dała się przenieść. Oparła tylko drobną i ciepłą rączkę na dłoni wybawcy i lekko wyskoczywszy na ziemię pokrytą śniegiem, uścisnęła mu rękę w milczeniu. Gdy wyszła na chodnik, obejrzała naprzód troskliwie całokształt wiekowej damy, a potem sama zaczęła się otrzepywać ze śniegu jak ptak w kąpieli.
Ponieważ wzburzone serca dorożkarzy po wylewie obustronnych niegrzeczności ukoiły się znakomicie, panowie ci więc znowu wspólnemi siłami odczepili sanie, poczem jeden z nich zawołał:
— Siadać prędzej... będziemy się ruchali!
Damy wsiadły, upominając dorożkarza na dwa głosy, aby odtąd był ostrożniejszy. Pan Adam zaś tak się czegoś zamyślił, a nawet, miejmy odwagę nazywać rzeczy po imieniu, zagapił, że — nie podał im ręki na odjezdne. Co gorsze, nie pożegnał ich nawet, a nim się upamiętał, sanki ruszyły. Zobaczył tylko przy blasku latarni ciemne kontury opakowanych dam i czerwoną twarz ciągle zagniewanego dorożkarza, który odwróciwszy się na koźle, jeszcze raz pogroził batem swemu koledze i nazwał go złodziejem i mechanikiem.
Teraz dopiero, gdy sanki już na dobre znikły, gdy nawet szczękanie ich dzwonków ucichło, pan Adam zmiarkował się, że zrobił ogromne głupstwo. Nie spojrzał w twarz młodej osobie (o starą mniej mu chodziło), nie przekonał się, czy jest ładna, nie dowiedział się czy jest panną, czy mężatką, ani gdzie mieszka. Wprawdzie w zwykłych warunkach, przy tak krótkiej znajomości, niepodobna było zasięgnąć tego rodzaju informacyj, panu Adamowi jednak, po niewczasie, zdawało się, że mógł to zrobić. Był więc bardzo zły!...
Ale gniew jego stanowił jakby niewielką czarną plamkę na jasnem tle innych uczuć, a przedewszystkiem jakiegoś niewytłomaczonego zadowolenia. Znajomy nasz z głęboką satysfakcją odświeżał w wyobraźni uścisk młodej osoby. Uścisk ten nie był wcale przypadkowy!... Młoda osoba nie traktowała jego dłoni tak, jak naprzykład poręcz od schodów, lecz uścisnęła ją ze świadomą sympatją. Pan Adam z doświadczenia wiedział (piszę to dla osób dorosłych), że rączki młodych kobiet są bardzo malutkie, bardzo cieplutkie, bardzo delikatne i wogóle bardzo — ale to bardzo miłe w dotknięciu; rączka jednak nieznajomej wszystkie owe przymioty posiadała w najwyższym stopniu. Zdawało mu się, że dotykając jej, poszedłby śmiało do piekła, gdzie zaś!... nawet do ślubu...
Dzięki tym nowym a dość oryginalnym wrażeniom i uczuciom, nasz znajomy nie nudził się już przez cały wieczór. Był on trochę kontent, lecz nie tak, żeby aż potrzebował skakać z radości. Był trochę zły, lecz nie posuwał się do zgrzytania zębami. Lustro, jak na kawalera bardzo duże, nieraz w ciągu wieczora odbijało uśmiech jego dość melancholiczny, a ściany podsłuchać mogły, gdyby im co zależało na tem, niejedno westchnienie — ciche i w połowie przerwane.
Wbrew zwyczajowi pan Adam nie rzucił nawet okiem na przyniesione pisma. Skutkiem tego stracił możność odczytania artykułu o potrzebie i znaczeniu oszczędności i innego, w którym dowodziło się, że narody nie prenumerujące takiego a takiego dziennika, zniknąć muszą z powierzchni ziemi.
Gdy się, z przeproszeniem, położył do łóżka, myślał o tem, jak też wygląda jego nieznajoma. Gdy usypiał, przypomniał sobie jej ubranie i zobaczył ją we śnie. Stała na pustej ulicy, zasłonięta grubą woalką. Adam wyciągnął rękę, chcąc woalkę zerwać, lecz nieznajoma usunęła się. Gonił ją, lecz ona go ciągle wyprzedzała nie dalej jak na długość ręki. Zmęczony, począł prosić jakby o największą łaskę, o wyjawienie nazwiska, lecz zamiast odpowiedzi, usłyszał tylko cichy skrzyp śniegu.
W rezultacie jednak był dziś zupełnie szczęśliwy, w jakimś wyższym nastroju ducha. Wigilja bowiem jest to taki dzień, w którym każda przysługa, wyrządzona zakłopotanemu bliźniemu, stokrotną przynosi uciechę.


II.

W tem miejscu wypadałoby mi napisać obszerny traktat o tem, dlaczego pewne drobne wypadki wświdrowują się tak w pamięć naszą, że ich stamtąd wyrwać niepodobna. Na szczęście mam przyjaciela psychologa, który zechce zapewnie zjawisko to i jego powody wyjaśnić. Oddając zatem kasie przemysłowców co jest przemysłowego, a psychologom co jest psychologicznego, przechodzę do faktów.
Upłynęły miesiące, a nawet rok jeden i drugi, ludzie w ciągu tego miljon razy powtórzyli przysłowie: „czas jest lekarzem na wszystko,“ lecz pan Adam o swej awanturce nie zapomniał. Owe uściśnienie ręki, napozór podobne do mnóstwa innych, utkwiło w nim jak gwóźdź. Właściwie mówiąc, nie był to gwóźdź, ale gwoździczek, cieńki jak drut, a nawet trochę cieńszy. Był on przecież tak długi, że nietylko odzywał się w mózgu, lecz niekiedy dławił go w gardle, a czasem (ale to bardzo rzadko, prawie nigdy!) kłuł w serce. Uderzenie dzwonka, piaskowy kolor dorożkarskiego płaszcza, albo światło gazowej latarni, przypominały panu Adamowi nieznajomą. Niekiedy znowu przychodziła mu na myśl bez żadnego powodu.
Filozofowie mniemają, że serce człowieka ma popęd do wyciągania całego pasma rezultatów z każdego wypadku, skąd zapewnie pochodzi to, że pewien młodzieniec, zaproszony na obiad, zmartwił się niewymownie, gdy przyszedłszy na miejsce, zobaczył pożar w mieszkaniu swoich uprzejmych gospodarzy. Z tego samego zapewnie źródła płynął niepokój Adama. W życiu codziennem przywykliśmy nietylko do odbierania uścisków, lecz do widzenia jednocześnie twarzy osoby ściskającej i tysiącznych innych szczegółów. Lecz sam uścisk, bez tych niezbędnych dodatków, staje się czemś bardzo niezupełnem, a w wyobraźni pozostawia takie ślady, jakby się z widmem miało do czynienia.
Łatwo odgadnąć, że w ciągu tego czasu Adam gorliwie szukał nieznajomej. Badał on wzrost i ruchy każdej przechodzącej kobiety, jej ubiór, kształt ręki, wsłuchiwał się w dźwięk mowy, lecz — bez skutku. Nabył tym sposobem wielkiej biegłości w obserwacji, nabrał jeszcze większego gustu do młodych kobiet, ale poszukiwanej nie znalazł. Wkońcu, gdy każdy jej rys uchwycony i zapamiętany począł odkrywać w stu najrozmaitszych osobach, musiał uznać, że jego niewyraźne wspomnienia zatarły się. Dał za wygranę.
Taki rodzaj postępowania dziwnym wydać się może rozważnemu czytelnikowi. Przecież niejeden z nas gubił coś w życiu, lecz zamiast nieśmiałych badań, szedł wprost, jak człowiek nieposzlakowany, do policji, do parafji, albo do „Kurjera“ i tam robił ogłoszenia, wzywając wszystkich uczciwych znalazców o zwrot zguby za nagrodą, jeżeli takowej żądać będzie.
Otóż ośmielam się twierdzić, że człowiek niewszystko przed światem ogłasza. Każdy z nas ma jakąś słabostkę, którą prędzejby zamurował, aniżeli bliźnim swoim okazał. Znam przecie kilku głupich, którym wszyscy z rzadką jednomyślnością przyznają, że są głupimi. Oni sami jednak nigdy tego o sobie nie powiedzieli, lecz przeciwnie, w każdej chwili gotowi są składać dowody rozumu.
Bez obrazy osób interesowanych myślę, że pan Adam w takiem właśnie znalazł się położeniu. Nosił w sercu drzazgę, która mu dokuczała, lecz odsłaniać jej nie myślał. Z początku wstydził się tylko tego, że pamięta o podobnej drobnostce, później wstydził się swoich uczuć. Gdy mu raz powiedziano, że musi mieć jakąś tajemnicę, zaczerwienił się jak młokos, schwytany na paleniu papierosów, — a wpadł w gniew, gdy mu powiedziano, że się kocha.
Tymczasem parę razy zmienił lokal i porobił wiele nowych znajomości. Że zaś był młody, dość przystojny i miał niezależne utrzymanie, a przytem wyminął trzydziestkę, ludzie więc dobrzy poczęli go swatać tak gwałtownie, że się wkońcu ożenił.
Nowa pani Adamowa była posażna, ładna i zupełnie dobra kobieta. Grała też na fortepianie. — „Jedyne praktyczne przepisy“ — i — „Trzysta sześćdziesiąt pięć obiadów“ umiała napamięć i wogóle posiadała bardzo wiele cennych przymiotów na małżonkę. Skutkiem tego, państwo młodzi cukrowy rok przeżyli jak w raju. Widywano ich razem na balach, w teatrze i w salonach prywatnych, gdzie pani odznaczała się wesołością i wdziękami, a pan uprzejmością i taktem. Nie miał on zwyczaju (jak to bywa niekiedy w pierwszym roku) skakać do oczu młodym ludziom, którzy prawili komplimenta jego małżonce, lecz, jak przystało na dobrze wychowanego człowieka, chętnie zasiadał do wista w drugim pokoju.
Ale już po dwu latach, złe języki poczęły szeptać, że nowe stadło nie jest szczęśliwe. Ktoś zauważył, że pani mówiąc do pana spuszcza oczy, a pan całuje ją w czoło sposobem bardzo powiewnym. Raz nawet dostrzeżono ją, że płakała, a wkrótce rozszedł się szmer, że on dla jakichś studjów wyjeżdża zagranicę, a żonę w domu zostawia.
Ze smutkiem muszę przyznać, że wszystkie te pogłoski były prawdziwe. Chociaż z drugiej strony, gotów jestem natychmiast przerwać opowieść, jeżeli mnie kto posądzi o niegodny zamiar twierdzenia, jakoby państwo Adamowie niedobrze żyli ze sobą. Wszystkim wiadomo, że pani Felicja kochała męża, a mąż ją ubóstwiał. Miłość dla żony i płynącą z niej szczerość pan Adam posuwał tak daleko, że jeszcze starając się o jej rękę, chciał jej opowiedzieć ów drobny i niewinny wypadek z nieznajomą. Zastanowiwszy się jednak i wyśmiawszy swoje skrupuły, odłożył powieść do miodowego miesiąca, później odsunął ten projekt na czas dalszy, tak, że wśród postanowień upłynęły mu dwa lata.
Tymczasem w duszy pana Adama zachodziły nieznaczne zmiany. Z początku wyrzucał sobie to, że ukrywa przed żoną jakąś zabawną tajemnicę. Później, miał pretensję do żony, że się musi z czemś przed nią ukrywać. Narzekał na widmo, które ciągle stawało między nim i panią Felicją, lecz niekiedy z przyjemnością myślał o tem, że całując żonę, całuje tamtą. Niekiedy brzydził się taką potworną kombinacją rzeczywistości z widziadłem; wówczas uciekał od swoich wspomnień i nieujętego obrazu, który go prześladował, lecz wtedy też pani Felicja robiła mu wymówki, że jej unika i nie tak ją kocha jak dawniej.
Skutkiem fatalnych nieporozumień, stosunki między nimi ochłodły, a nawet pomimo wzajemnych ustępstw i obustronnej grzeczności, stały się bardzo przykre. Adam nieraz miał ochotę zapytać, dlaczego się ożenił, lecz nigdy nie kończył tego pytania. Pani Felicji przychodziła niekiedy na myśl uwaga, że nie jest szczęśliwą, choć zawsze tłumiła ją wporę.
Ludziom doświadczonym i wścibskim, którzy bywali u państwa Adamów, zdawało się, że w ich domu wisi w powietrzu i wałęsa się po wszystkich pokojach wyraz: separacja... Upiór ten musiał mieć w sobie coś rzeczywistego, stawał bowiem niekiedy przed oczyma obojga małżonków, ich krewnych, a nawet służby. Wszystko to jednak działo się pięknie i grzecznie, właśnie jak powinno być na woskowanych posadzkach. Położenie jednak stało się tak nieznośne, że gdy ktoś z familji rzucił projekt wyjazdu zagranicę, pan Adam zgodził się z radością, a pani Felicja nie rzekła ani słówka.
Miał tedy przyjaciel nasz po dwuletniem pożyciu opuścić żonę na czas nieokreślony. Wyjazd oznaczono na miesiąc styczeń, lecz małżonkowie nie rozmawiali o tem między sobą. Co prawda widywali się oni nie często i mówili niewiele. Gdy jednak jedli razem obiad, Adam zawsze całował żonę w rączkę i z najpiękniejszym ukłonem mówił jej: „Dowidzenia!...“
Z powyżej opisanych wypadków brać trzeba naukę, że kto chce być zadowolonym w życiu, niech nigdy nad rzeczywistość nie przekłada widziadeł. Piękną tę myśl wielu filozofów powtórzyło, a pan Janowski wcielił ją dość szczęśliwie w jeden ze swych cukrowo-czekoladowych kolorowanych wyrobów, z tym zapewnie celem, aby ludzie nawiedzający jego zakład znajdowali tam możność ćwiczenia się w cnocie i patrzenia na świat ze strony uszlachetniającej i poważnej.


III.

Wśród takich okoliczności domowych nadeszła znowu wigilja. Dla państwa Adamów miała ona być trzecią z rzędu, a prawdopodobnie i ostatnią, do wyjazdu bowiem męża brakowało miesiąc czasu. Dwie poprzednie — małżonkowie przepędzili sami, dziś jednak, w przykrych warunkach życia rodzinnego, pani Felicja instynktownie uczuwała potrzebę obecności jakiejś trzeciej osoby i wiele rozmyślała nad tem, kogo jej wypada zaprosić?
Miała ona kuzynkę, starą emerytkę, panią Cipalską. Za panieńskich czasów Felicji, obie damy kochały się dosyć. Później jednak, ponieważ Adam staruszki nie lubił, serdeczne te stosunki osłabły tak, że się ledwie raz na pół roku widywano.
Ta właśnie kuzynka przyszła dziś na myśl pani Adamowej, która jednak, obyczajem wzorowych żon, chciała przedewszystkiem zasięgnąć opinji męża.
Projekt ten w pierwszej chwili wydał się Adamowi niesmacznym. Uważał on go nawet za pewien rodzaj wymówki, wysłanej pod jego adresem. Widocznie — myślał — daje mi do zrozumienia, że musi odświeżyć dawne stosunki, ponieważ wkrótce zostanie słomianą wdową!...
Przytem stara emerytka wydawała mu się bardzo nudną. Była ona trochę głucha, mocno zażywała tabakę i kładła pasjans polityczny, którego kombinacje źle świadczyły o jej wiadomościach z zakresu jeografji i współczesnej historji. Nadomiar złego, pani Cipalska posiadała pieska Mimi, który miał długi korpus, krótkie nogi, lubił pocierać swój bezwstydnie tłusty grzbiet o wszystkich, szczekał chrapliwym głosem i — z powodu starości — pachniał starem masłem. Niezależnie od tego, pani Cipalska wierzyła w pigułki reformackie i kamforowy spirytus. Według jej opinji, oba te cudowne lekarstwa stanowiły najcenniejszy dar Boży dla grzesznej i cierpiącej ludzkości. Używanie ich zalecała wszystkim i na wszystko, środki te bowiem, umiejętnie stosowane — według jej zasługujących przecież na wiarę upewnień, leczyły suchotników, poprawiały mowę jąkałom i wiele bezdzietnych małżeństw pocieszyły liczną konsolacją.
Nic też dziwnego, że emerytka, spotkawszy kiedy na ulicy zdrowe i pyzate dziecko, uśmiechała się do niego bardzo przychylnie, a odchodząc, mruczała z przekonaniem:
— Niezawodnie z mojej porady!...
Mimo tych wszystkich przymiotów, czy też może dla nich, Adam nie zachwycał się panią Cipalską. Powiedzieliśmy też, że się wcale nie ucieszył planem żony, która chciała ją zaprosić na wigilją. Niezadowolenie to jednak trwało chwilkę. W następnej zaś chwili pomyślał, że wypada, a nawet potrzeba zrobić żonie to drobne ustępstwo. Wkońcu posunął się jeszcze dalej i oświadczył, że ją sam przywiezie.
— Biedne kobiecisko! — mówił do siebie — od niepamiętnych czasów sama jedna przepędza dzień tak uroczysty. Któż wie, może to dla niej ostatnia w życiu wigilja, niechże się więc zabawi. Choć u nas, co prawda, nie będzie jej chyba zbyt wesoło...
Gdy pod wpływem tak dobrego natchnienia Adam ukazał się w domu pani Cipalskiej i do każdego ucha wykrzyczał jej cel swojej wizyty, staruszka uradowała się tak, że chcąc widocznie podskoczyć, o mało nie upadła. Potem, zapytawszy jeszcze raz, czy ją istotnie na kolacją proszą, oświadczyła gorącą chęć włożenia najparadniejszej sukni i mantyli. W tym celu, zawiadomiwszy Adama, że musi chwilkę poczekać i ostrzegając go, aby nie uległ podszeptom płochych myśli i nie podglądał jej, gdy się ubierać będzie, znikła w drugim pokoju i przepędziła w nim około półtorej godziny.
Po upływie tego czasu ukazała się oczom zdumionego Adama w wielkim uniformie. Miała na sobie jedwabną suknią, jedwabną salopę i jedwabny watowany kaptur z epoki Napoleona I. W jednej ręce piastowała wypchaną torbę z książką do nabożeństwa, kartami i flaszkami, w drugiej przyjemnego pieska Mimi, który patrzył na świat wyblakłemi i załzawionemi oczyma, kaszlał jak astmatyk i niewiadomo na kogo wyszczerzał resztki spróchniałych zębów.
Nawiasowo tylko dodamy, że pan Adam ze schodów znosić musiał wypchaną torbę, zgryźliwego pieska i ich nieszczęśliwą właścicielkę, — w saniach pilnował, aby które z nich nie zginęło, a w przedpokoju swego mieszkania, postawił Mimi na podłodze, torbę na stole, z damy zaś zdjął kilkanaście kawałków rozmaicie podwatowanej odzieży.
Usiadłszy na miękkim fotelu, obok ciepłego pieca i otrzymawszy należny jej powadze stołeczek pod nogi, staruszka wpadła w paroksyzm wesołości.
— A co — zawołała — stęskniliście się za mną!... ho! ho! ja wiem, jak to przyjemnie mieć na wigilją kogoś, co bawić towarzystwo potrafi. Czy ty co mówisz, Feluniu?... Zato, żeście tacy grzeczni, nietylko wam postawię pasjans, ale jeszcze dam prezent. Patrzcie!... — dodała z triumfem, otwierając swoją tajemniczą torbę. — Oto jest spirytus kamforowy mojej własnej fabryki... A oto pigułki reformackie, które jeszcze dostałam od nieboszczyka przeora... Smarujcie się i zażywajcie oboje, a na przyszły rok... Na przyszły rok będziecie już musieli kupić choinkę... — zakończyła ciszej, a potem roześmiała się tak głośno, że aż Mimi zaszczekał.
W kilka minut później jowjalna staruszka głęboko zasnęła. Obok niej leżała nieodstępna torba, a u nóg spoczywał zwinięty w kłębek Mimi.
Lecz niedługo po szóstej, wszyscy znowu byli na nogach. W jadalnym pokoju nakryto stół i uświęcono go paczką opłatków. Stara dama znalazła się na honorowem miejscu i niebawem miano podać kolacją.
W tym czasie jednak, zdarzyła się rzecz dziwna i przykra. Należało podzielić się opłatkami i wypowiedzieć sobie różne piękne życzenia, lecz żadne z małżonków zrobić tego nie śmiało. I rzeczywiście, czego winszować sobie mogli młodzi gospodarze? Czy tego, że ich miłość w tak szczególny sposób ochłodła, czy tego, że mieli się rozdzielić?...
Kolacja już była gotowa, lecz pani Felicja nie miała odwagi kazać jej podawać, ani pan Adam pytać, co się dzieje. Każde z nich prawie odgadywało myśli drugiego, każde czuło fałszywe położenie, lecz wyjście z niego było wcale niełatwe.
Nareszcie pan Adam zdobył się na czyn heroiczny i choć nie wiedział, co powiedzieć żonie, wyciągnął rękę do opłatków. Oboje państwo byli bardzo zmieszani i zapewnie każdemu z nich przyszedł na myśl ów biblijny wykrzyknik potępionych: „Ziemio poźrej, góry zakryjcie nas!...“
W tej chwili wybiła siódma.
— A co to takiego?... — zapytała staruszka, przykładając rękę do ucha.
— Siódma bije!... — krzyknął pan Adam.
— Siódma, a dziś wigilja!... Boże odpuść, jak ja pamięć tracę... — odparła.
Potem przeżegnała się i zaczęła mówić pacierz. Gdy skończyła, pan Adam może nie tyle z ciekawości, ale dlatego, aby zyskać trochę na czasie w trudnej sprawie łamania się opłatkiem, zapytał:
— Na jakąż to intencją modliła się pani?
— Kiedy nie słyszę!... — odparła dama.
Pan Adam powtórzył pytanie.
— Masz racją, na intencją... na intencją jednego poczciwego człowieka... Wyobraź sobie, będzie temu lat pięć, a może i sześć... chyba sześć, akurat w wigilją, sankarz mało nas nie pozabijał... zawadził o drugie sanie tak, że mi mufka wyleciała... Trzebaż trafu, że się ten poczciwy młody człowiek nawinął, z sanek nas wyniósł, dorożkarza niecnotę zwymyślał, no i uratował nam życie. Odtąd każdej wigilji modlę się na jego intencją o tej porze... Musi być bardzo szczęśliwy!...
Mniej dbając o modyfikacje, jakim tak dobrze znany mu wypadek uległ w wyobraźni staruszki, pan Adam słuchał opowiadania z wytężoną uwagą. Był tak blady jak opłatek, a na czoło wystąpił mu pot kroplisty. Miał się nareszcie dowiedzieć o tej, która go od sześciu lat dniem i nocą prześladowała. W okamgnieniu, nakształt olśniewającej błyskawicy, przeleciały mu przez głowę myśli: znalezienie tamtej, rozwód i małżeństwo z osobą ukochaną.
I dziwna rzecz! Pani Felicja, czy to widząc gwałtowne zmiany na twarzy męża, czy też z innych powodów, bladła i rumieniła się naprzemian. Oparła piękną główkę na krawędzi krzesła i z niewytłomaczonym niepokojem oczekiwała na zakończenie tego osobliwego dramatu.
Ale pan Adam nie patrzył na nią w tej chwili. Utkwił on pałający wzrok w twarzy staruszki i przytłumionym głosem zapytał:
— Kto z panią wtedy jechał?...
— Mów wyraźniej! — odparła nieco zdziwiona staruszka — bo nie słyszę.
— Kto z panią wtedy jechał? — krzyknął Adam, silnie targając ją za rękę.
— Aha! kto jechał? — powtórzyła starowina. — Jużci że moja poczciwa Weronika. Ona zawsze ze mną jeździ i tylko dziś...
Pan Adam nie słuchał już. Poczciwa Weronika dawno przekroczyła Jezusowe lata w służbie u staruszki, a choć miała głos ładny i dość delikatną rączkę, skutkiem nieoddawania się nadmiernej pracy, całość jej przecie była piekielnie brzydka.
Jaki proces psychiczny zaszedł w tej chwili w duszy bohatera, objaśnić tego nie potrafimy. Dość że zerwał się na równe nogi, schwycił leżące na stole opłatki i z wybuchem śmiechu, przed swoją milutką a bardzo pomieszaną żoną upadł na kolana.
— Czy wiesz — zawołał — że tym poczciwym młodzieńcem byłem ja!...
— Domyśliłam się tego! — odparła pani Felicja, zmieszana jeszcze bardziej.
— A czy wiesz — dodał — że przez sześć lat... prawie kochałem się w starej Weronice...
Na to już pani Felicja nie odpowiedziała nic. Objęła tylko męża rękoma za szyję i okrywając go pocałunkami, rozpłakała się rzewnie.
Wkrótce jednak wszystko się uspokoiło i cały wieczór zeszedł małżonkom tak wesoło, jak nikomu i nigdy, tem bardziej, że zaraz po kolacji stara emerytka wpadła w sen, któregoby jej świstak alpejski pozazdrościł. Obudziwszy się jednak i zobaczywszy radość państwa Adamów, rzekła tonem głębokiego przekonania:
— Już to niema, jak w mojem towarzystwie! Ja, choć jestem trochę w wieku, umiem jednak zastosować się do młodych i wszystkich zabawić. Czasem nawet udają mi się dowcipy, choć nigdy nad niemi głowy nie suszę...
Jakby na potwierdzenie tej dobrej opinji o swej pani, piesek Mimi począł ziewać i drapać się w ucho tylną łapą. Potem jeszcze większa zapanowała radość, zgodnie ze słowami Pisma, które w tym dniu obiecuje „pokój i szczęście ludziom dobrej woli na ziemi!“
Ci jednak, którymby nie wszystko szło po myśli, niech się nie smucą i nadziei nie tracą. Świat urządzono tak, że gdy w jednem miejscu deszcz pada, w drugiem pogoda świeci.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.