Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieczora odbijało uśmiech jego dość melancholiczny, a ściany podsłuchać mogły, gdyby im co zależało na tem, niejedno westchnienie — ciche i w połowie przerwane.
Wbrew zwyczajowi pan Adam nie rzucił nawet okiem na przyniesione pisma. Skutkiem tego stracił możność odczytania artykułu o potrzebie i znaczeniu oszczędności i innego, w którym dowodziło się, że narody nie prenumerujące takiego a takiego dziennika, zniknąć muszą z powierzchni ziemi.
Gdy się, z przeproszeniem, położył do łóżka, myślał o tem, jak też wygląda jego nieznajoma. Gdy usypiał, przypomniał sobie jej ubranie i zobaczył ją we śnie. Stała na pustej ulicy, zasłonięta grubą woalką. Adam wyciągnął rękę, chcąc woalkę zerwać, lecz nieznajoma usunęła się. Gonił ją, lecz ona go ciągle wyprzedzała nie dalej jak na długość ręki. Zmęczony, począł prosić jakby o największą łaskę, o wyjawienie nazwiska, lecz zamiast odpowiedzi, usłyszał tylko cichy skrzyp śniegu.
W rezultacie jednak był dziś zupełnie szczęśliwy, w jakimś wyższym nastroju ducha. Wigilja bowiem jest to taki dzień, w którym każda przysługa, wyrządzona zakłopotanemu bliźniemu, stokrotną przynosi uciechę.


II.

W tem miejscu wypadałoby mi napisać obszerny traktat o tem, dlaczego pewne drobne wypadki wświdrowują się tak w pamięć naszą, że ich stamtąd wyrwać niepodobna. Na szczęście mam przyjaciela psychologa, który zechce zapewnie zjawisko to i jego powody wyjaśnić. Oddając zatem kasie przemysłowców co jest przemysłowego, a psychologom co jest psychologicznego, przechodzę do faktów.
Upłynęły miesiące, a nawet rok jeden i drugi, ludzie w ciągu tego miljon razy powtórzyli przysłowie: „czas jest lekarzem na wszystko,“ lecz pan Adam o swej awanturce nie