Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zdrowe i pyzate dziecko, uśmiechała się do niego bardzo przychylnie, a odchodząc, mruczała z przekonaniem:
— Niezawodnie z mojej porady!...
Mimo tych wszystkich przymiotów, czy też może dla nich, Adam nie zachwycał się panią Cipalską. Powiedzieliśmy też, że się wcale nie ucieszył planem żony, która chciała ją zaprosić na wigilją. Niezadowolenie to jednak trwało chwilkę. W następnej zaś chwili pomyślał, że wypada, a nawet potrzeba zrobić żonie to drobne ustępstwo. Wkońcu posunął się jeszcze dalej i oświadczył, że ją sam przywiezie.
— Biedne kobiecisko! — mówił do siebie — od niepamiętnych czasów sama jedna przepędza dzień tak uroczysty. Któż wie, może to dla niej ostatnia w życiu wigilja, niechże się więc zabawi. Choć u nas, co prawda, nie będzie jej chyba zbyt wesoło...
Gdy pod wpływem tak dobrego natchnienia Adam ukazał się w domu pani Cipalskiej i do każdego ucha wykrzyczał jej cel swojej wizyty, staruszka uradowała się tak, że chcąc widocznie podskoczyć, o mało nie upadła. Potem, zapytawszy jeszcze raz, czy ją istotnie na kolacją proszą, oświadczyła gorącą chęć włożenia najparadniejszej sukni i mantyli. W tym celu, zawiadomiwszy Adama, że musi chwilkę poczekać i ostrzegając go, aby nie uległ podszeptom płochych myśli i nie podglądał jej, gdy się ubierać będzie, znikła w drugim pokoju i przepędziła w nim około półtorej godziny.
Po upływie tego czasu ukazała się oczom zdumionego Adama w wielkim uniformie. Miała na sobie jedwabną suknią, jedwabną salopę i jedwabny watowany kaptur z epoki Napoleona I. W jednej ręce piastowała wypchaną torbę z książką do nabożeństwa, kartami i flaszkami, w drugiej przyjemnego pieska Mimi, który patrzył na świat wyblakłemi i załzawionemi oczyma, kaszlał jak astmatyk i niewiadomo na kogo wyszczerzał resztki spróchniałych zębów.
Nawiasowo tylko dodamy, że pan Adam ze schodów zno-