Milion za morzami/Rozdział pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Milion za morzami
Podtytuł Obrazek zaściankowy
Pochodzenie „Kuryer Codzienny“, 1878, nr 207-213, 215-216, 218-223
Redaktor Józef Hiż
Wydawca Karol Kucz
Data wydania 1878
Druk Drukarnia Kuryera Codziennego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział pierwszy, w którym zamiast wstępu, opowiedzianą jest legenda o grobie samobójcy.

Na wydmie piasczystéj gdzieniegdzie rzadką i zeschłą trawą porosłéj, stał słup pomalowany na czarno i na biało, jak gdyby przywdział żałobę po lesie, z którego go wycięto...
Wyciągał on rozpaczliwie w przestrzeń dwa ramiona, wskazujące kierunek dróg co się od owéj wydmy rozchodziły....
Na jedném ramieniu napisano było: „Do Olszówki wiorst 3”; na drugiém: „Do Dębianki wiorst 6”, (chociaż ludzie z miejscowością obznajmieni wiedzieli, że i do jednéj i do drugiéj wioski była od owego słupa dobra podlaska mila z ogonem).
Nieco w prawo od wydmy, akurat między owemi dwoma drogami, wznosił się kopiec, czy też może mogiła, widocznie bardzo dawne pamiętająca czasy.
Chłopi mówili, że w nocy coś na tym kopcu różne harce wyprawia i przeszkadza.... że ludzie przejeżdżający tamtędy o północy, widują dziwne dziwa, że to coś konie straszy i osie łamie u wózków, a jak się w diablim tańcu zakręci, to podejmie taką kurzawę i tak oczy piaskiem zasypie, że nietylko konia i drogi, ale własnego nosa trudno zobaczyć....
Wrony tu kraczą z wieczora, zbierając się w gromady, a w nocy sowy hukają szpetnie, przyleciawszy tu ze zwalisk starego zamczyska, co oddawna już w gruzy zwalony, jeszcze jedną okrągłą basztę światu i czasowi urąga.
Od wydmy widać było owo zamczysko stare, straszne, poczerniałe, z basztą czerwoną, okrągłą, któréj cegła zeszkliła się już od starości i słońca....
Tu mchy i drobne jakieś roślinki pięły się po murach, tu mieszkały nietoperze i sowy, ztąd puszczyk głosem złowrogim wołał w nocy: — pójdź, — pójdź!
Wiatr szumiał smutnie w sąsiednim lesie, jakieś tajemnicze głosy odzywały się w cieniach, a mgły jak białe duchy podnosiły się z łąk, pnąc się wysoko ku gwiazdom, które zasłaniały białawą oponę.
Straszno tam było w nocy; to téż omijali zdaleka zamczysko i kopiec, omijali nakładając drogi przez łąkę i pola.
Na mogile widywano w nocy płomyki blade, jak migotały... przebiegały po niéj i potém znikały, niewiadomo czy w górze, czy napowrot pod ziemią.
Mówili ludzie że to pieniądze się palą, ale nie było śmiałka któryby pod osłoną nocy, odważył się dotknąć łopatą ziemi zaklętéj, aby wydobyć z niéj skarb....
Bo i jakżeż miał być taki śmiałek, kiedy podobno sam Lucyper pilnował zaklętéj mogiły, a cztery czarownice dopomagały mu w téj czynności, świecąc czterema parami oczów, niby pochodniami ośmioma...
Maciek klął się na wszystkie świętości, że raz na własne oczy tego Lucypera widział, że okrutne to djablisko paliło fajkę, z któréj jak ze smołami buchały kłęby dymu — a z gęby było kubek w kubek podobne do Frytza niemca, co trzymał wiatrak w dzierżawie i młynarstwem się trudnił.
Stara legenda powiada, że niegdyś ta wydma znajdowała się w samym środku wielkiego majątku, który należał do brata i siostry.
Siostra była zamężna, a mąż jéj nieustannie z bratem miał jakieś zatargi, skutkiem czego rodzinę rozdzierała ciągła kłótnia i wojna domowa.
Kilka razy nawet dochodziło do sprzeczek dość żywych i gwałtownych, a biedna siostra była niby między młotem a kowadłem, gdyż brata bardzo kochała, a za mężem toby chyba skoczyła i w piekło.
Biedne zaprawdę było położenie téj kobiety, biedne zaiste i trudne!
Serce jéj rozdzierał widok owéj nienawiści pomiędzy tymi, których kochała tak, jak umiała kochać siostra i kobieta z dawno minionych, a tak pięknie przez dziadów naszych opisywanych, czasów.
Jednéj nocy mąż wyszedł z domu i długo nie wracał.
Zegar wydzwonił północ, a jego jeszcze nie było...
Żona wysłała ludzi z latarniami — szukano w ogrodzie, po łąkach, spenetrowano las poblizki, zbadano dno rzeczki — ale napróżno.
Na drugi dzień dopiero, gdy słońce już dobrze ku południowi się miało, przybiegł do dworu pastuszek, blady, wystraszony, przelękły...
Biegł tak szybko, że ledwie mógł odetchnąć, a z piersi zmęczonych wyrazu nawet nie mógł wydobyć.
Pokazywał tylko ręką w stronę wydmy i coś niewyraźnie bełkotał... żegnając się ciągle, jakby dla odpędzenia złego...
Przeczuwając nieszczęście, ludzie poszli za nim w milczeniu... poszła i sama pani zrozpaczona, blada, niby kamienny posąg boleści...
I tak szli za pastuszkiem aż do owéj wydmy.
Tu oczom ich przedstawił się smutny i okropny widok.
Pan leżał na wznak rozciągnięty na piasku, czapka walała się opodal... W czole miał dziurę czarną, głęboką, twarz zbroczoną krwią zaschłą, oczy otwarte szeroko i napiętnowane jeszcze wyrazem okropnego bólu i przestrachu.
Na piersiach jego siedziały dwie wrony, myśląc zapewne nad tém, z któréj strony swą ofiarę napocząć....
W zesztywniałéj dłoni trzymał jeszcze wielki skałkowy pistolet, a na kubraku szpilką przypięta była kartka z napisem:
„Boże, przebacz samobójcy!...”
— Sam się zabił — szepnął ktoś z ludzi...
— Porzucił cię dobrowolnie, pani siostro — rzekł brat nadjechawszy z pola.
Wdowa nic nie odrzekła, zwróciła tylko na brata wejrzenie, w którém była rozpacz i straszne jakieś pytanie...
Brat przed tym wzrokiem zadrżał i oczy utkwił w ziemię krwią zbryzganą...
Samobójcę pochowano na wydmie, w tém samém miejscu, w którém życie tak marnie zakończył.
Pochowano go tuż przy drogach rozstajnych, rzucono na mogiłę nieco kamieni, a potém wiatry piasków naniosły, mchy zaczęły rosnąć na kamieniach, a liche badyle i osty otoczyły jakby wieńcem ów grób samobójcy.
Dla biednéj kobiety rozpoczęło się pasmo dni czarnych jak jéj suknia wdowia, smutnych jak sieroctwo samo.
Drobiazgu téż miała kilkoro, więc dla niego pracowała jak mogła, objąwszy sama ster gospodarstwa i interesów majątkowych.
Kobiety, zwłaszcza takie co umieją kochać, znajdują w potrzebie wielką moc ducha i charakteru oraz podziwienia godny zapas sił.
One te siły czerpią z nieprzebranego źródła, bo z serca samego i dla tego mogą ich miéć tak wiele.
Pomiędzy bratem a siostrą nie przyszło do bliższych wyjaśnień, ale jéj wzrok smętny, łzawy, wzrok w którym malowało się całe morze cierpień, zwracał się ku niemu z niemém pytaniem i niemym wyrzutem, a on oczy spuszczał i zdawał się tych spojrzeń unikać.
Różne téż o tym panu bracie chodzić zaczęły wieści.
Mówiono, że w nocy często na grób przychodził i długie tam przesiadywał godziny.
Zaczęły chodzić głuche plotki, jak zwyczajnie pomiędzy ludźmi. Przebąkiwano, że owéj nocy fatalnéj widziano dwóch ludzi pod lasem, że słyszano dwa strzały, że późniéj widziano jakiegoś jeźdźca z gołą głową, z koszulą na piersiach rozdartą, jak pędził na dzielnym koniu przez pola jak wiatr, jak uragan; że koń skrwawiony ostrogami sadził jak jeleń, wyrzucając z pod siebie kopytami bryły ziemi i że mignąwszy się jak błyskawica, przepadł w zaroślach...
Nikt wszakże jasno nie mówił, a plotka z ust do ust przechodząc i coraz to w nowe przyoblekając się szaty, rosła, olbrzymiała, aż z czasem okraszona bujną fantazyą ludu, przeistoczoną została w baśń o krwawym upiorze, co na bratniéj mogile harce po nocach wyprawiał, a serce z grobu dobyte pazurami na sztuki rozrywał, a ono, jak ludzie mówili, ociekało krwią świeżą i zrastało się ciągle, rosnąc i powiększając się aż samego upiora przerosło, a z uderzeniem północy chwytało go w siebie, oblewało krwią i niknęło wraz z nim w mogile, po któréj przebiegały tylko bladoniebieskie ogniki...
Pan brat po śmierci szwagra okropnie się zmienił, wysechł i wynędzniał jak szkielet, a ogromne wąsiska i oczy zapadłe a błyszczące, czyniły wyraz jego twarzy surowym, strasznym niemal...
Sąsiedzi go unikali — ludzie obcy stronili, rodzone dzieci bały go się jak ognia, — toż nie dziwo, że mu się taki żywot uprzykrzył.
Jednego więc dnia testament spisał, wszystkich pożegnał i wybrał się na wojaż daleki, aż gdzieś za morze podobno.
Jak wyjechał tak znikł jak kamień w wodzie, i już nigdy żadnéj o nim wieści nie było, — w owym zaś majątku zostały tylko dwie wdowy.
Obie samotne, tęskniące, całą pociechę znajdowały w dzieciach, które im się nad podziw pięknie chowały.
Kiedy najstarszy syn samobójcy dorósł, nauki skończył i na pięknego już wyszedł młodzieńca, matka i wujenka zaopatrzyły go we wszystko co trzeba i uprosiły, aby pojechał w świat, szukać wuja lub jego śladów przynajmniéj.
Zresztą, nie trzeba go było o to prosić nawet, chłopak żywy, bystry, zdolny, z radością podjął się misyi i wśród łez obydwóch zacnych kobiet, puścił się w świat szeroki, wznieciwszy w sercach matki i ciotki słabą iskrę nadziei, że wuja za morzami wynajdzie...
Nie doczekała go się wszakże ani matka, ani wujenka — pomarły obie, a wspólny grób rodzinny na cmentarzu, połączył je po śmierci tak, jak wspólne nieszczęścia za życia je ze sobą łączyły.
O Grzegorzu Prawdzickim (synu samobójcy), ani o Piotrze Gozdawskim (wuju jego), żadnych wieści nie było. Przepadli gdzieś w świecie, czy téż znaleźli w cudzych krajach spokój i dostatki — o tém nikt nie wiedział.
W obu rodzinach pamiętano wszakże o obu i niekiedy dawano na msze na ich intencye...
Po kilkudziesięciu latach majątek się rozdrobnił, podupadł, a z obszernych włości w ręku tych rodzin pozostały tylko dwie małe wioseczki: Olszówka przy Gozdawskich i Dębianka w rękach Prawdzickich.
Gozdawskim wiodło się jeszcze nieźle: liczono ich nawet do zamożnych ludzi, ale w Dębiance bieda była taka, że i siekierą nie utnie, a dziedzic jéj pan Józef Prawdzicki, walczył rozpaczliwie z losem i pracował jak wół, aby dać edukacyę jedynéj córce swéj, ostatniéj już latorośli tego zamożnego i mającego niegdyś wielki wpływ w okolicy, domu.
Dzięki zapewne różnicy w położeniu materyalném obu rodzin, stosunki znacznie oziębły, a Gozdawscy nawet nie bardzo chętnie przyznawali się do kuzynostwa z Prawdzickiemi.
Któż-bo się lubi przyznawać do pokrewieństwa z ubogim szlachcicem, co się ledwie utrzymać może na kilku włókach piachu i zarośli?!
Dziedzic Olszówki, pan Maciéj, człowiek łysy, gruby, a i dumny przytém ze swych dostatków i czystéj jak szkło wioseczki, gdy był interpelowany w kwestyi owego kuzynostwa, wzruszał ramionami i odpowiadał niechętnie.
— Coś tam... niby.... kiedyś, panie dobrodzieju, przyznaje to się jak zwyczajnie biedota, ale prawdę powiedziawszy, to... dziesiąta woda po kisielu.
— At, głupstwo, — dodawała pani — zwyczajnie, Maciek po płocie Dorocie. Ich babka i Maciusia mego babka, to na jedném słońcu grzyby suszyły....






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.