Strona:Klemens Junosza - Milion za morzami.djvu/3

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    Straszno tam było w nocy; to téż omijali zdaleka zamczysko i kopiec, omijali nakładając drogi przez łąkę i pola.
    Na mogile widywano w nocy płomyki blade, jak migotały... przebiegały po niéj i potém znikały, niewiadomo czy w górze, czy napowrot pod ziemią.
    Mówili ludzie że to pieniądze się palą, ale nie było śmiałka któryby pod osłoną nocy, odważył się dotknąć łopatą ziemi zaklętéj, aby wydobyć z niéj skarb....
    Bo i jakżeż miał być taki śmiałek, kiedy podobno sam Lucyper pilnował zaklętéj mogiły, a cztery czarownice dopomagały mu w téj czynności, świecąc czterema parami oczów, niby pochodniami ośmioma...
    Maciek klął się na wszystkie świętości, że raz na własne oczy tego Lucypera widział, że okrutne to djablisko paliło fajkę, z któréj jak ze smołami buchały kłęby dymu — a z gęby było kubek w kubek podobne do Frytza niemca, co trzymał wiatrak w dzierżawie i młynarstwem się trudnił.
    Stara legenda powiada, że niegdyś ta wydma znajdowała się w samym środku wielkiego majątku, który należał do brata i siostry.
    Siostra była zamężna, a mąż jéj nieustannie z bratem miał jakieś zatargi, skutkiem czego rodzinę rozdzierała ciągła kłótnia i wojna domowa.
    Kilka razy nawet dochodziło do sprzeczek dość żywych i gwałtownych, a biedna siostra była niby między młotem a kowadłem, gdyż brata bardzo kochała, a za mężem toby chyba skoczyła i w piekło.
    Biedne zaprawdę było położenie téj kobiety, biedne zaiste i trudne!
    Serce jéj rozdzierał widok owéj nienawiści pomiędzy tymi, których kochała tak, jak umiała kochać siostra i kobieta z dawno minionych, a tak pięknie przez dziadów naszych opisywanych, czasów.
    Jednéj nocy mąż wyszedł z domu i długo nie wracał.
    Zegar wydzwonił północ, a jego jeszcze nie było...
    Żona wysłała ludzi z latarniami — szukano w ogrodzie, po łąkach, spenetrowano las poblizki, zbadano dno rzeczki — ale napróżno.
    Na drugi dzień dopiero, gdy słońce już dobrze ku południowi się miało, przybiegł do dworu pastuszek, blady, wystraszony, przelękły...
    Biegł tak szybko, że ledwie mógł odetchnąć, a z piersi zmęczonych wyrazu nawet nie mógł wydobyć.
    Pokazywał tylko ręką w stronę wydmy i coś niewyraźnie bełkotał... żegnając się ciągle, jakby dla odpędzenia złego...
    Przeczuwając nieszczęście, ludzie poszli za nim w milczeniu... poszła i sama pani zrozpaczona, blada, niby kamienny posąg boleści...
    I tak szli za pastuszkiem aż do owéj wydmy.
    Tu oczom ich przedstawił się smutny i okropny widok.
    Pan leżał na wznak rozciągnięty na piasku, czapka walała się opodal... W czole miał dziurę czarną, głęboką, twarz zbroczoną krwią zaschłą, oczy otwarte szeroko i napiętnowane jeszcze wyrazem okropnego bólu i przestrachu.
    Na piersiach jego siedziały dwie wrony, myśląc zapewne nad tém, z któréj strony swą ofiarę napocząć....
    W zesztywniałéj dłoni trzymał jeszcze wielki skałkowy pistolet, a na kubraku szpilką przypięta była kartka z napisem:
    „Boże, przebacz samobójcy!...”
    — Sam się zabił — szepnął ktoś z ludzi...
    — Porzucił cię dobrowolnie, pani