Miłość Macierzyńska (Korotyńska, 1933)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Miłość Macierzyńska
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 52
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1933
Drukarz Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA.



E. KOROTYŃSKA
MIŁOŚĆ MACIERZYŃSKA
POWIASTKA
z ilustracjami


WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk Sz. Sikora





W gorącym kraju Afryki, w rozległej i upalnej pustyni przechadzał się król zwierząt, złotopłowy lew wraz ze swą rodziną.
Szczęśliwy był bardzo. Żywności posiadał wiele, miał czem wyżywić ukochaną swą dziatwę i dobrą potulną swą żonę.
Mieszkanie miał wspaniałe. Duża przestronna jaskinia służyła im na schronienie przed niepogodą i na miejsce spoczynku po gonitwie za żerem.
Król puszczy wesół był i szczęśliwy i coraz liznął językiem któreś ze swych dzieciątek.
Przechadzał się majestatycznie i cieszył się swem otoczeniem i przedewszystkiem swobodą...
Bo i cóż droższego nad swobodę?...
Zmierzch zapadł, lew wtedy wyrusza zwykle na łowy.
Pożegnał się więc czule z ukochanymi i ryknąwszy na znak używanej władzy i swobody, w lekkich susach udał się na polowanie.

Elwira Korotyńska - Miłość Macierzyńska p0003.png

Samica pozostała czas jakiś z dziećmi na tem samem miejscu, poczem opuściwszy głowę żałośnie, gdyż bała się zwykle o swego króla i męża, gdy odchodził, weszła do jaskini wraz z dziećmi i ułożyła je do snu.
Lew wracał zwykle nad ranem i dzieci budząc się widziały go zawsze i witały.
Tym razem jednak, gdy ranek zaświtał zobaczyły puste miejsce po ojcu i matkę nieruchomo siedzącą na legowisku.
Podeszły i wzrokiem pytały o ojca. Ale lwica siedziała niespokojna, wpatrzona w otwór jaskini, poczem wskoczyła raptownie i rzuciła się ku wyjściu.
Wślad za nią biegły dzieci, ale groźnym rykiem powstrzymała je w tym zapędzie i osaczywszy na miejscu wybiegła.
Nie było go nigdzie widać!
Ślady po zdeptanej trawie prowadziły do zarośli, ku którym rzuciła się lwica.
Niestety! tu się kończyły!
Krople krwi na spalonej spiekotą ziemi znaczyły drogę, zgniecione trzciny, połamane badyle świadczyły o okrutnej walce, jaką stoczył z wrogiem król puszczy.
Zabito go pewnie, gdy szukał pożywienia dla siebie i swej rodziny...
Zdarto zeń to przepiękne złotopłowe futro, do którego tyle razy przytulała swą głowę...
Śmierć zamknęła mu oczy, te mądre, dobre oczy, które z takiem przywiązaniem patrzały na nią i na ich dzieci...
Zaryczała biedna lwica tak boleśnie, że aż z nor powysuwały główki pomniejsze zwierzątka, a w powietrzu przeleciał jakby wiew rozpaczy, jakby jęk wszystkich pokrzywdzonych stworzeń, osieroconych ich dzieci...
Ryk lwicy był tak wstrząsający, że aż doszedł do jaskini, gdzie tuliły się do siebie trzy sierotki. Wskoczyły i z piskiem dobiegły do otworu, a niepomne zakazu przekroczyły wyjście ku nadchodzącej matce.
Lwica szła, chwiejąc się i rycząc. Łzami nabiegłe oczy padły na tych troje i jakby w obawie, żeby i tych jej nie odebrano, czemprędzej skryła się z niemi do pieczary.
Tymczasem lwa wieziono do wielkiego miasta.
Nie zabito go, jak sądziła osierocona lwica. Raniono go tylko, aby obezwładnić i uleczywszy pokazywać w zwierzyńcu za kratą.
Lew bronił się zaciekle. Związano go po wydobyciu i spętaniu z jamy, którą wykopano, włożywszy na przynętę biedne małe jagniątko.
Biedny lew! Nie ujrzy więcej suchych traw pustyni, nie zobaczy błękitu rozpalonego nieba, nie zaryczy tam donośnie...
A najstraszliwsze to, iż nie ujrzy więcej swej ukochanej żony i dzieci...
Wcisnął się zrozpaczony w kąt klatki, do której go wsadzono i zamglonym wzrokiem patrzał na otaczających go ludzi.
Jechali jeszcze czas jakiś platformą zaprzężoną w konie, aż dojechali do olbrzymiego parku, pełnego drzew niebotycznych i śpiewających ptaków.

Elwira Korotyńska - Miłość Macierzyńska p0017.png

Świeże powietrze owiało biednego niewolnika i pocieszyło go trochę.
On tak przywykł do przestrzeni rozległej, do widoku traw i zieleni...
Postawiono klatkę na podmurowaniu, gdzie stało jeszcze kilka podobnych z porwanemi zapewne w tenże sam sposób zwierzętami.
Była tam długonoga żyrafa, tęskno spoglądająca w przestrzeń, pewnie jak i on o swym kraju marząca.
Był tygrys rzucający się niespokojnie po klatce i skoki dziwaczne wyprawiający niedźwiedź.
Były małpy ucieszne i piękny lampart, były różne ptaki i gady.
Biedny lew zaryczał tak donośnie, że zadrżały pręty żelazne klatki a wszystkie zwierzęta z nim sąsiadujące wydały jeden okrzyk bolesny.
— No, cicho, cicho, mój lwie królewski, — rzekł, podchodząc do niego dozorca. Przykrzy ci się, ale zobaczysz będzie ci tu dobrze i wesoło.
Nazajutrz od samego rana dozorcy czyścili klatki, wrzucali jedzenie, stawiali wodę zwierzętom i ruch był nadzwyczajny.
Przygotowywano się do widowiska. Zwierzęta nakarmione i napojone były w usposobieniu wesołem, zwłaszcza małpki.
Wyprawiały skoki, piszczały, czepiały się krat klatki, gryzły się wzajemnie, wskakiwały jedna na drugą, wogóle zdawały się być bardzo szczęśliwe.
— Jakiż to marny ród te małpy! — myślał lew — cieszą się niewolą...
I łapą pogroził małpom, z czego te wielką miały uciechę i wrzaskiem napełniły park cały.
Tymczasem rozległ się dźwięk dzwonu i do parku zaczęli napływać ludzie. Byli tam i dorośli i mali, mężczyźni i kobiety, ubodzy wyrobnicy i wielkie damy.
Cisnęli się wszyscy, aby ujrzeć czemprędzej króla zwierząt, ujarzmionego batem dozorcy — niewolnika.
Przyglądano mu się z podziwem.
Jeden z przyrodników podszedł bliżej lwa i spojrzawszy w jego smutne a dumy pełne oczy, wyszeptał:
— Król bez królestwa, pan bez władzy, a wygląda na niezwyciężonego.
Oczy lwa zaczęły ciskać błyskawice gniewu na stojących, wreszcie ryk straszliwy rozdarł powietrze i grozą napełnił stojących.
— Król się gniewa! — szeptano w przerażeniu — nie przywykł jeszcze do klatki...
A lew wydawszy ryk schronił się w kącie klatki i przytulony do niej stał bez ruchu...
— Nie widzimy go! nie widzimy! panie dozorco! wypędź go z tego kąta, chcemy widzieć, na tośmy przyszli i zapłacili! — wołano na stojącego przy żyrafie dozorcę.
W jednej chwili, zawołany trącił prętem ukrytego w kącie lwa, który skoczył na środek klatki i potoczył wkoło złym wzrokiem.
— Bliżej! bliżej! — wołano bezustanku, a gdy zwierzę było już bliżej kraty zaczęto je zaczepiać laskami, parasolami, rzucać kamienie i grudki ziemi na niewinnego lwa.

Elwira Korotyńska - Miłość Macierzyńska p0023.png

Lew był młody silny, przytem rozjuszony znęcaniem się i zaczepkami, na które zupełnie nie zasłużył...
Przebrała się w nim miara cierpliwości i wściekły rzucił się z całej mocy ku stojącej gawiedzi. Zatrzymała go krata...
Zaczęto rzucać kamieniami, jedna z dam uderzyła go przez kraty parasolką... Dzieci idąc za przykładem starszych, kijami szturgali biedne zwierzę. Wreszcie jeden z niedorostków trafił kamieniem w niedość zagojoną ranę zwierzęcia.
Tego było zanadto!
Biedne ugodzone boleśnie zwierzę rzuciło się całą siłą ku prętom i ciałem i mocą swych łap wyłamało krat kilka. Był wolny! Panika powstała do nieopisania. Rzucono się ku ucieczce, potrącano się, padano, deptano wzajemnie...
Wiedział każdy co go czeka w razie jeśliby się dostał w łapy zwierzęcia. Krzyk, bieganina, wołanie o ratunek rozległy się wkoło i oszołomiły na chwilę lwa.
Nie chciał uwierzyć temu, że jest wolny!
Ale prawda! Musi się na tym tłumie pomścić, będzie rozdrapywał, zabijał za poniewieranie nim, królem puszcz i lasów... Dalej!...
I wyzwolony z pęt niewoli lew rzucił się ku uciekającym, aby wywrzeć swą zemstę.
Umknęli! Powbiegali do bram domów, poukrywali się po mieszkaniach... Niema na ulicach nikogo.
Paru jeszcze nie należących do dręczycieli i nie wiedzących o ucieczce lwa ze zwierzyńca, ujrzawszy straszliwe zwierzę, biegło co sił starczyło ku bramie...
Zdawało się, że wymarło miasto, tylko z okien wyglądali przerażeni mieszkańcy. Ale oko lwa dojrzało coś, co go zainteresowało.
Na ulicy, niedaleko od chodnika przy którym stał dom murowany, mała dziewczynka zabawiała się wożeniem w wózku swej lalki. Nie widziała przybliżającego się do niej lwa i nie uciekała.
Spokojnie układała swą laleczkę, nakrywając ją kołderką, a tymczasem lew ostrzył na nią pazury.
Matka dziewczynki zajęta była w domu, nie wiedziała o ucieczce lwa ze zwierzyńca i spokojna o swą córeczkę przygotowywała obiad.
Naraz tknęło ją coś, żeby spojrzeć przez okno, jak bawi się jej jedynaczka.
Podeszła i wydała rozpaczny, rozdzierający serca okrzyk...
Mała jej Julcia najspokojniej bawiła się lalką, a z tyłu za nią, niewidzącą strasznego niebezpieczeństwa stał lew z ziejącą paszczą, przygotowujący się do skoku...
Krzyk zamarł w piersi nieszczęsnej matki, rzuciła się ku dziecku, niepomna grożącego jej napadu lwa i pożarcia i uchwyciwszy w objęcia córeczkę rzuciła się ku ucieczce.
Z okien domu powysuwały się głowy strwożonych mieszkańców, bardziej wraźliwi zakryli twarz dłońmi, pewni straszliwego widoku.
Tymczasem lew, w pierwszej chwili gotów do skoku, wstrzymał się, patrząc z podziwem na tak szczytną macierzyńską miłość.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.