Meir Ezofowicz/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Meir Ezofowicz
Podtytuł Powieść z życia Żydów
Data wydania 1879
Wydawnictwo Nakład S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Eli Witebski posiadał w umyśle swym i charakterze niepospolite dyplomatyczne zdolności. Nie urodził się on i nie wzrósł w Szybowie, jak wszyscy bez wyjątku mieszkańcy miejsca tego, ale od trzech lat zaledwie sprowadziły go tu interesa i różne rodzinne okoliczności.
Był więc wśród miejscowéj ludności, znającéj się wzajem od dziadów, pradziadów, cudzoziemcem nieledwie; a w dodatku, życie całe spędziwszy w dużém gubernialném mieście, przywiózł ze zobą wiele nowości, które zadziwiać i razić mogły ultrakonserwatywnych mieszkańców zapadłego kąta. Nowościami temi były: strój odmienny znacznie co do kroju i długości, noszenie pierścienia z brylantem na palcu, nie noszenie jarmułki na głowie, krótkie przystrzyganie złotawéj bródki, zupełny brak w mieszkaniu ksiąg talmudycznych i kabalistycznych, przedewszystkiém zaś posiadanie żony takiéj, jaką była pani Hana, córki, uczącéj się gdzieś na pensyi, i oprócz téj ostatniéj, dwojga tylko dzieci. Nowości te, ważne niezmiernie, niewidziane, niesłychane, powinny były ściągnąć na eleganckiego kupca ogólną niechęć publiczności szybowskiéj. Nie ściągnęły jednak. Zrazu wprawdzie ci i owi poszeptywali pomiędzy sobą, że jest on misnagdimem, postępowcem i w rzeczach wiary indyfferentem. Podejrzenia te jednak rozproszyły się szybko, a siłą, która je zażegnała, była nadzwyczajna łagodność, uprzejmość i giętkość Elego. Grzeczny zawsze, uśmiechniony, pogodny, nie sprzeczał się nigdy z nikim, ustępował każdemu, potwierdzał wszystko, spierających się ludzi unikał, aby nie być zmuszonym do wzięcia strony jednego z nich a obrażenia na siebie drugiego; jeżeli zaś w żaden sposób uniknąć nie mógł, to tak ładnie, płynnie, słodko i przekonywająco przemawiać umiał, iż zwaśnione strony, elokwencyą jego zachwycone, miękły, godziły się, a dla niego wdzięczność i uwielbienie w sercach unosiły, mówiąc z zachwytem: a! kluger mensz! Co do właściwych obrządków i przepisów religijnych, Witebski okazywał się ortodoxem doskonałym. Święcił sabbaty i zachowywał koszery z punktualnością najdrobiazgowszą; wielkiemu rabbinowi, ilekroć go spotykał, kłaniał się bardzo nizko i umiał nawet to, czego nikt w gminie całéj nigdy nie potrafił, — rozchmurzać posępne czoło i rozjaśniać zadumane oczy mędrca, wesołemi przypowieściami jakiemiś, branemi niewiedziéć zkąd, ale układanemi zawsze w ten sposób, iż posiadały coś z mistycznego lub patryotycznego nastroju i trafiały tém do smaku najsurowszym nawet słuchaczom. Niewiele czasu spędzał on w domu, jeżdżąc wciąż po świecie za interesami, któremi zajmował się gorliwie, ale ilekroć znajdował się w Szybowie, widywano go nieodmiennie w Bet-ha-Midraszu, słuchającego ze czcią przynależną mądrych nauczań rabbina Todrosa i uśmiechającego się z lubością, gdy kilkunastu, lub kilkudziesięciu starych i młodych mędrców gminy zawzięcie toczyło ze sobą Pilpul, czyli rozprawy i spory nad różnemi komentarzami i komentarzami komentarzy, których pełnemi są 2,500 drukowanych arkuszy Halachy, Hagady i Gemary. W domu modlitwy bywał téż zawsze, ilekroć bywali tam wszyscy, a choć nie mógł zaliczyć się do rzędu najgoręcéj modlących się, więc najgłośniéj krzyczących i najgwałtowniéj kołyszących się nabożnych, to jednak postawa jego i wyraz twarzy byłały nieodmiennie i doskonale przystojne.
Nie należy przecież mniemać, aby, postępując w ten sposób, Witebski był obłudnikiem. Bynajmniéj; lubił on szczerze zgodę i spokój, nie chciał więc ich zamącać sobie ani innym. Powodziło mu się w życiu, szczęśliwym i zadowolonym czuł się; lubił więc ludzi wszystkich, i najzupełniéj, najszczerzéj było mu to obojętném, czy człowiek, z którym do czynienia miał, był Talmudystą, Kabbalistą, Chassydem, prawowiernym, odszczepieńcem lub nawet Edomitą, byleby tylko nie szkodził mu osobiście. O Edomitach zresztą dowiedział się po raz pierwszy wtedy dopiéro, gdy do Szybowa przyjechał; w kółku bowiem, w którém obracał się dotąd, nazywano chrześcian gojami, ale to rzadko kiedy i tylko pod wpływem wyjątkowych uczuć gniewu lub obrazy, najczęściéj zaś po prostu chrześcianami. Gdy jednak przyjechał do Szybowa i usłyszał o Edomitach, pomyślał w duchu: niech sobie będą i Edomici! odtąd téż nie dawał innéj nazwy chrześcianom, gdy rozmawiał o nich z którym ze Szybowskich mieszkańców. Ale nie było w tém nazywaniu najmniejszéj odrobiny nienawiści, albo choćby niechęci. Edomici nic mu dotąd osobiście złego nie wyrządzili; za cóżby więc miał ich nie lubić? Po-za Szybowem przyjaźnił się z nimi, i wielu z nich nawet lubił, ale w Szybowie — jak wszyscy tak i on!
Religijną edukacyą otrzymał on był w dzieciństwie, ale potém rozwiało się jakoś wszystko i rozproszyło z pamięci jego, wśród świeckich całkiem zatrudnień i starań. W Jehowę wierzył i czcił go głęboko; o Mojżeszu wiedział, i wiedział coś także o starożytnéj niewoli Babilońskiéj i nowożytnych dziejach żydowskiego narodu; — ale co się tycze głębszych rzeczy téjże natury, nie znał się na nich wcale. W gruncie niewiele go téż obchodziło, co i jak powiedział lub nakazał Tanaita albo rabbin jaki. Nie przeczył jednak niczemu ani słowem, ani postępkiem, ani nawet myslą. Robił wszystko, co wszystkim przykazane było, mówiąc sobie: co to szkodzi! Może to tak sobie ludzkie wymyślenie jest, a może i rozkazanie samego Boga, — na co ja mam przeciw niemu sobie Jego obracać?...
Dyplomatyzując w ten sposób z ludźmi i z Bogiem, nie obawiał się niczego i dobrze mu było na świecie.
Byłoby mu na świecie zupełnie a zupełnie dobrze, gdyby nie przywiózł był ze sobą największéj i najbardziéj dla mieszkańców Szybowa zdumiewającéj nowości, — żony swéj, Hany. O ile on, żyjąc w małéj mieścinie, pragnął i usiłował okazywać się takim, jakimi byli wszyscy, o tyle najpilniejszém staraniem pani Hany było czynić inaczéj, niż wszyscy. Gdy przebywali śród szerszego świata, panowała pomiędzy nimi harmonia niebieska, oparta zresztą na rzeczywistém przywiązaniu i jednostajności gustów. Tu jednak pani Hana stała się dla męża swego przedmiotem ciągłego kłopotu i niejakiéj obawy.
Pani Hana rozkochaną była w cywilizacyi, która przedstawiała się jéj w postaci ładnych sukien, własnych włosów na głowie, pięknie umeblowanych pokoi, bardzo grzecznego obchodzenia się z ludźmi, francuzkiego języka i muzyki. Za muzyką przepadała. Mieszkając w dużém mieście, chodziła zawsze słuchać jéj do publicznego ogrodu, gdzie przechadzając się z przyjaciółkami swemi w szeleszczącéj jedwabnéj sukni i kwiecistym kapeluszu, i przypatrując się pięknym panom, rozmawiającym grzecznie z pięknemi paniami, czuła się doskonale szczęśliwą, a bardziéj jeszcze z towarzyskiego położenia swego w świecie dumną. Pewne szczególniéj produkta cywilizacyi wprawiały ją w prawdziwy zachwyt. Raz, ujrzawszy kiedyś w publicznym ogrodzie jakimś fontannę, przypatrywała się jéj przez parę godzin z rozkoszą niewysłowioną, a wróciwszy do miasta swego, które nie posiadało fontanny żadnéj, przez rok cały opowiadała przyjaciółkom swym o widzianém nadzwyczaj piękném zjawisku.
Zwierciadła posiadały téż szczególną jéj predylekcyą, i ilekroć znalazła się naprzeciw jakiéj tafli zwierciadlanéj większych nieco rozmiarów, nie mogła oczu oderwać od niéj, a zwłaszcza od ukazującego się w niéj obrazu własnéj osoby, którą znajdowała wcale piękną, wówczas nadewszystko, gdy miała w uszach złote kolce, a na głowie ładny czepeczek z kwiatami. Co do filozofii religijnéj i w ogólności życiowéj, na téj pani Hana mniéj jeszcze znała się od męża swego. W Pana Boga wierzyła, a nawet w głębi serca srodze się go bała, i w szatanów wierzyła, bojąc się ich jeszcze srożéj, niż Pana Boga; wierzyła także w to, iż ktokolwiek cienia swego w noc świąteczną nie zobaczy, ten w ciągu roku umrze; i w to jeszcze, iż kto świécę postawioną na sabbatowym stole z miejsca poruszy, temu wielkie nieszczęście może się stać. W zamian przecież, w wiele innych rzeczy, zupełnie tamtym podobnych, nie wierzyła, nazywając je wzgardliwie zabobonami; będąc zaś gospodynią skrzętną i zapobiegliwą, uznawała w duszy, iż lepiéj-by było, gdyby Żydzi jedli takie samo mięso jak chrześcianie, bo przychodziłoby im ono daleko taniéj, i gdyby w gospodarstwie niepotrzebném było takie wielkie mnóstwo naczyń kuchennych, które istniéć muszą w każdym domu prawowiernym dla utrzymania jadła w stanie doskonałego koszeru. Co się zaś tycze tkanin, zawierających w sobie mieszaninę lnu i wełny, tych pani Hana, zamykając już oczy i uszy na zakazy wszelkie, stanowczo używała, bo były one ładne i tanie.
Przybywszy do Szybowa, pani Hana przerażoną formalnie została widokiem miejsca, do którego mąż ją przywiózł. Ani śladu cywilizacyi! Publicznego ogrodu żadnego, muzyki grającéj na otwartém powietrzu żadnéj, fontanny ani śladu, pięknych pań i panów, grzecznie rozmawiających ze sobą, ani cienia, francuzkiego języka ani echa! Gwałtu! pani Hana położyła się do łóżka i zakopana w piernatach dwa dni i dwie noce płakała i lamentowała, wołając, że ona tu nie wytrzyma, że umrze i dzieci swoje sierotami zostawi! Nie umarła przecież, z łóżka wstała; bo trzeba było sprzęty przywiezione rozpakować, gospodarstwo urządzić i dzieci ładnie poubierać, aby, wychodząc pierwszy raz na ulicę, zadziwiły pięknością swą i strojem całe to, jak wyrażała się pani Hana ze wzgardliwym giestem: „pospólstwo“. Wystrojone zostały, wybiegły i istotnie zadziwiły wszystkich. Była to pierwsza pociecha, któréj nieszczęsna wygnanka cywilizacyi na wygnaniu swém doświadczyła. Przyszły potém różne inne pociechy, téj podobne. Pani Hana zadziwiała, imponowała czém mogła: strojem, meblami, manierą, wysłowieniem; a ilekroć zdarzyć się to mogło, czuła się niewypowiedzianie szczęśliwą. W gruncie była może szczęśliwszą jeszcze, niż w opuszczoném przez się wielkiém mieście. Tam patrzała tylko na świat cywilizowany i pyszniła się tém, że jest drobną jego cząstką; tu była samą cywilizacyą, całą summą cywilizacyi, jaka istniała w Szybowie.
Zadziwienie to i imponowanie, które stanowiło teraz po gospodarstwie i dzieciach pierwsze zajęcie umysłu pani Hany i główne źródło jéj szczęścia, nabawiało Elego niepokojem i obawą. Zasłyszał on odzywające się z razu szemrania, iż misnagdimem był; dowiedział się, że publiczność oburzona jest srodze na żonę jego za to, iż ta nosi tkaniny mieszane z lnu i wełny, w sobotę w domu swym samowar nastawiać każe i głośno z tém się odzywa: „iż Szybów jest nie na ziemi, ale pod ziemią“. Dowiedział się o tém, struchlał, i połowicy swéj walki wytaczać zaczął: o tkaniny z lnu i wełny, o samowar w sobotę i o położenie nadziemne czy podziemne miasta Szybowa. Połowica walczyła długo, ale dyplomatyczny mąż zwyciężył w końcu co do tkanin i samowarów. Co do położenia Szybowa, nie zwyciężył; bo pani Hana, gdyby nawet najmocniéj postanowiła z należytém uszanowaniem zostawać względem miejsca pobytu swego, nie potrafiłaby tego dokazać. Jeśli nawet milczała, mówiły za to oczy wzgardliwie przymrużające się, usta dumnie uśmiechnięte, strój zawsze wyszukany i maniera tak pełna wykwintnéj grzeczności, iż grzeczniejszą nad nią trudnoby chyba znaléźć na świecie.
W gruncie rzeczy, pani Hana doskonale była szczęśliwą ze swym łagodnym, acz w niektórych razach stanowczym, mężem, z ładnemi i zawsze ustrojonemi dziećmi i z wiekuistém w duszy poczuciem wyższości własnéj nad wszystkiém, co ją otaczało. I jednę tylko miała istotną zgryzotę, a była to myśl, że nigdy już nie będzie mogła zaimponować mieszkankom Szybowa własnemi włosami, raz dla tego, że na odchowanie ich było już zapóźno, następnie, że Eli na podobne publiczne zgorszenie i niebezpieczne narażenie się nie pozwoliłby nigdy. Nosiła więc bardzo piękną czarną perukę na strapionéj swéj głowie i pocieszała się myślą, iż chwila powrotu z Wilna córki jéj, Mery, ostateczny już i największy sprowadzi jéj tryumf. Eli niepokoił się tém mocno, że z pojawieniem się w miasteczku Mery, okaże się ojcem nie takim, jak wszyscy szybowscy ojcowie; pani Hana zaś nie posiadała się z radości, iż okaże się matką inną, niż wszystkie szybowskie matki.
Stało się nakoniec. W miesiąc po rozmowie Elego z Saulem, w bawialnym pokoju Witebskich znajdowało się pięć osób: trzy kobiety i dwóch mężczyzn.
A był to pokój bawialny nie lada! Przyozdabiała go kanapa sprężynowa, zielonym rypsem wybita, (jedyny tego rodzaju egzemplarz w całym Szybowie), kilka podobnych kanapie krzeseł i fortepian. Był to wprawdzie fortepian nie pierwszéj młodości. Owszem, politura w wielu miejscach starta, wązkość klawiatury i żółtość klawiszy zdradzały głęboką nawet jego starożytność. Zawsze jednak był to fortepian jedyny w całym Szybowie, a przywieziony tu przed rokiem, w przewidywaniu powrotu Mery i dla niéj wyłącznie, wywołał był w miasteczku małą rewolucyą, a serce pani napełniał wciąż wielką dumą. Nie brakło téż w saloniku tym firanek u okien i kilku glinianych naczyń, w których rosły bardzo brzydkie, co prawda, i źle utrzymywane kaktusy i pelargonie. Zdarzyło się przecież raz, przed rokiem, że jeden z kaktusów, wypadkiem jakimś, rozkwitł. Pani Hana postawiła go na oknie od ulicy, a wszystkie dzieci z całego miasteczka zbiegały się pod dom jéj i przypatrywały się godzinami całemi wielkiemu czerwonemu kwiatowi.
Owóż, na sprężynowéj, zielonéj kanapie, siedziała pani Hana i siostra jéj, kupcowa z Wilna, w któréj domu mieszkała Mera, uczęszczając ztamtąd przez trzy lata na pensyą, a która teraz osobiście odwiozła do rodziców siostrzenicę swą, przywożąc zarazem syna swego, Leopolda. Postać miała ona okazałą, tak jak i pani Hana, aksamitną mantyllę, własne włosy na głowie i wiele złota wszędzie. Z dwóch stron stołu, przed kanapą stojącego, siedzieli: gospodarz domu i młody siostrzeniec pani Hany, Leopold; Mera, ładna dziewczyna, z płowemi włosy i białą twarzą, krążyła dokoła fortepianu, pragnąc widocznie uderzyć co prędzéj w klawisze, aby odgłosem hucznéj muzyki swéj napełnić całe miasteczko, ale nie śmiąc uczynić tego, bo był to dzień sobotni.
W dzień sabbatu na instrumencie żadnym grać nie wolno. Wiedziała o tém Mera, ale nie robiłaby sobie nic z tego, gdyby nie wzrok ojca, który wciąż zwracał się ku niéj i strzegł ją tém od popełnienia grzechu. Tytuniu palić w dzień sabbatu nie wolno także. Jednak młody Leopold, ładny, wysmukły chłopak, lat dwudziestu, siedząc na fotelu w arcyniedbałéj postawie, palił papierosa, z którego, na domiar biédy, cienkie nici dymu przez otwarte okno ulatywały w świat. Eli wstał i okno zamknął. Na kształtnych ustach Leopolda ukazał się wzgardliwy uśmieszek, Mera nieznacznie ramionami wzruszyła, a pani Hana spłonęła cała wstydem.
Na stole, na posrebrzanéj tacy, stały różne częstunki: konfitury w miodzie smażone, pierniki z miodu i maku, słodkie wino i t. d. Pani Hana uprzejmie raczyła gości swych przysmakami temi, które uzupełniały obiad, złożony z ryby gotowanéj wczoraj i wczoraj upieczonego kugla. Ale kupcowa z Wilna zajęta była czém inném wcale, niż zjadaniem przysmaków. Z wielkiém zajęciem i zachwyceniem przyglądała się ona pięknym złotym broszom, kolcom i bransoletom, które błyszczały przed nią na tle aksamitem wybitych pudełek, a z których kilka przyozdobionych było nawet rubinami, perłami i brylantami.
Były to zaręczynowe podarunki, które Saul, w imieniu Meira, przysłał Merze, nazajutrz zaraz po jéj przybyciu do Szybowa. Od dwóch dni patrzyły już na nie matka i ciotka narzeczonéj, a napatrzyć się jeszcze nie mogły. Matka Leopolda czuła się jednak zmartwioną nieco tém, że syn jéj przywiózł przyrzeczonéj sobie Lii podarunki nierównie skromniejsze niż te, które od Meira otrzymała Mera.
— Nu! szczęśliwa dziewczyna! — mówiła, kołysząc głową, — jéj Pan Bóg prawdziwe szczęście dał! takie podarunki! tacy bogaci ludzie!... Co to! a dla czego on tu nie przychodzi? — zwróciła się z zapytaniem do siostry.
— Iii! — z pogardliwym giestem odrzekła pani Hana, — to prości ludzie! U nich taki zwyczaj, że narzeczeni nie bywają u swoich narzeczonych!
— On młody! — wtrącił Eli, — wstydzi się!...
Mera usiadła w téj chwili przy stole i oparłszy głowę na ręce, smutnie jakoś zamyśliła się; Leopold przeciwnie — zaśmiał się głośno.
— Już ja pewno nie poślę zaręczynowych podarunków, — rzekł, — dopóki dziewczyny téj nie zobaczę!
— Nu! ty ją zobaczysz! — uspakajająco odrzekła matka, — my do nich z wizytą wszyscy pójdziemy!
— A co to za dziewczyna? — zapytała znowu siostry.
— Iii! — odparła jak pierwéj pani Hana, — prosta dziewczyna!
— Ojciec jéj, Rafał, daje za nią piętnaście tysięcy rubli, — wtrącił Eli.
Leopold ściągnął brwi chmurnie.
— A co mnie z tego? — rzekł, — czy ja mogę z piętnastu tysięcy utrzymać się?
— Handel zaczniesz! — zauważył kupiec.
Ale matka ładnego chłopca z gniewem nieledwie zwróciła się ku szwagrowi.
— Handel! — zawołała, — on nie do handlu wychowany! Czy my na to dawaliśmy jemu wielką edukacyą, żeby on handlował? On pięć klas skończył i urzędnikiem jest! Teraz on bierze małą pensyą, to prawda! ale co to można wiedziéć, co z człowiekiem stanie się! On może gubernatorem będzie! Co to można wiedziéć?
Leopold podniósł brwi w sposób oznaczający, iż czuł się w istocie stworzonym do przepowiadanych mu przez matkę zaszczytów i że przeciw ukazywanéj mu perspektywie gubernatorstwa nic a nic nie ma.
Eli uśmiechnął się nieznacznie, ale nie zaprzeczył niczemu. A co to szkodzi, myślał, że oni głupstwa gadają? niech sobie gadają!
W téjże chwili ładniuchna Mera podniosła utrefioną główkę i do ciotecznego brata przemówiła:
— Cousin! comme c’est ennuyant ici!
— Oui, cousine! cette vilaine petite ville est une place très ennuyante! — odparł, wydymając usta, młody człowiek.
Siedzące na kanapie matki nic a nic nie zrozumiały, ale spojrzały wzajem na siebie, zarumieniły się z radości, a pani Hana, wyciągając przez stół pulchną swą rękę, pogłaskała nią włosy córki.
Fiszele! — rzekła z nieopisanym uśmiechem błogości i miłości na ustach.
Na Elim francuzkie mówienie córki sprawiło także niejakie wrażenie. Twarz jego, stroskana nieco w dniu tym, stała się znowu pogodną jak zwykle. Wstał i zawołał wesoło:
— Nu! chodźmy! już czas!
Po kilku minutach, całe towarzystwo zstępowało z ganku na ulicę. Eli miał znowu minę zafrasowaną. Nic na świecie heretyczniejszém być nie mogło nad ubranie młodego jego krewnego. Składało się ono z krótkiego, modnego tużurka, połyskującego obuwia i bardzo szeroko roztwartéj kamizelki, która ukazywała całe piersi, okryte śnieżnéj białości koszulą. W dodatku, młodzieniec ten miał na głowie malutką, zgrabną czapeczkę, z urzędniczą srebrną gwiazdką i — przed wyjściem z domu, zapalił znowu papierosa.
Elemu z trudnością przychodziło sprzeciwiać się komukolwiek w czémkolwiek, témbardziéj więc gościowi swemu i ulubieńcowi dwóch wspaniałych kobiet, które swoją drogą szanował téż wielce. Wyszedłszy jednak na ganek i spostrzegłszy tłumy ludu, które w dzień sobotni, jak mrówki, wychodziły na słońce, nie mógł powstrzymać się od przestrogi.
— Słuchaj Leopold! — rzekł zcicha i łagodnie, — rzuć ty tego papierosa! To głupi lud! na co jego przeciw sobie obracać!... A może, — dodał natychmiast, — i sam Pan Bóg zabronił palić w sabbat! co to można wiedziéć?
Leopold zaśmiał się głośno.
— Już ja nie boję się niczego! — rzekł, i zbiegłszy z ganku, podał ramię Merze.
Leopold tedy i Mera szli przodem, trzymając się pod ręce. Za nimi postępowały dwie wspaniałe matki w bombiastych sukniach, aksamitnych mantyllach i kapeluszami z ogromnemi kwiatami. Eli zamykał orszak, idąc zwolna, z twarzą widocznie stroskaną i z rękoma w tył założonemi.

Jeżeli zwrócenie na siebie uwagi licznego tłumu poczytywaném być może za tryumf, pochód rodziny Witebskich przez plac miasteczka był tryumfalnem pochodem. W mgnieniu oka zbiegła się za nimi ogromna gromada dzieci różnéj
Rodzina Witebskich, udająca się z wizytą do Ezofowiczów.
płci i wieku i — z cichemi zrazu okrzykami, potém z wrzaskiem nieopisanym, biedz za nimi zaczęła. Wkrótce do dzieci przyłączyli się podrastający, a nawet całkiem dorośli ludzie; dostojniejsze rodziny wysypały się na ganki domowstw otaczających rynek; we wrotach szkolnego dziedzińca stał mełamed, w zwykłém, pierwotném ubraniu swém, i nie chcąc jakby wierzyć własnym, szeroko roztwartym, oczom, patrzał na sunące rynkiem dziwowisko.

Największą uwagę publiczności zwracała na siebie młoda para, idąca przodem: Leopold, w swym eleganckim tużurku i z papierosem w ustach, i Mera, w nazbyt nieco bombiastéj, barwnéj sukni, zwieszona na ramieniu kuzyna i krygująca się trochę, aby tém lepiéj okazać swe wielkoświatowe maniery.
Eli szedł jak po żarzących się węglach, pani Hana stąpała jak po wawrzynach. Kupcowa z Wilna rozglądała się po ciemnym tłumie z przymrużonemi oczyma i z podniesioną głową.
Zi! Zi! a szejne puryc! a szejne panienkies! — krzyczały dzieci, biegnąc, skacząc, palce wyciągając i chmury pyłu nogami podnosząc.
— Kto oni są? czy to Izraelici? — zapytywali dorośli i palcami wskazywali na krótkie ubranie i papieros Leopolda.
Misnagdim! — nagle ktoś krzyknął w tłumie i mały kamyczek, niewiedziéć przez kogo rzucony, przeleciał obok głowy Leopolda. Młody człowiek zbladł i odrzucił papierosa, przedmiot ogólnego zgorszenia. Eli zmarszczył czoło. Ale pani Hana wyżéj jeszcze podniosła głowę i dość głośno rzekła do siostry:
— Nu! trzeba im przebaczyć! to taki ciemny lud!
Leopold przecież nie przebaczył ciśnionego nań kamyczka; widać to było po zalęknionych oczach jego a zaciśniętych ustach, z jakiemi wszedł do bawialnéj izby Ezofowiczów.
Tam, na honorowém miejscu, więc na kanapie z żółtą poręczą, siedział stary Saul w otoczeniu synów swych, synowych i kilkorga starszych wnuków. Przy jedném z okien, w wygodnym fotelu, siedziała, ubrylantowana jak zwykle i jak zwykle drzémiąca, prababka, przy drugiém stał Meir.
Kiedy rodzina Witebskich weszła do obszernéj bawialnéj izby, Meir przelotnie tylko spojrzał na Merę, jakby osoba jéj nie obchodziła go wcale, a za to ciekawy, bystry, gorący wzrok utkwił w Leopolda. Zdawałoby się, iż pragnął co najprędzéj zbliżyć się ku człowiekowi temu, przybywającemu z szerokich światów i przeniknąć go nawskróś.
Przez czas jakiś trwały gwarne powitania i wstępne rozmowy. Saul nie opuścił honorowego miejsca swego na kanapie. Córka jego, Sara, żona Bera, robiła honory domu, częstując gości przysmakami i podziwiając głośno piękność kapeluszy i sukien przybyłych pań.
Mera usiadła z gracyą na brzeżku prostego stołka i, bawiona przez nieśmiałą, zawstydzoną, a razem rozradowaną Lię, rzucała z ukosa wejrzenia na stojącego u okna młodzieńca, o którym domyśliła się, że był jéj narzeczonym. Ani razu przecież nie spotkała się z jego wzrokiem. Meir zdawał się nie wiedziéć wcale o jéj istnieniu; patrzał wciąż na Leopolda.
Pani Hana, opowiadając z ożywieniem wielkiém i dumą nie mniejszą otaczającym ją kobietom o pięknéj fontannie, którą widziała kędyś na wielkim świecie i o muzyce grającéj co niedziela w publicznym ogrodzie Wileńskim, rozglądała się po bawialnéj izbie Ezofowiczów. Naprawdę, izba ta obszerna i schludna, ze swym długim stołem rodzinnym po środku, z prostemi drewnianemi stołkami i figurującą śród nich odwieczną żółtą kanapą, posiadała charakter zamożności, oszczędnéj a porządnéj, i była niezrównanie piękniejszą od pstrego saloniku pani Hany. Znajdowały się w niéj téż dwie szafy: jedna oszklona i pełna starych ksiąg, które, według tradycyi rodzinnéj, należały niegdyś do Michała Seniora; druga napełniona naczyniami stołowemi, a u szczytu któréj stał, połyskujący jak złoto, ogromny samowar. Kiedy wzrok pani Hany padł na ostatni ten przedmiot, — spłonęła rumieńcem zawstydzenia. Samowar w bawialnym pokoju rodziny jéj przyszłego zięcia! Było to wręcz sprzeczne ze wszystkiemi przepisami cywilizacyi, o których wiedziała! Wnet potém jednak, z wysoce nieprzystojnego przedmiotu tego wzrok jéj przesunął się na drzémiącą w fotelu prababkę. W téj chwili promień zachodzącego słońca padał na nieruchomą postać tę i roziskrzał klejnoty, któremi była okrytą. Jak gwiazda płomienna, jaśniało nad pomarszczoném czołem jéj spięcie barwistego zawoju; kolce u uszu rzucały tysiące iskier, a perły, okrywające pierś, przybrały bladoróżową barwę.
Pani Hana lekko trąciła siostrę ramieniem.
Zi! — szepnęła, wskazując jéj głową prababkę, — jakie brylanty!
Kupcowa z Wilna aż przymrużyła oczy z zachwytu.
— Aj! aj! — zawołała, — toż-to skarby! A na co takiéj staréj kobiecie takie bogate rzeczy na sobie nosić? co jéj z tego?
Usłyszał wykrzyk ten stary Saul i z grzeczną powagą, pochylając się ku gościom, wyrzekł:
— Ona sobie na to zasłużyła, żeby u nas takie poważanie miéć i żebyśmy ją wszystkiemi drogościami okrywali, jakie cała nasza familia posiada. Ona była koroną swego męża i my wszyscy, jak gałęzie od drzewa, od niéj początek bierzemy!
Przymrużył nieco oczy, zakołysał głową i mówił daléj:
— Ona bardzo stara jest teraz, ale kiedyś była młodą i bardzo piękną. A gdzie piękność jéj podziała się? Starły ją te lata, te miesiące i te dni, co przeleciały nad nią, jak te ptaki, które, jeden za drugim lecąc, obrywają z krzaka po jagodzie, aż wszystkie oberwą. Ona teraz ma wiele zmarszczek na swojéj twarzy, to prawda! Ale zkąd wzięły się te zmarszczki? Ja to wiem, bo kiedy na nie patrzę, to w każdéj z nich widzę jakiś obraz. Kiedy ja patrzę na te zmarszczki, co ona na powiekach i przy oczach swoich ma, przypominam sobie, jak byłem mały i chorowałem bardzo, a ona nad kołyską moją siedziała, śpiewała mi do snu, a z jéj oczu lały się łzy. A kiedy ja patrzę na te zmarszczki, co ona ich tak wiele na policzkach swoich ma, mnie przypominają się wszystkie kłopoty i zgryzoty, które ona przenosiła, gdy wdową została, drugi raz za mąż iść nie chciała, a handel sama prowadziła i powiększała majątek swoich dzieci. A kiedy patrzę na tę zmarszczkę, co ona ją pośrodku czoła swego nosi, mnie zdaje się, że ja widzę ten moment, gdy dusza ojca mego, Hersza, rozwiodła się z ciałem, i gdy moja matka padła na ziemię jak nieżywa i długo tak leżała, nie płacząc, nie krzycząc, nie jęcząc, tylko wzdychając cicho: „Hersz! Hersz! mój Hersz!“ Był to największy smutek, co spotkał ją w jéj życiu, i od tego powstała pośrodku jéj czoła największa zmarszczka...
Tak prawił stary Saul, ze wskazującym palcem, uroczyście wzniesionym w górę, i z zamyślonym uśmiechem na żółtych wargach. Słuchając go, kobiety wstrząsały głowami wpół smutnie, wpół przytwierdzająco i, spoglądając na siebie, mówiły zcicha:
Herst! herst!
Pani Hana zaś była tak rozrzewnioną i zachwyconą, że aż łzy ukazały się na jéj rzęsach. Otarła ją batystową chustką, którą trzymała wciąż w ręce, a potém rękę tę wyciągnęła ku Saulowi:
Danke! danke! — mówiła z uśmiechem wdzięczności na ustach.
Danke! — powtórzyła za nią większość obecnych, a kupcowa z Wilna, Witebski i parę innych, obcych rodzinie osób, rzekli pół-głosem:
A kługer mensz! erłycher mensz!... (mądry człowiek! zacny człowiek!)
Miłość i cześć synowska okazana przez Saula, a także obrazowe opowiadanie jego o macierzyńskich zmarszczkach, mile wzruszyły wszystkie serca i wyobraźnie.
Młody tylko Leopold, który dotąd, albo siedział milczący i chmurny, albo półgłosem z Merą po francuzku rozmawiał, powstał z miejsca swego i zbliżył się ku oknu, przy którém stał Meir. Wkoło kanapy rozpoczęła się znowu ożywiona rozmowa, zagajona wyrażoném przez panią Hanę ubolewaniem, że była to sobota i że fortepianu tu nie było, że zatém córka jéj nie może zagrać takich pięknych melodyj, iż od nich roztapia się jéj serce, a przed oczyma staje ogród botaniczny Wileński, grająca w nim orkiestra i rozmaite inne rzeczy, należące do utraconego przez nią raju cywilizacyi.
Dwaj młodzi ludzie pozostali w odosobnieniu zupełném; rozmowy ich usłyszéć nikt nie mógł. Zdawało się, że Leopold nie miał zrazu zamiaru przemówienia do Meira. Oddalił się on od towarzystwa w innym wcale celu, który zdradzała wydobyta z kieszeni kamizelki srebrna cygarnica. Ale Meir, gdy tylko zobaczył go zmierzającego ku sobie, postąpił parę kroków naprzód. Twarz jego zajaśniała radością.
— Jestem Meir, wnuk Saula, — rzekł, podając gościowi rękę, — chcę bardzo ciebie poznać, ażeby wiele rzeczy tobie powiedziéć i wiele od ciebie posłyszéć...
Leopold ukłonił się wykwintnie, lecz ceremonialnie, i zaledwie dotknął otwartéj, ciepłéj dłoni rówieśnika. Smutek mignął w rozjaśnionych radością oczach Meira.
— Ty nie bardzo chcesz mnie poznać, — rzekł, — i ja temu nie dziwię się. Ty jesteś edukowanym, nauki wszystkie posiadasz, a ja — prosty Żyd, który Biblią i Talmud zna dobrze, ale więcéj nic. Jednak ty mię posłuchaj! ja wiele różnych myśli w mojéj głowie noszę, ale tylko one jeszcze w nieporządku są. Może ty mi powiesz co takiego, co mię mądrym zrobi?
Leopold słuchał mowy téj, drżącéj naprzód łagodną pokorą, a potém zapałem młodzieńczym, z ciekawością, w któréj był téż odcień szyderstwa.
— I owszem! — rzekł, — jeżeli pan chce dowiedziéć się czego ode mnie, to ja panu powiem! Czemu nie? ja wiele mogę powiedziéć!
— Leopold! ty nie nazywaj mię panem. Mnie to przykro, bo ja ciebie bardzo kocham...
Leopolda zdziwiło widocznie naiwne to oświadczenie.
— Mnie to bardzo miło! — wymówił, — ale my pierwszy raz widzimy się ze sobą!
— To nic! — zawołał Meir, — ale ja dawno już chciałem zobaczyć takiego Izraelitę, jak ty jesteś... i powiedziéć jemu, jak Rabbi Eliezer powiedział jerozolimskiemu mędrcowi: „Niech ja będę twoim uczniem, a ty bądź moim nauczycielem!“
Tym razem, zdziwienie wyraźnie już bardzo odmalowało się na twarzy młodego światowca i wyraźniejszym stał się towarzyszący mu odcień szyderstwa. Widać było, że nic a nic nie zrozumiał mowy młodzieńca i uważał go jakby za wpółdzikiego człowieka.
Meir w zapale swym nie spostrzegał wywieranego przez się wrażenia.
— Leopold! — zaczął, — wiele ty lat uczyłeś się w cudzéj szkole?
— W jakiéj cudzéj szkole? — zapytał Leopold.
— Nu, w téj szkole, w któréj różnych nieżydowskich nauk ludzie uczą się?
Leopold zrozumiał. Przymrużył oczy, wydął usta i odpowiedział:
— No! ja do gimnazyum przez pięć lat chodził!
— Pięć lat! — zawołał Meir. — To ty bardzo uczonym jesteś, kiedy tak długo do téj szkoły chodziłeś!
— No! — z pobłażliwym uśmiechem odparł gość, — są na świecie ludzie uczeńsi jeszcze ode mnie!
Meir przybliżał się coraz bardziéj do towarzysza i oczy jego coraz żywiéj błyszczały.
— A czego tam uczą w téj szkole? — zapytał.
— Różnych rzeczy!
— A jakie to są te różne rzeczy?

Leopold, z ironicznym nieco uśmiechem na ustach, zwolna recytować zaczął imiona wszystkich nauk, udzielanych w szkołach.
Meir i Leopold.
Przerwał mu żywo Meir:

— I ty wszystkie te nauki znasz?
— A jakże! — odpowiedział gość.
— A co ty teraz z tém robisz?
Pytanie to, wymówione z ciekawością nadzwyczajną, wprawiło w osłupienie ładnego chłopca.
— Jakto: co robię? — zapytał.
— Nu, ja chcę wiedziéć, jakiemi myślami nauki te napełniły twoję głowę i co ty z myślami swemi na świecie robisz?
— No! jakto, co ja robię? Ja urzędnikiem jestem, w kancellaryi samego gubernatora ważne bardzo papiery przepisuję.
Meir pomyślał chwilę.
— To nic, że ty w kancellaryi papiery przepisujesz; ja nie o tém chciałem wiedziéć. Ty to dla zarobku robisz. Każdy człowiek zarabiać musi. Ale ja chciałem wiedziéć, co ty sobie myślisz, kiedy czasem sam jeden zostaniesz, i co tobie te myśli twoje robić na świecie każą?
Leopold szeroko otwierał oczy.
— No! — zawołał zniecierpliwony, — o czém ja mam myśléć? Ot jak powrócę z biura, to siedzę sobie w domu, papierosa palę i myślę, że jak ożenię się i posag wezmę, a ojciec mi odda to, co mi od niego należy się, kamienicę sobie kupię, na dole w kamienicy piękne sklepy urządzę, pierwsze piętro bogatym jakim ludziom w arendę puszczę, a sam na drugiém mieszkać będę. Teraz nawet sprzedają tam jednę kamienicę bardzo piękną i jabym ją chciał sobie kupić. Ona ze dwa tysiące rubli na rok dochodu da i officyny jeszcze są przy niéj dobre...
Tym razem przyszła na Meira koléj dziwienia się.
— I ty, Leopold, o niczém więcéj nie myślisz, tylko o téj kamienicy? — zapytał.
— No, a o czém ja mam myśléć! U mnie, dziękować Bogu, kłopotów żadnych na głowie niéma. Mieszkanie i stół u rodziców mam, a na ubranie wystarcza mi ta pensya, co ją w kancellaryi biorę.
Meir utkwił wzrok w ziemi. Na czole jego zarysowała się zmarszczka, jak zwykle u niego bywało, gdy uczuwał się czémś przykro dotkniętym.
— Słuchaj, Leopold, — rzekł po chwili głębokiego namysłu, — czy tam u was, w wielkiém mieście, niéma wcale biednych i ciemnych Żydów?
Leopold zaśmiał się.
— A gdzie ich niéma? Jest ich i tam bardzo dużo!
— A co ty sobie myślisz, kiedy na nich patrzysz? — gwałtownie zapytał Meir.
— Co ja mam myśléć? Myślę, że oni są bardzo głupi — i brudni!
— I ty, patrząc na nich, o niczém więcéj nie myślisz? — powtórzył Meir, ale szeptem już prawie.
Leopold otworzył cygarnicę i wydobywać z niéj zaczął papierosa. Meir w zamyśleniu swém nie zwrócił na to uwagi.
— Leopold! — zaczął po chwili z rozbudzoną na nowo energią, — ty téj kamienicy w wielkiém mieście nie kupuj!
— A dla czego ja kupować jéj nie mam?
— Ja tobie powiem dla czego. Tobie siostrę moję stryjeczną przyrzekli. To dobra i rozumna dziewczyna. Ona edukacyi żadnéj nie ma, ale chciała zawsze ją miéć i bardzo ucieszyła się, gdy jéj powiedzieli, że ona edukowanego męża będzie miała. Ty z nią ożenisz się, a jak ożenisz się, to poproś wielkich urzędników, żeby tobie w Szybowie pozwolili szkołę dla Żydów urządzić, taką szkołę, w któréjby nietylko Tory i Talmudu, ale i innych cudzych nauk uczyli... Ty sam nad tą szkołą cały zarząd będziesz trzymał, a mnie nauczysz, jak ja tobie pomagać mam...
Leopold śmiał się, ale Meir, cały rozpromieniony radością, jaką sprawiał mu pomysł własny, nie spostrzegał tego. Pochylił się bardziéj jeszcze ku towarzyszowi i na ucho mu prawie szeptał:
— Ja tobie powiem, Leopold! U nas w Szybowie wielka ciemnota panuje i jest wielu bardzo biednych ludzi, co w wielkiéj nędzy żyją. Ale są tutaj i tacy ludzie, — wszyscy młodzi, — którym bardzo smutno, że oni innego świata i innych nauk nie znają. Oni bardzo chcieliby je poznać, ale niéma nikogo, ktoby pomógł duszom ich z ciemnicy powychodzić. I jest tu jeden wielki rabbin, Izaak Todros, bardzo srogi, którego wszyscy lękają się; i są kahalni urzędnicy, którzy biedny naród bardzo uciskają... Żebyś ty tu przyjechał i innych edukowanych ludzi ze sobą przywiózł i razem z nimi dopomógł nam wszystkim wyjść z ciemnoty, biédy i smutku!
Mówił to wszystko z nadzwyczajnym zapałem, z tryumfującém czołem i gorącą prośbą w głosie. Lecz nic dorównaćby nie mogło zdziwieniu i zarazem szyderstwu, z jakiém mowy jego słuchał młody Leopold. Wydobywał on teraz ze srebrnego pudełeczka zapałkę i twarz pochylał nieco, aby nie ukazać wstrząsających nią uśmiechów.
— Nu, — rzekł Meir, — co ty sobie myślisz o tém, co ja powiedziałem? czy to dobry projekt?
Leopold dotknął ściany końcem zapałki i odpowiedział:
— Ja myślę sobie, że jak ja o twoim projekcie powiem mojéj familii i moim kolegom w biurze, to oni z niego bardzo śmiać się będą...
Iskrzące się przedtém oczy Meira zgasły nagle.
— Z czego tu śmiać się? — szepnął.
W téjże chwili Leopold zapalił trzymanego w ręku papierosa. Błękitny, wonny dymek rozszedł się po izbie i zaleciał ku miejscu, w którém liczne towarzystwo obsiadło stół przed żółtą kanapą. Rafał podniósł głowę ze zdziwieniem i obejrzał się. Spojrzał téż w stronę okna stary Saul i podniósł się nieco z kanapy.
— Bardzo przepraszam, — rzekł grzecznie, ale stanowczo, — ja nie pozwalam, żeby w moim domu ludzie robili to, na co nie pozwala święty nasz Zakon!
Rzekłszy to, usiadł spokojnie, patrząc jednak na Leopolda z pod siwych brwi, które zjeżyły się nieco.
Leopold poczerwieniał czerwonością szkarłatu, rzucił papierosa na ziemię i z tłumionym gniewem zgasił go nogą.
— No! ot jaka tu u was grzeczność! — rzekł do Meira.
— A na co ty, Leopold, w sabbat papierosy palisz?
— A ty nie palisz? — z ironią i niedowierzaniem patrząc w oczy towarzyszowi, zapytał gość.
— Nie palę, — stanowczo odparł Meir.
— To ty chcesz dusze ludzkie z ciemnicy wyprowadzać, a wierzysz, że nie palić tytuniu w sabbat, to święty Zakon?
— Nie, ja w to dawno przestałem wierzyć! — równie stanowczo jak pierwéj odparł Meir.
— To ty chcesz buntować ludzi przeciw wielkiemu rabbinowi i kahalnym, a sam ustępujesz?
Oczy Meira zaświeciły znowu, ale tym razem gniewnie jakoś i szydersko.
— Żeby szło o to, — zaczął, — aby jaką duszę ludzką od ciemnoty, albo jakie ciało ludzkie od nędzy wybawić, jabym nie ustępował, bo to ważne rzeczy są; ale kiedy idzie o to, aby ustom moim przyjemność zrobić — ja ustępuję, bo to głupstwo jest: a choć ja nie wierzę, aby Zakon ten świętym był i od samego Pana Boga pochodził, ale starsi w to wierzą; a mnie się zdaje, że kto starszym sprzeciwia się dla głupstwa, ten wielką niegrzeczność robi!
Leopold, wysłuchawszy przemówienia tego, odwrócił się od Meira i poszedł ku siedzącéj wciąż na brzegu krzesła Merze. Meir wiódł jeszcze za nim przez chwilę wzrokiem, w którym malowały się uczucia zawodu i gniewu, potém odszedł od okna i szybko izbę opuścił.
Nagłe to oddalenie się młodego człowieka wywarło silne wrażenie na kobiecéj części towarzystwa. Mężczyźni zaledwie zwrócili na nie uwagę, tak im się to naturalném, a po części i chwalebném wydawało, że narzeczony przez skromność i zawstydzenie unikał widoku wybranéj dla siebie przez starszych oblubienicy. Ale kupcowa z Wilna i pani Hana zasępiły się widocznie, a Mera pociągnęła matkę za suknią i szepnęła:
Maman! idźmy już do domu!
Meir tymczasem szybko zmierzał ku mieszkaniu przyjaciela swego, Eliezera, lecz zajrzał tylko przez otwarte okno nizkiéj budowy i poszedł daléj, bo izdebka kantora była pustą. Wiedział snadź, gdzie szukać towarzyszy swych. Zdążał prosto ku znajdującéj się za miasteczkiem łące.
Jak przed kilku tygodniami, łąka ta, prawdziwa tu oaza ciszy i świeżości, kąpała się cała w różowych blaskach zachodu. Porastające ją bujne trawy nie posiadały wprawdzie wiosennéj, szmaragdowéj barwy, bo zwarzyły je nieco letnie upały; lecz w zamian, rozkwitały pośród nich puszyste kępy, albo wysmukłe kielichy dzikich kwiatów, napełniających powietrze mocną wonią.
U stóp gaju, pod gęsto rosnącemi brzozami, siedziała i wpół leżała na trawie gromadka ludzi, złożona z dorosłych już lecz bardzo młodych mężczyzn. Jedni z nich, pochyleni ku sobie, rozmawiali półgłosem; inni machinalnie rwali wzrastające dokoła nich rośliny i układali z nich barwiste więzie; inni jeszcze, z twarzami zwróconemi ku błękitnym obłokom, po których mknęły złotawe chmury, nucili zcicha.
Opodal nieco, przy sadzawce, któréj brzegi zwieńczone były teraz gęstemi kępami niezapominajek, a powierzchnię pokrywały długie liście i szerokie kwiaty wodnych roślin, siedziała w nieruchoméj postawie wysmukła dziewczyna, z ciemną, chudą twarzą, z ogromnemi czarnemi oczyma i koralowym naszyjnikiem, opadającym na grubą koszulę. Obok niéj, wśród kalinowych krzaków, obciążonych gronami ponsowych jagód, pasła się biała koza, skubiąc tu i ówdzie trawę i liście.
Meir szybko zdążał ku gromadce młodych ludzi, czerniejącéj u stóp gaju. Widać było, że oni także oczekiwali przybycia jego z niejaką niecierpliwością, bo ci z nich, którzy leżeli na trawie, spostrzegłszy go, podnieśli się i usiedli z wlepionemi w twarz jego oczyma.
Wszedł pomiędzy towarzyszy swych, nie witając ich ani jedném słowem, nie patrząc na nich, i usiadł na obalonym przez burzę grubym pniu brzozowym. Smutnym wydawał się, ale bardziéj jeszcze gniewnym. Młodzi ludzie milczeli i patrzali na niego z niejakiém zdziwieniem. Eliezer, który leżał na trawie, z ramieniem wspartém o kłodę, na któréj usiadł Meir, pierwszy zapytał:
— Nu, a co? widziałeś jego?
— Widziałeś jego? — powtórzyło teraz chórem kilka głosów. — Jaki on jest? czy on bardzo uczony i rozumny?
Meir podniósł twarz i z uniesieniem zawołał:
— On uczony jest, ale bardzo głupi!
Wykrzyk ten obudził pośród młodych ludzi najwyższe zdziwienie. Po dość długiém dopiéro milczeniu, Aryel, syn wspaniałego Morejne Kalmana, wymówił z namysłem:
— A jak to może być, żeby człowiek uczonym był i razem głupim?
— A zkąd ja mogę wiedziéć, jakim sposobem to może być? — odpowiedział Meir i oczy jego roztworzyły się szeroko, jakby spoglądał w niezgłębioną straszną jakąś przepaść.
Wnet potém zawiązała się rozmowa, złożona z nadzwyczajnie szybko następujących po sobie pytań i odpowiedzi.
— Co on tobie mówił?
— On mnie same tylko głupie i złe rzeczy mówił!
— Dla czego ty nie pytałeś się go o rzeczy rozumne?
— Ja pytałem się, ale on nie rozumiał nawet, czego ja od niego chcę!
— A czy on tobie nie powiedział, o czém on myśli?
— On powiedział, że myśli o tém, żeby kupić sobie piękną kamienicę, która jemu dwa tysiące rubli dochodu dawać będzie!
— O kamienicy on może sobie myśléć, ale o czém on więcéj myśli?
— On powiedział, że o niczém więcéj nie myśli!
— A co on tam na świecie robi?
— On w kancellaryi papiery przepisuje, a jak powróci z kancellaryi, papierosy pali i o kamienicy myśli.
— A co on o tych Żydach myśli, którzy edukacyi takiéj jak on nie odebrali i w wielkiéj ciemności, albo w wielkiéj nędzy żyją?
— On o nich myśli, że to głupi i brudny naród jest!
— A co on tobie mówił, jak ty jemu powiedziałeś o nas wszystkich, którzy chcemy dusze nasze z ciemnicy wybawić, a nie możemy?
— On mówił, że jak o tém swojéj familii i swoim kolegom opowié, to oni będą bardzo śmiać się!
— A z czego tu śmiać się? — zapytali chórem młodzi ludzie.
Potém nastąpiło długie milczenie, aż ze wszystkich razem piersi wybuchnął nagły i namiętny wykrzyk:
A szlechter mensz! (Zły człowiek!)
Po chwili, stryjeczny brat Meira, Chaim, syn Abrama, wymówił:
— Meir! to ta edukacya i nauka, któréj my bardzo chcemy, złą chyba jest, kiedy ona ludzi złymi i głupimi robi?
A dwaj czy trzéj inni młodzieńcy jednocześnie zawołali:
— Meir! wytłómacz ty nam to!
Meir spojrzał po twarzach towarzyszy mętnym wzrokiem i, opuszczając bladą twarz na obie dłonie, odpowiedział:
— Ja już nic nie wiem!
W krótkiéj odpowiedzi téj ozwało się głębokie, stłumione łkanie. Ale w téj chwili podniosła się w górę biała ręka kantora, i odciągnęła od zmartwionéj twarzy przyjaciela, zakrywające ją, dłonie jego.
— Niech serca wasze w wielki smutek nie zapadają, — wymówił Eliezer, — ja zaraz poproszę mistrza naszego, ażeby on na pytanie wasze odpowiedział!
Mówiąc to, podniósł z ziemi wielką księgę, starannie w zaroślach gaju ukrytą, i z tryumfującym usmiechem na łagodnych ustach ukazał towarzyszom pierwszą jéj kartę. Na karcie téj wielkiemi literami wydrukowane było imię i nazwisko Mojżesza Majmonidesa.
Młodzi ludzie, przedstawiający teraz ściśle zbliżoną ku sobie gromadkę, wyprostowali postawy swe, a na twarzach ich rozlał się wyraz uroczystéj uwagi. Mędrzec izraelski przemówić do nich miał ustami ukochanego ich piewcy. Mistrz to był stary, zapomniany przez jednych, przez innych wyklęty, lecz dla nich święty i drogi, bo dotąd jedyny. Odkąd duch mistrza tego, w postaci kilku ksiąg grubych, przywiezionych tu przez wracającego z dalekich światów Eliezera, wionął nad ich głowami, uczuli oni nieznany im dawniéj wir myśli i bunt uczuć, — smucić się, tęsknić i pragnąć zaczęli. A jednak za smutek i tęsknotę wdzięczni mu byli, a w strapieniach i wątpliwościach swych biegli ku niemu. Niestety! nie na wszystkie zapytania i skargi ich miał on odpowiedź i pociechę! Wieki upłynęły, czasy zmieniły się, długi łańcuch nowych i coraz nowe prawdy niosących geniuszów nad światem przeciągnął... Ale oni o żadnych innych geniuszach, prócz tego jednego, nie wiedzieli nic; a teraz, gdy otworzono przed nimi wielką księgę, gotowali się, z radością i uroczystym nastrojem, do przyjęcia w piersi swe oddechu staréj jego mądrości.
Eliezer jednak nie zaraz czytać zaczął. Przewracał on karty książki, szukając ustępu stosownego do okoliczności.
Tymczasem dziewczyna, siedząca dotąd u brzegu sadzawki, powstała z pośród niezapominajek i kalin i brzegiem gaju zwolna i cicho przesuwała się ku gromadce młodych ludzi. Zdala już widziéć można było, jak czarne ogromne jéj oczy tkwiły nieruchomo w twarzy Meira. Biała koza szła tuż za nią. Zniknęły obie na chwilę w zaroślach gaju, poczém wśród uplotów gałęzi brzozowych zjawiła się i o parę kroków za Meirem stanęła Gołda. Przyszła tak cicho, że nikt jéj nie spostrzegł; ramieniem otoczyła cienki pień brzozy i, głowę opierając na kołyszącéj się lekko gałęzi, wzrokiem objęła pochyloną nieco głowę Meira. Innych tam obecnych ludzi zdawała się nie widziéć.
W téjże chwili, dźwięcznym, czystym jak kryształ głosem Eliezer zawołał:
— Słuchaj Izraelu!
Słowami temi zaczyna się wiele świętych psalmów i każde pobożne czytanie Izraelitów. Dla młodzieńców, otaczających Eliezera, słuchanie słów starego mistrza psalmem czci i głęboką modlitwą ducha być miało.
Eliezer śpiewnym i kołyszącym się nieco głosem czytać zaczął:
„Uczniowie moi! zapytujecie mię, jaka siła pociąga w górę świetliste istoty niebieskie, które zowiemy gwiazdami, i dla czego jedne z nich podnoszą się tak wysoko, że giną w mlecznych mgłach, a drugie ciężko płyną pod niebo i zostają daleko za siostrami swemi?
„Odkryję przed wami tajemnicę, któréj ciekawi jesteście.
„Siłą pociągającą w górę świetliste ciała niebieskie jest Doskonałość, która mieszka na wysokościach najwyższych, a która w języku ludzkim ma imię Bóg. Gwiazdy, zjęte dla Doskonałości miłością i tęsknotą, podnoszą się wciąż w górę, aby dostąpić większéj jéj blizkości, a z Mądrości jéj i Dobroci coś dla siebie wziąć. Płyną one po przestrzeni przez wieki wieków i te z nich, które najbardziej rozkochane są w Doskonałości, zapłynęły już najwyżéj, a te, co z cięższéj materyi złożone, mniéj pragną przyjąć w siebie cząstkę boskiéj światłości, zostały daleko za siostrami swemi...
„Uczniowie moi! od tych istot świetlistych, które najmocniéj tęsknią i pragną i najbliżéj Doskonałości są, pochodzą wszystkie zmiany, które stają się na podksiężycowym świecie... One-to sprawiają przechodzenie powstawanie, z nich rodzą się kształty i obrazy rzeczy...“
Umilkł Eliezer i podniósł twarz z nad książki. Turkusowe oczy jego promieniały radością.
Młodzi ludzie jednak milczeli i myśleli długo, usiłując dopatrzyć w przeczytanym im ustępie mędrca rozstrzygnięcie dręczących ich wątpliwości. Meir pierwszy zawołał:
— Eliezer! ja zrozumiałem!
— Wytłómacz nam! — zawołali chórem młodzieńcy. Meir z rozwagą odpowiedział:
— Są ludzie, co jak świetliste istoty niebieskie, o których pisze mędrzec, podnoszą dusze swoje w górę z tęsknoty za Doskonałością. Oni wiedzą o tém, że Doskonałość jest i pragną z Mądrości i Dobroci jéj wziąć coś w siebie. Ale są i tacy ludzie, co jak te gwiazdy, z cięższéj materyi złożone, o których pisze mędrzec, nie kochają Doskonałości i nie pną się pod górę z tęsknoty za nią. Tacy ludzie trzymają duchy swoje bardzo nizko...
Zrozumieli teraz wszyscy. Radość promieniała na wszystkich twarzach. Tak drobnéj, drobnéj okruszyny wiedzy i prawdy trzeba było, aby rozradować duchy te ubogie, a przecież tak bogate!
Meir pochwycił z rąk przyjaciela dobrze snadź znaną sobie książkę i na innéj karcie jéj przeczytał jeszcze:
— „Aniołowie sami równymi sobie nie są. Stoją oni jeden nad drugim, jak na szczeblach drabiny, a najwyższym z nich jest Duch, wydający z siebie myśl i poznanie. Ten Duch jest ożywiającym Rozumem a Hagada nazywa go Książęciem Świata! (Sar-ha-Olam.)
— Najwyższym Aniołem jest Duch, wydający z siebie myśl i poznanie, a Hagada nazywa go „Książęciem świata“, — powtórzył za Meirem chór głosów młodzieńczych.
Wątpliwości ich rozproszonemi zostały. Poznanie odzyskało znowu cześć w ich umysłach, obudziło tęsknotę w sercach, a przed oczyma przesunęło się w postaci Anioła nad Aniołami, lecącego nad światem w purpurze książęcéj, ze świetlistą obsłoną wyłonionych przez się myśli.
Zaduma legła na czołach i w oczach młodzieńców. Zadumą cichego wieczora oblekała się wkoło nich kwiecista łąka i leżąca za nią żółta równina. Przed nimi stanęły nad dalekim lasem szkarłatne chmury, za które skryła się tarcza słoneczna, za nimi gaj zielony drzémał nieruchomo i w mroczny cień zapadał.
Po łące i dalekich polach popłynął srebrzysty, przeciągły głos Eliezera.
— „We śnie ujrzałem ducha ludu mego!“ — śpiewać zaczął biały piewca Jehowy.
A pieśń to była niewiedziéć zkąd, niewiedziéć jak powstała. Kto utworzył ją? nikt powiedziéć-by nie potrafił. Wiersz jéj pierwszy podał podobno przyjaciołom swym Eliezer, po jednym ze snów swych tajemniczych i ekstatycznych, które nawiedzały go często; drugi dorobił Aryel, syn Kalmana, wtedy, gdy w cienistym gaju samotnie grał na skrzypcach. Były w niéj i takie, które wybuchnęły z piersi Meira, i inne, które nieśmiało wyszeptał, dziecięcemi prawie usty, Chaim, syn Abrama.
Tak powstają wszystkie pieśni ludowe. Rodowodem ich — serca tęskniące, myśli uciśnione, instynktowe rwanie się ku lepszemu życiu.
Tak powstała i w Szybowie pieśń, którą teraz śpiewać zaczął kantor:

— „We śnie ujrzałem ducha ludu mego!
„Czy miał on na ramionach purpurową szatę?
„Czy po świecie nosiły go wozy bogate?...

Tu z głosem piewcy połączyły się głosy inne, a po łąkach i polu rozległ się potężny chór odpowiedzi:

— „W prochu dróg kamienistych były stopy jego!
I prochem siwa głowa była osypana!
I łachmany słoniły mu chude kolana,
Które drżały!“

W tém miejscu, w chór śpiewających głosów młodzieńczych wmieszał się szept, wychodzący z brzozowych zarośli.
— Szaa! tu są ludzie, co was słuchają!
W istocie na drodze gaj przerzynającéj czerniało w zmroku kilka postaci męzkich, bardzo powoli postępujących ku łące. Ale śpiewacy nie słyszeli ani przestrogi Gołdy, ani szmeru nadchodzących kroków.
Druga strofa pieśni rozbrzmiała po łące:

— „Och! smutny, biedny duchu ludu mego!
Czy na los twój zamknięte oko Pana twego?
Gdzie rozwiała się wielka pyszność Twego tronu?
Czy na wieki powiędły już róże Syonu?
Czy złamały się nawskróś już cedry Libanu?
Czy nie zabrzmi już nigdy na podziękę Panu
Chóralny Twój śpiew?“

Ostatni wiersz pieśni brzmiał jeszcze, gdy z drogi, gaj przerzynającéj, weszli na łąkę trzéj mężczyźni. Mieli oni na sobie odświętne, czarne, długie ubrania, a przepasani byli kolorowemi chustkami, które w dzień sabbatu noszone zwykłym sposobem być nie mogą, ale opasując odzież, część jéj stanowią i grzechu nie czynią.

Pośrodku szedł ojciec kantora, Jankiel Kamionker; po obu stronach jego postępowali Abram Ezofowicz, ojciec Chaima, i Morejne Kalman, ojciec Aryela.
Abraham Ezofowicz, Kalman i Kamionker, zgorszeni postępkiem Meira.
Pomimo zmroku, przy ostatnich światłach dnia, ojcowie poznali synów swych, a synowie ojców . Głosy młodzieńców zadrżały, przycichły i z kolei milkły, aż zamilkło całe grono śpiewaków, i jeden tylko głos nie umilkł, lecz śpiewał daléj:

— „Czy nie wyjdziesz już nigdy z głębokich ciemności,
Czy nie zadrżą w mogiłach ojców twoich kości
Z dumy i rozradowania?“

Był to głos Meira.
Poważni mężowie, przebywający łąkę, stanęli i obrócili się twarzami ku skupionéj u gaju gromadce młodzieńców, a w téjże chwili, z samotnym głosem męzkim, połączył się głos kobiecy, czysty, donośny głos Gołdy, która, ujrzawszy rozgniewane postacie mężów, stojących śród łąki, zawtórowała Meirowi tak, jakby chciała połączyć się z nim we wspólnéj odwadze i we wspólném może — niebezpieczeństwie.
I nie zważając na milczenie towarzyszy, ani na groźne, ciemne postacie, śród łąki stojące, połączone ze sobą głosy te śpiewały daléj:

— „Niechaj nogi twe spoczną, niech rany się zgoją,
Niechaj blaski świetliste ze zdroju mądrości
Ukoją twoje bóle, nędze i ciemności,
Niechaj zabrzmi dla ciebie trąba Zmartwychwstania!
Niechaj z kajdan uwolni smutną duszę twoją
Anioł poznania!“

Pieśń miała tylko trzy te strofy. Umilkły więc z ostatnim jéj wierszem śpiewające ją głosy: męzki i kobiecy.
Dostojnicy gminy, stojący dotąd śród łąki, zwrócili się ku miasteczku i, głośno, gniewnie rozmawiając ze sobą, dążyli ku domowi Ezofowiczów.

∗                ∗


Abram, syn Saula, różnił się wielce od starszego brata swego, Rafała. O ile wysoki, czarnowłosy, piękny jeszcze mimo swych lat pięćdziesięciu kilku, Rafał poważnym był, rozważnym i małomównym, o tyle nizki, przygarbiony, z popielatemi od siwizny włosami Abram, zapalczywym wydawał się, wraźliwym i namiętnym. Mowa jego była prędką; giesta posiadały gwałtowność namiętnéj natury; wzrok iskrzył się i ponuro najczęściéj spuszczał się ku ziemi.
Obaj bracia byli uczeni i uczonością swą zdobyli sobie oddawna wysoko cenioną w gminie godność morejnowską. Ale Rafał studyował przedewszystkiém Talmud i uchodził za jednego z największych znawców jego; Abram zaś przekładał mistycznie zaciekania się w przepaściste tajemnice Zoharu. Rafał posiadał w daleko wyższym stopniu, niż brat jego, szacunek i zaufanie innowierców, z którymi wiódł interesa liczne; Abram za to cieszył się żywszą sympatyą ludności Szybowskiéj, większą łaską Rabina i ściślejszą przyjaźnią z dostojnikami, więc z mędrcami i bogaczami gminy.
Najściślejsza przyjaźń łączyła go z dwoma wysokimi urzędnikami kahału: Morejne Kalmanem i pobożnym Janklem Kamionkerem. Po-za miasteczkiem, trzej ci mężowie wspólnikami byli w wielu handlowych sprawach, takich jak: kupna, sprzedaże, dzierżawy; w miasteczku, w dniach odpoczynku, schodzili się ze sobą często na wspólne nabożne czytania i rozmyślania, a każdéj Soboty odbywali razem przechadzki zamiejskie, o tyle dalekie, o ile pozwoloném jest prawemu Izraelicie oddalać się w dzień ten od ściany mieszkania swego. Nigdy więc nikt nie widział, aby oddalili się oni od mieszkań swych więcéj niż o 2000 kroków, i czasem tylko, kiedy głębie cienistego gaju wabiły zbyt ponętnie czoła ich, spalone skwarem i osypane kurzawą, napełniającą miasteczko, pochylali się ku ziemi i na miejscu tém, na którém stopa ich stanęła po raz dwutysięczny, zakopywali mały okrawek domowego chleba. Tym sposobem miejsce, chroniące w sobie okrawek domowego chleba, przedstawiało już sam dom ich, i wolno im było przedłużyć przechadzkę swą o drugie 2000 kroków. Idąc zresztą, milczeli zazwyczaj, ponieważ ze skrupulatnością nieporównaną liczyli w myśli swéj czynione przez się kroki; ludzie zaś prości, ubodzy na ciele i duchu, widując ich idących tak zwolna, w milczeniu i z zamyślonemi twarzami, dziwowali się wielce mądrości i uwielbiali prawowierność uczonych swych i bogaczy; podnosili się z miejsc swych na widok ich i nie siadali póty, dopóki nie tracili z oczu poważnie sunących ich postaci; albowiem napisano jest: „Kiedy zobaczysz przechodzącego mędrca, powstawaj i nie siadaj dopóty, dopóki nie zniknie z oczu twych!“
Przy powrocie jednak z przechadzek, rozwiązywały się języki trzech dostojników. Nie potrzebowali już oni zwracać pilnéj uwagi na każde stąpnięcie nóg własnych, toczyli więc rozmowy poufne i ożywione, w których przecież Kamionker przyjmował udział największy, a Kalman najmniejszy; pierwszy bowiem najgadatliwszym był, a drugi najbardziéj milczącym z pomiędzy wszystkich mędrców, którym przyświecało kiedy słońce. Kalman uśmiechał się zawsze pulchnemi usty, i wydawał się być wzorem łagodności, jako téż doskonałego zadowolenia z całego świata i przedewszystkiém z samego siebie; Kamionker przeciwnie nie śmiał się nigdy prawie, miał pozór człowieka wiecznie czémś zgryzionego, a małe oczy jego miewały czasem błyski dzikiéj srogości.
Nigdy przecież mieszkańcy nędznych uliczek, położonych u skraju miasteczka, nie widzieli trzech poważnych mędrców, idących tak śpiesznie i rozmawiających tak gwarnie, jak wieczoru tego, w którym po zielonéj łące i żółtéj równinie rozbrzmiewały echa chóralnéj pieśni młodzieńczéj. Sam nawet wspaniały Kalman odzywał się od czasu do czasu, niezmienny uśmiech swój utracił i jednę rękę z kieszeni wydobył, — co się tyczy Jankla Kamionkera, ten tak gwałtowne ruchy dokonywał, idąc, że aż poły długiéj odzieży jego rozwiewały się na obie strony nakształt czarnych, łopocących skrzydeł, a Abram Ezofowicz chustkę, którą opasany był, rozwiązał i w ręku nieść ją zaczął. Oznakę tę bezprzytomnego prawie uniesienia spostrzegł Kalman i wnet cichemi słowy przestrzegł przyjaciela przed popełnianym w nieuwadze grzechem. Abram umilkł nagle, bo strasznie przeraził się własnym czynem, i z pośpiechem wielkim biodra swoje na nowo chustką przepasał.
Stało się to już na ganku domowstwa Ezofowiczów. W ciemnym wązkim kurytarzu zaszumiały szybkie kroki, i gwałtownie rozwiewające się poły sukien. Trzéj mężowie weszli do izby, w któréj stary Saul siedział na żółtéj kanapie, czytając wielką księgę jakąś, przy świetłe dwóch świec palących się w ciężkich, staroświeckich, srebrnych lichtarzach.
Saul, ujrzawszy wchodzących gości, zdziwił się nieco, pora bowiem była spóźniona i do odwiedzin niewłaściwa. Powitał ich przecież przyjazném skinieniem głowy i wskazał ręką krzesła, przy kanapie stojące. Przybyli dostojnicy nie zajęli miejsc im wskazanych, lecz stanęli wszyscy trzéj przed Saulem. Jakkolwiek twarze ich gniew rozogniał, postawy ich uroczystemi były. Ułożyli się snadź ze sobą o sposób i porządek oskarżenia, pierwszy bowiem Kamionker głos zabrał:
— Rebe Saul! — rzekł, — przyszliśmy tu ze skargą na wnuka twego, Meira!
Po twarzy Saula przebiegło przykre, bolesne niemal drgnienie.
— A co on złego znowu zrobił? — zapytał cichym głosem.
Kamionker, zrazu uroczyście, potém zaś coraz bardziéj unosząc się i miotając, mówić zaczął:
— Wnuk twój, Meir, synów naszych psuje! on dusze ich buntuje przeciw nam i świętym Zakonom naszym; czyta im książki wyklęte i w sabbat świeckie pieśni z nimi śpiewa! Ale on nietylko to robi! On z Karaimską dziewczyną nieczystą przyjaźń trzyma, i my widzieliśmy teraz na łące, jak synowie nasi u nóg jego, niby u nóg mistrza jakiego, leżeli, a nad głową jego Karaimska dziewczyna stała i razem z nim śpiewała obrzydliwe pieśni!
Zdyszany od zapalczywego mówienia, umilkł na chwilę Reb Jankiel, a Morejne Kalman, patrząc na Saula swemi miodowemi i nieco osowiałemi oczyma, wyrzekł zwolna:
— Mój syn Aryel tam był i ja jego za to ukarzę!
Abram, patrząc ponuro w ziemię, wymówił także:
— I mój syn, a twój, ojcze, wnuk, Chaim, tam był, i ja jego za to ukarzę!
A potém wszyscy trzéj rzekli znowu:
— Ukarz Meira!
Saul pochylił nizko twarz zasmuconą bardzo.
— Panie świata! — szepnął drżącemi usty, — czy ja zasłużyłem na to, abyś światło oczu moich w ciemności zamieniał?
Potém podniósł głowę i wyrzekł stanowczym głosem:
— Ja jego ukarzę!
Abrama oczy tkwiły w twarzy ojca i iskrzyły się.
— Ojcze, — rzekł, — myśl ty najwięcéj o téj karaimskiéj dziewczynie. Ta nieczysta przyjaźń, którą oni ze sobą trzymają, wstydem jest wielkim dla całéj familii naszéj. Ty wiesz, ojcze, jaki u nas jest obyczaj. Żaden z prawych Izraelitów znać nie powinien przez całe życie swoje innéj kobiety, nad tę, którą rodzice jego za żonę mu dadzą...
— Nie powinien! — krzyknął gwałtownie Reb Jankiel, a twarz Kalmana z różowéj stała się ponsową. Czystość obyczaju ludzi tych była tak wielką, że, mając siwe włosy na głowie, rumienili się ze wstydu, przy rozmowie o nieczystéj przyjaźni mężczyzny z kobietą. Zdawało się, że nawet pomarszczone czoło Saula oblekło się blado-różową barwą.
— Ja Meira ożenię prędko! — rzekł.
Abram odpowiedział:
— Dopóki on karaimską dziewczynę widywać będzie, dopóty żenić się nie zechce!
— A co z nią zrobić, żeby on jéj nie widywał? — z rozpaczą prawie zawołał starzec.
Trzéj stojący przed nim mężowie spojrzeli wzajem na siebie.
— Z nią trzeba coś zrobić! — wymówili jednogłośnie.
Po chwili długiego milczenia, myślenia i wzajemnego na siebie patrzenia, dwaj goście skłonili się przed Saulem i odeszli. Abram pozostał w izbie.
— Ojcze! — rzekł, — a jak ty jego ukarać myślisz?
— Ja jemu każę przez cały tydzień w Bet-ha-Midraszu siedziéć i Talmud czytać...
— Co to pomoże? — z niecierpliwym giestem rzucił Abram, — ty, ojcze, każ jego lepiéj wybić!
Saul trzymał wciąż twarz nizko pochyloną.
— Ja jego bić nie każę! — odpowiedział po chwili milczenia.
I dodał ciszéj:
— Dusza Michała przeszła w ciało ojca mego, Hersza, a dusza ojca mego, Hersza, zamieszkała w ciele Meira...
— A zkąd to można wiedziéć? — zapytał Abram, tknięty jednak żywo i widocznie słowami ojca.
— Duszę tę poznała naprzód prababka jego, żona Hersza, a potém poznał ją Rabbi Izaak.
Westchnął ciężko Saul i powtórzył:
— Ja jemu każę przez cały tydzień w Bet-ha-Midraszu siedziéć i Talmud czytać! On przez cały tydzień nie będzie jadł ani spał pod dachem moim, a Szames (posłaniec Synagogi), karę i wstyd jego po całéj mieście ogłosi!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.