Meir Ezofowicz/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Meir Ezofowicz
Podtytuł Powieść z życia Żydów
Data wydania 1879
Wydawnictwo Nakład S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Meir nieobecnym był w domu w czasie odwiedzin rabbina. Wcześnie bardzo dom opuściwszy, skierował się ku najbardziéj oddalonym od środkowego placu ulicom miasteczka. Tu znalazł się śród domówstw malutkich, nadzwyczaj ubogich, z których żadne nie miało więcéj, jak po dwa drobne okienka, przed których progami stały szerokie, cuchnące kałuże i które owiewało dokoła duszące, ciężkie powietrze. Z czarnych kominów domków tych wydobywały się cienkie bardzo nici dymu, zdradzające szczupłością swą szczupłość gotowanéj tam strawy; przegniłe i upadające płoty otaczały malutkie podwórka, zasypane śmieciem; tu i ówdzie widniały z za nich wązkie zagonki ziemi, porosłe zrzadka mizerném warzywem. Przed nizkiemi drzwiami, kobiety chude, z ciemnemi, zbolałemi twarzami, w szafirowych kaftanach i zrudziałych perukach, prały w baliach szarą, grubą bieliznę; zgarbione i zgrzybiałe niewiasty, siedząc na ławkach, robiły pończochy z błękitnéj lub czarnéj wełny; dziewczęta młode, ale opalone, w brudnéj odzieży i z roztarganemi włosami, doiły chude kozy.
Była to dzielnica miasteczka, zamieszkiwana przez najniższą warstwę ludności Szybowskiéj, przybytek ubóztwa, nędzy nawet, brudu i chorób.
Przy środkowym placu stojące domowstwa Ezofowiczów, Kalmanów, Witebskich i Kamionkerów, pałacami rozkoszy wydawać się mogły wobec siedlisk tych ludzkich, których sam zewnętrzny widok przywodził na myśl wyobrażenie ziemskiego czyśćca.
Nie dziw. Tam, przy placu, mieszkali kupcy i uczeni, arystokracya zatém wszelkiéj izraelskiéj gminy; tu gnieździła się rzemieślnicza i wyrobnicza ludność, gmin zarabiający na życie pracą rąk nie głowy, a z pośród którego nikt prawie wywieść się nie mógł z żadnéj starożytnéj rodziny, ani pochlubić się posiadaniem w swym rodzie — bogacza lub uczonego.
Jakkolwiek wczesny to był jeszcze ranek, wszędzie tu już rozpoczętą była praca codzienna. Z za mętnych szybek drobnych okienek widać, podnoszące się wciąż i opadające, rękawami koszul okryte, ramiona krawców i szewców. Za cienkiemi ścianami dzwoniły narzędzia blacharzy i stukały młoty kowali; z chaty fabrykanta świec łojowych wydobywały się nieznośne, tłuszczem przejęte, wyziewy. Niektórzy z mieszkańców, korzystając z kilku promieni wschodzącego słońca, które zaglądały na ich uliczkę, pootwierali okienka swe, a przechodzień mógł ujrzéć przez nie izby malutkie, z czarnemi ścianami, natłoczone ludnością, która, ruszając się na podobieństwo mrówek, dotykała niemal głowami czarnych belek sufitów. Wychodził téż przez okienka ten gwar, złożony z modlących się głosów męzkich, z wrzaskliwych kłótni kobiecych i wszaskliwszych jeszcze dziecinnych płaczów. Wszakże malutkie tylko dzieci rozdzierały krzykami swemi duszne powietrze czarnych i natłoczonych izdebek, starsze zaś, wielką gromadą wyległszy na ulicę, odbywały śród niéj krzykliwe gonitwy, lub, z zatopionemi w gęstych kędziorach rękoma, tarzały się po piaszczystym gruncie. Podrastający chłopcy, nie w krótkich spencerkach już, pozbawonych rękawów, jak dzieci młodsze, ale w szaréj, długiéj odzieży, stali przed progami chatek, o ściany ich wsparci, bladzi, mizerni, osowiali, z pootwieranemi szeroko ustami, jakby dochodzące ku nim rzadkie promienie słoneczne i powiewy świeże wciągać pragnęli do wyziębłych i chorych swych piersi.
Ku jednemu z wyrostkich takich, u ścian domów stojących, zbliżył się Meir.
— Nu! Lejbele, — rzekł, — ja przyszedłem, żeby ciebie zobaczyć! czy ty zawsze taki chory jesteś i tak jak sowa na świat oczy wytrzeszczasz?
Widać było, że Lejbele był chory i wzrokiem osowiałym na świat patrzał, bo z rękoma wsuniętemi w rękawy ubogiéj odzieży i do piersi przyciśniętemi, drżał od zimna, choć ranek był ciepłym, a na przemówienie Meira nie odpowiedzał ani słowa, tylko usta szerzéj roztworzył i oczy swe, o wielkich, czarnych, martwych źrenicach bezmyślnie w twarz mówiącego wlepił.
Meir położył dłoń na jego głowie.
— Czy byłeś wczoraj w hederze? — zapytał.
Chłopiec bardziéj jeszcze trząść się zaczął, ale ochrypłym głosem odpowiedział:
— Aha!
Oznaczało to twierdzenie.
— I znowu cię tam bili?
Łzy napełniły martwe oczy dziecka, wciąż ku twarzy wysokiego młodzieńca wzniesione.
— Bili! — wymówił.
Pierś jego załkała pod cisnącemi i w rękawy schowanemi rękoma.
— A śniadanie ty jadłeś?
Dziecko przecząco wstrząsnęło głową.

Meir wziął z poblizkiego ubogiego stragana wielką chałę (bułkę), za którą rzucił straganiarce miedziany pieniądz, i dał ją dziecku. Lejbele pochwycił ją w obie dłonie i chciwie pożerać zaczął; a w téjże chwili wyskoczył z chatki wysoki, chudy, giętki człowiek, z gęstym czarnym zarostem, bladą, stroskaną
Meir, Lejbele i Szmul.
twarzą i rzucił się ku Meirowi. Pochwycił naprzód rękę jego i do ust ją poniósł, a potém wyrzuty czynić mu zaczął.

— Morejne! — zawołał, — na co ty jemu chałę dałeś? ty odwrócić od niego powinieneś twarz swoję! To takie głupie, paskudne dziecko! uczyć się nie chce i wstyd mnie robi! Mełamed — niech sto lat żyje! — męczy się bardzo, żeby jemu głowę oświecić, ale to taka głowa, co nic nie rozumié! Mełamed jego bije i ja jego biję, żeby nauka do głowy jemu lazła — a co to jemu pomaga? Nic nie pomaga! On alejdyk gejer (próżniak) jest, osieł, paskudztwo!
Meir patrzał na chłopca, pożerającego wciąż bułkę.
— Szmulu! — rzekł, — on nie jest próżniak, ani osieł, ale — chory!
Szmul wzgardliwie machnął ręką.
— Jaki on chory! — krzyknął, — on chorować zaczął wtedy, jak jego do nauki popędzili! Wprzódy był zdrów, wesoły i rozumny! Ach! jakie to było piękne i rozumne dziecko! Czy ja mógł spodziewać się takiego nieszczęścia. Co z nim teraz zrobiło się!
Meir wciąż gładził dłonią roztargane włosy bladego dziecka z idyotycznym wzrokiem.
Wysoki, cienki Szmul pochylił się znowu i pocałował go w ręke.
— Morejne! — rzekł, — ty bardzo dobry jesteś, kiedy litujesz się nad tém głupiém dzieckiem!
— Na co ty mię, Szmulu, Morejnem nazywasz? — zaczął Meir.
Przerwał mu Szmul pośpiesznie:
— Ojcowie ojców twych byli Morejnami; zejde twój i stryjowie twoi Morejnami są, i ty, Meir, prędko Morejnem będziesz!
Meir ze szczególnym uśmiechem głową wstrząsnął.
— Ja, Szmulu, nigdy Morejnem nie będę! — rzekł, — mnie tego honoru nie zrobią i ja... jego nie chcę!
Zastanowił się Szmul i pomyślał.
— Ja słyszał! ty Meir, z wielkim rabinem naszym i kahalnymi zgody nie trzymasz!
Meir spojrzał dokoła, jakby całą tę nędzę, któréj obrazy go o taczały, wzrokiem objąć pragnął.
— Jacy wy biedni! — wymówił, nie dając Szmulowi bezpośredniéj odpowiedzi.
Słowa te dotknęły snadź bardzo drażliwéj struny serca i życia Szmula, bo aż zatrzęsły się mu ręce i zaiskrzyły oczy.
— Aj! jacy my biedni! — zajęczał, — ale najbiedniejszy z tych, co na téj uliczce mieszkają, jest chajet (krawiec), Szmul! Starą ślepą matkę, i żonę, i ośmioro dzieci utrzymywać trzeba. — A z czego ja ich utrzymywać będę? u mnie majątku żadnego niéma, prócz dwóch tych rąk, które dzień i noc szyją, jeżeli tylko jest co szyć...
Mówiąc to, wyciągał i pokazywał Meirowi dwie ręce swoje, istne ręce nędzarza, ciemne, brudne, chude, igłą wskróś nakłute, bliznami od nożyc pokryte, a drżące teraz od żalu...
— Morejne! — mówił coraz ciszéj, i coraz bliżéj pochylając się nad słuchacza swego, — nam ciężko żyć, bardzo ciężko... wszystko u nas drogo kosztuje, a co nam płacić trzeba, gwałt! Urzędnicy cesarscy podatki od nas biorą; od koszernego mięsa pudełkowe my płacim; i od świéc, tych, co je w szabasy palim, płacim; i bractwu pogrzebowemu płacim; i na urzędników kahalnych płacim; i... na co my nie płacim? Aj wej! Z tych domków naszych biednych rzeki pieniędzy płyną... a zkąd my bierzem je, z krwi naszéj i z wnętrzności dzieci naszych, co z głodu wysychają! Ty mnie pytałeś się niedawno Morejne, dla czego u mnie w chacie tak brudno i tyle śmiecia! A jak w niéj niéma być brudno, kiedy nas jedenaścioro w jednéj małéj izbie mieszka, a w sionce stoją dwie kozy, co nas mlekiem swojem żywią? Ty mię pytałeś się Morejne, dlaczego moja żona taka chuda i stara, choć lat jéj jeszcze nie wiele, i dla czego moje dzieci tak ciągle chorują? Morejne! koszerne mięso u nas bardzo drogie, i my jego nigdy nie jemy... chleb jemy z cébulą, i kozie mleko pijem... na szabas wtedy tylko u nas ryba była, kiedy ty Morejne zaszedłeś do nas i srebrny pieniądz nam dałeś! My biedni... bardzo biedni na całéj téj uliczce; ale najbiedniejszy ze wszystkich jest chajet Szmul ze swoją matką ślepą, ze swoją żoną bardzo chudą i ośmiorgiem swoich dzieci...
Żałośnie wstrząsnął głową chajet Szmul i patrzał w twarz Meira swemi czarnemi oczyma, w których malowało się osłupiałe, jakby nad własną nędzą, zdziwienie. Meir, z dłonią złożoną wciąż na głowie bladego dziecka, dogryzającego swéj bułki, słuchał z uwagą mowy nędzarza. Usta jego ułożyły się w zarys litości; ale ściągnięte brwi i spuszczone powieki nadawały twarzy jego wyraz gniewnéj zadumy.
— Szmulu, rzekł zcicha, — a dla czego ty tak często roboty nie masz?
Szmul zmieszał się widocznie i — podniósłszy rękę ku głowie, przekrzywił jarmułkę, przykrywającą czarne, splątane jego włosy.
— Ja tobie powiem, — ciągnął zcicha Meir, — tobie roboty nie dają dla tego, że ty od tych materyj, z których suknie każą ci szyć, duże kawałki odkrawasz, i bierzesz je sobie...
Szmul obu już rękoma schwycił za jarmułkę.
— Oj biedna moja głowa! — jęknął — Morejne! — co ty na mnie powiedziałeś! usta twoje bardzo brzydką rzecz na mnie powiedziały!
Podskoczył, potém schylił się ku ziemi, i znów podskoczył, i zawołał:
— Nu, prawda! Morejne! ja otworzę serce moje przed tobą! ja kawałki materyi odcinał i zabierał... a dla czego ja to robił? bo moje dzieci były gołe! ja je niemi okrywał! i jak moja ślepa matka chora leżała, ja je sprzedał i mięsa kawałek dla niéj kupił... Morejne! niech twoje oko ze złością na mnie nie patrzy! Żebym ja był taki bogaty, jak Reb Jankiel i Morejne Kalman; żebym ja tyle pieniędzy miał, ile oni ich biorą dla siebie z pracy naszych rąk i z potu naszego czoła: jabym — nie kradł!
— A na co Reb Jankiel i Morejne Kalman biorą dla siebie wasze pieniądze? — z zamyśleniem zaczął Meir i chciał daléj mówić, ale Szmul wyprostował się i przerwał mu nagle:
— Nu! oni mają prawo! oni są nad nami starsi! co oni zrobią, to święte! kto ich słucha, to jakby samego Pana Boga słuchał!
Smutnie jakoś uśmiechnął się Meir i sięgnął ręką do kieszeni. Szmul ścigał ruch ten jego wzrokiem, który roziskrzył się nagle. Błyszczała w nim chciwość.
Meir położył na otwartém oknie nędznéj chatki parę srebrnych monet; Szmul rzucił się ku niemu i rękę jego całował.
— Ty dobry jesteś, Morejne! ty zawsze wszystkim biednym ludziom pomagasz! Ty i nad mojém głupiém dzieckiem litość masz!
Ochłonąwszy nieco z uniesienia wdzięczności, wyprostował się i począł Meirowi na ucho szeptać:
— Morejne! ty dobry jesteś i wielkiego bogacza wnuk, a ja biedny głupi chajet! ale ty jesteś jak miód na moich ustach i ja przed tobą całe serce moje otworzyć muszę. Ty źle robisz, że z wielkim rabbinem naszym i z kahalnymi zgody nie trzymasz! Nasz rabbin to taki wielki rabbin, że drugiego takiego na całym świecie niéma! Jemu Pan Bóg wielkie rzeczy objawił; on samę Kabałę Maszjat[1] rozumié. Za nim wszystkie ptaki latają, jak on na nich zawoła, i wszystkie choroby on umié leczyć, i wszystkie serca ludzkie przed nim otwierają się! Każde tchnienie ust jego święte jest; a jak on modli się, to dusza jego z samym Panem Bogiem całuje się! A ty, Morejne, odwrócił od siebie serce jego.
Z powagą wielką mówił to nędzarz Szmul i pokłuty igłą, zczerniały swój palec w górę wznosił uroczystym giestem.
— A kahalni, — ciągnął daléj, — to bardzo pobożni ludzie są i wielcy bogacze. Ich także szanować trzeba i słuchać, i choćby oni co złego robili, oczy zamykać. Oni mogą ciebie przed Panem Bogiem oskarżyć i przed ludźmi. Pan Bóg rozgniewa się, jak ich skargę posłyszy, i karę na ciebie spuści; a ludzie powiedzą, że ty bardzo zuchwały jesteś i odwrócą od ciebie twarze swoje!
Trudnoby odgadnąć, jakie wrażenie wywierały na Meirze pokorne i zarazem poważne przestrogi Szmula. Trzymał on wciąż dłoń swą na głowie małego Lejbele i wpatrywał się w twarz jego o pięknych rysach i ogromnych czarnych źrenicach, tak, jakby w dziecku tém bladém, chorowitém, z idyotyzowaném i drżącém, widział upostaciowanie całéj téj licznéj części izraelskiego ludu, która, przegryzana nędzą i chorobami, wierzyła jednak i wielbiła ślepo, kornie, lękliwie i niezmordowanie.
Skinął potém głową zwolna przyjaźnie i odszedł. Szmul biegł za nim kilkanaście kroków jeszcze.
— Morejne! — jęczał, — nie gniewaj się ty na mnie, że ja przed tobą serce moje otworzyłem! Bądź ty mądrym. Niech na ciebie uczeni i bogacze skargi do Pana Boga nie wznoszą! bo lepiéj takiemu człowiekowi, co pod ziemią leży, niż takiemu, na którego głowie oprą oni swoje rozgniewane ręce!
Wrócił potém i do lepianki swéj wszedł i nie zauważył, że Lejbele nie stał już przy ścianie domu. Gdy tylko Meir odszedł, blade dziecko od ściany odeszło i za nim poszło. Z rękoma wsuniętemi wciąż w rękawy nędznéj odzieży, z otwartemi usty, dziecię nędzarza Szmula postępowało krok w krok za idącym w zamyśleniu, pięknym, wysokim młodzieńcem, przez całą długość ulicy. U końca jéj dopiéro zatrzymało się, jakby lękając się iść daléj, i gardłowym, ochrypłym głosem, wymówiło:
— Morejne.
Meir obejrzał się. Przyjazny uśmiech oświecił mu twarz, gdy zobaczył dziecko, które aż tu za nim przyszło.
Czarne, martwe źrenice dziecięce podnosiły się ku jego twarzy, z szarego rękawa wysunęła się ku niemu mała i chuda ręka.
— Chały! — wymówił Lejbele.
Meir obejrzał się za straganem. Stało tam wzdłuż uliczki pełno ubożuchnych straganików, przy których kobiety, osłaniające łachmanami wychudłe swe ciała, sprzedawały bułki twarde jak kamienie, drobne główki cébuli, czarne i wstrętne wyroby jakieś z miodu i maku.
Z białéj dłoni Meira do chudych i czarnych rąk dziecięcych przeszła znowu wielka, pleciona chała. Lejbele pochwycił ją, poniósł do ust obu rękoma i — odwróciwszy się, wracał do domu, środkiem ulicy idąc, powoli, prosto i poważnie.
Po chwili Meir znalazł się na środkowym placu miasteczka. Zdawać się mu mogło, że z otchłani wyszedł na światło dzienne. Słoneczny blask zalewał okrągłą przestrzeń, wysuszał znajdujące się tu i ówdzie kałuże błota i rozpalał złote iskry w oknach domów, otaczających rynek. Na dziedzińcu pobożnego Reb Jankla wznoszono budynek jakiś nowy i obszerny; rudy gospodarz nadzorował sam robotników, lubując się widocznie tém pomnażaniem się dobra swego; stuk siekier i zgrzytanie pił napełniały życiem otoczenie nizkiego domu, przed sklepioną sienią którego stało parę powozów przejezdnych gości. Daléj nieco, na ganku domu swego, stał lśniący od atłasów, Morejne Kalman; jedną ręką podnosił do uśmiechnionych warg cygaro, a drugą głaskał złociste włosy dwuletniego dziecka, które, siedząc na ławie gankowéj, trzymało w ręku ogromny kawał chleba, obficie posmarowanego miodem i obmazywało nim sobie pulchną, śmiejącą się do wspaniałego ojca twarzyczkę.
Na dziedzińcu Ezofowiczów słonecznie téż było, gwarnie i wesoło. Pośrodku dwaj barczyści tracze piłowali drzewo, przygotowywane na zimę; śród miękkich odpadków drzewnych bawiło się kilkoro dzieci, czysto odzianych, i stroiło sobie głowy wieńcami z wiórów; u studni dziéwka służąca, hoża i wesoła, czerpała wodę, głośno przemawiając się z traczami; przez otwarte okna domowstwa widać było poważne głowy Rafała i Abrama, którzy z wielkiém zajęciem rozprawiali o interesach, i Sarę, stojącą przy szeroko rozpaloném ognisku kuchenném, i ładną Lię, która przed małém lusterkiem zaplatała swe ogromne warkocze.
Gdy Meir wchodził w bramę, tracze przerwali robotę swą, uśmiechnęli się ku niemu i przyjaźnie skinęli głowami. Pochodzili oni z téj saméj uliczki, ubogiéj i brudnéj, którą on opuścił przed chwilą, lecz znali go widać dobrze.
— Szolem Alejchem! (pokój tobie) — zawołali.
— Alejchem Szolem! — wesoło odpowiedział im Meir.
— Nie pomożesz nam dziś w robocie naszéj? — zapytał żartobliwie jeden z robotników.
— Czemu nie? — odpowiedział Meir i zbliżył się do pracujących. Widać było, że praca fizyczna ulubioném była i częstém zajęciem Meira i że robotnicy dziada jego przyzwyczajeni byli do tego, iż dzielił on ją z nimi. Jeden z nich ustępował już mu miejsca swego przy kłodzie drzewa, kiedy przez otwarte okno wychyliła się Lijka i, kończąc zaplatanie czarnego warkocza, zawołała:
— Meir! Meir! gdzie ty tak długo był? Zejde dawno już wołał ciebie!
Kwadrans zaledwie minął od wizyty rabbina; Saul pochylał jeszcze głowę na dłonie w gniewnéj i smutnéj na-poły zadumie; a o kilka kroków od niego stara Frejda siedziała u okna otwartego na plac, oblana cała złotem słońca i migotliwemi iskrami dyamentów.
Ciekawym wielce był proces duchowy, który odbywał się w staréj, lecz krzepkiéj jeszcze piersi Saula. W głębi duszy nie lubił on Izaaka Todrosa. Nie rozumiejąc dobrze głębszego znaczenia działań i stanowiska przodka swego, Michała, ani ojca, Hersza, wiedział przecież o tém, że posiadali oni szerokie wpływy pomiędzy „swymi“ i ogólny szacunek możnych choć „obcych“ ludzi; dumny więc był obu rodowemi wspomnieniami temi, a niewyraźna téż świadomość krzywd, które wyrządzili tym gwiazdom rodu jego przodkowie Izaaka Todrosa, budziła w nim dla tego ostatniego głuchą i nieokreśloną dobrze niechęć. Obok tego, bogaty sam i bogactwem swém chlubiący się wielce, czuł on dla ubóstwa i, jak wyrażał się w głębi myśli swéj, dla niechlujstwa Todrosów, tajemną wzgardę. Wszystko to jednak było niczém w porównaniu ze czcią, uczuwaną dla świętéj, mądréj i głębokiéj nauki, któréj głównym przedstawicielem był wielki rabbin. Sam on z żarliwą pobożnością zajmował się czytywaniem ksiąg świętych. Do ksiąg tych jednak nie przywykł był umysł jego, przez długie lata zaprzątany czém inném. Czytał je, ale mało bardzo zawiły i tajny sens ich rozumiał; a im mniéj rozumiał, tém więcéj czcił i tém większe było w nim wrażenie grozy i pokory. Teraz groza ta i pokora stanęły naprzeciw miłości istotnéj, tkliwéj nawet, dla wnuka-sieroty, i toczyły z nią walkę.
— Co jemu z tego przyjdzie? czy on z tego korzyść jaką będzie miał? — myślał stary Saul i gniewném spojrzeniem spotkał wchodzącego wnuka.
Meir wszedł do bawialnéj izby nieśmiałym nieco krokiem. Wiedział o odwiedzinach rabbina, domyślał się ich celu, — lękał się gniewu, a bardziéj jeszcze smutku starego dziada.
— Nu, — ozwał się starzec, — chodź tu bliżéj! ja tobie piękne rzeczy powiem, z których ty wielką radość będziesz miał!
A kiedy Meir stanął o parę kroków przed nim, wlepił weń wzrok z pod brwi zjeżonych i rzekł:
— Ja ciebie zaręczę i ty za dwa miesiące musisz być żonaty!
Meir zbladł, ale milczał.
— Ja ciebie z córką Jankla Kamionkera zaręczę!
Po tych słowach, dość długie panowało milczenie. Pierwszy przerwał je Meir.
— Zejde! — rzekł cichym, lecz stanowczym głosem, — ja córki Kamionkera za żonę sobie nie wezmę!
— Dla czego? — tłumiąc gniew zapytał Saul.
— Dla tego, zejde, — ośmielając się wciąż, odrzekł młody człowiek, — że Kamionker jest zły i niesprawiedliwy człowiek, i ja z nim w pokrewieństwa żadne wchodzić nie chcę!
Saul wybuchnął. Łajał wnuka za zuchwalstwo sądów jego i wychwalał pobożność Reb Jankla.
— Zejde! — przerwał Meir, — on biednych ludzi krzywdzi!
— A co tobie do tego? — krzyknął dziad.
Tym razem oczy młodzieńca błysnęły gorąco.
— Zejde! — zawołał, — on do swoich kieszeni bierze dużo potu i pracy tych nieszczęśliwych, co tam na końcu miasteczka mieszkają i oni przez niego złodziejami, kiedy u nich dzieci gołe, a Reb Jankiel za to nowe domy sobie buduje! I on w karczmach tych i browarach, które od panów w dzierżawie trzyma, brzydkie rzeczy robi! Chłopów szynkarze jego poją i oszukują, a wódki pędzi on więcéj, niż pozwolono... Zejde! ty nie patrzaj na to, jak on modli się, ale na to jak on robi; bo napisane jest: „Nie potrzebne mi modlitwy, ani ofiary wasze! kto uciska biednego, ten krzywdzi Stwórcę!“
Saul bardzo był rozgniewanym, ale cytata wnuka złagodziła go nieco, bo pragnął on gorąco widziéć go uczonym i biegłym w znajomości ksiąg świętych.
— No, — mruknął gniewnie ale bez uniesienia, — to co, że Rebe Jankiel chłopów poi i wódki pędzi więcéj, niż pozwoloném jest! Ty nie wiesz jeszcze, co to takiego interes i jak on się robi. Jak ty ożenisz się z córką Reb Jankla i on cię do interesów swoich przypuści, będziesz tak samo pędził i sprzedawał wódkę!
— Zejde! — szybko odparł Meir, — ja wódki ani pędzić, ani sprzedawać nie będę! Ja do tego ochoty nie mam żadnéj!
— A do czego ty ochotę masz? — ty do niczego ochoty nie masz...
Nie dokończył jeszcze wyrazów tych stary Saul, gdy Meir pochylił się ku ziemi, ramionami kolana jego objął i usta swe do nich przyciskając, mówić zaczął:
— Zejde! puść mię ztąd! pozwól mi w świat szeroki! Ja pójdę uczyć się! ja uczyć się chcę, a tu oczom moim ciemno! Ja ciebie już o to dawno, dwa lata temu prosiłem, ale ty na mnie zagniewałeś się i kazałeś zostać! Ja zostałem, zejde, bo ja ciebie szanuję i rozkazania twoje są dla mnie święte. Ale teraz, zejde, puść ty mię ztąd!... Jeżeli pójdę w świat z pozwoleniem i błogosławieństwem twojém, uczonym zrobię się, powrócę tu, i wtedy naprzeciw wielkiego rabbina stanę i będę wiedział, jak mu pokazać, że on małym jest... Teraz...
Nie pozwolił mu Saul mówić daléj.
— Szaaa! — zawołał.
Przejęła go trwogą sama wzmianka o tém, iż wnuk jego stanąć może kiedy do walki z wielkim rabbinem.
Ale Meir wyprostował się, i z czołem w ogniu, a łzami na rzęsach, mówił daléj:
— Zejde! przypomnij ty sobie historyą Rabbi Eliezera. Kiedy on młody był, ojciec go w świat puszczać nie chciał; on ziemię orał i patrzał na ciemne lasy, co przed nim świat zaciemniały, a serce jego ciekawość i tęsknota gryzły tak, jak teraz moje serce gryzą... I nie wytrzymał on téj zgryzoty i uciekł... Uciekł on do Jerozolimy. A kiedy w kilka lat późniéj przyjechał, poszedł do wielkiego mędrca, co wtedy na cały świat słynął, i powiedział mu: niech ja będę twoim uczniem, a ty bądź moim mistrzem! Stało się, jak powiedział. A kiedy w kilka lat późniéj, ojciec jego, który nazywał się Hyrkanos, do Jerozolimy przyjechał, zobaczył on tam pięknego młodzieńca, który na wielkim rynku, z wysokości, do ludu bardzo mądrze mówił, a lud słuchał jego i dusza roztapiała mu się jak miód z wielkiéj słodyczy, i wszystkie głowy chyliły się nizko przed młodzieńcem i wołały: Oto nasz mistrz! Hyrkanos dziwował się bardzo mądrym słowom tego, co stał na wysokości, i wielkiéj miłości, którą dla niego cały lud miał. I spytał się człowieka, przy którym stał: Jak się nazywa młodzieniec ten, co stoi na wysokości, i gdzie mieszka jego ojciec? bo chcę pójść i pokłonić się temu, którego wnętrzności syna takiego wydały. — A człowiek, którego on tak zapytał się, odpowiedział: Młodzieńcowi temu na imię Eliezer, gwiazda nad głową Izraela, a ojciec jego nazywa się Hyrkanos.
Kiedy Hyrkanos to usłyszał, krzyknął wielkim głosem, do młodzieńca pobiegł i ramiona swoje przed nim otworzył. I była wtedy wielka radość w sercach ojca i syna, a lud cały pokłonił się Hyrkanosowi za to, że wnętrzności jego takiego syna z siebie wydały...
Saul słuchał opowiadania tego bardzo uważnie, z twarzą na-poły chmurną jeszcze, na-poły rozjaśnioną. Drogiemi mu były ojczyste podania i lubił słyszéć je w ustach najulubieńszego z wnuków. Jednak nie zawahał się ani przez chwilę z odpowiedzią. Przymrużył nieco oczy, zakołysał głową i zaczął:
— Żeby w Jerozolimie nauczał teraz wielki jaki mędrzec izraelski, ja-bym sam bez twego proszenia posłał cię do niego na naukę. Ale na Jerozolimie spoczęła mściwa prawica Pana... ona już nie nasza... będzie ona kiedyś znowu nasza... jak przyjdzie wielki dzień Messyaszowy; ale teraz tam umierać tylko Izraelicie słodko i dobrze, a uczyć się niéma gdzie i u kogo. A w cudzy świat, po cudze nauki ja ciebie nie poślę... One Izraelicie nie potrzebne... Ty od Edomity nauczyłeś się już tyle, ile ci trzeba, abyś w cudzym świecie mógł interesa prowadzić... A i za to ja miałem już od wielkiego rabbina wymówkę... A dla mnie jego wymówki, to wielki wstyd i wielka zgryzota... bo choć to mądry i wielki rabbin jest, ale moja dusza cierpi, kiedy on do mego domu przychodzi łajać mię, jak mełamed małe dzieci w hederze łaje...
Zasępił się stary, mówiąc to, i ponuro w ziemię patrzał. Meir stał przed nim, jak skamieniały, i tylko we wzroku jego, szklisto w przestrzeń wpatrzonym, malowała się bezdnia smutnych i buntowniczych uczuć.
— Zejde! — odezwał się nakoniec wpół prosząco, wpół porywczo, — więc ty mi rzemieślnikiem pozwól być! Ja będę z biednymi ludźmi na jednéj ulicy mieszkał, razem z nimi rękoma memi pracował i dusze ich od grzechu strzegł. A kiedy oni spytają się mię o co, odpowiem im zawsze: tak, albo nie! i kiedy im chleba zabraknie, rozdzielę pomiędzy nich wszystek ten chleb, który będzie w moim domu!
Znowu czoło jego zapałało i łzy błysnęły na rzęsach. Ale Saul podniósł na niego wzrok osłupiały od zdziwienia i po chwili dopiéro odpowiedział:
— Kiedy ty będziesz miał dwa albo trzy lata więcéj, wtedy poznasz, jaki ty głupi byłeś, kiedy do mnie takie rzeczy gadałeś. We familii Ezofowiczów nie było nigdy rzemieślnika żadnego i, dziękować Bogu, nigdy nie będzie. My kupcy z ojca na syna i pieniędzy u nas dość, a z ojca na syna coraz więcéj. I ty kupcem będziesz, bo Ezofowicz każdy kupcem musi być...
Ostatnie wyrazy wymówił stanowczym głosem; po chwili, łagodniéj nieco, ciągnął daléj:
— Ja tobie łaskę chcę zrobić... kiedy ty nie chcesz żenić się z córką Reb Jankla, już ja ci pozwolę nie żenić się z nią... Ale ja ciebie zaręczę z córką Elego Witebskiego, wielkiego kupca. Tobie smutno za nauką, nu! to ja tobie dam żonę edukowaną... ją rodzice na pensyi w Wilnie trzymają... ona po francuzku mówić umié i na fortepianie grać... Ny, kiedy ty taki kapryśny jesteś, to ta dziewczyna jak raz będzie dla ciebie... Ona ma szesnaście lat. Ojciec da za nią wielki posag i zaraz ciebie do swoich interesów przypuści...
Z wyrazu twarzy Meira poznać można było, że wrzał wewnątrz.
— Ja córki Witebskiego nie znam! moje oczy nigdy jéj nie widziały, — wyrzekł ponuro.

— A na co tobie ją znać? — krzyknął Saul. — Ja ją tobie daję! Ona za miesiąc wróci z Wilna do rodziców i ty z nią za dwa miesiące ożenisz się! Ot co ja tobie mówię, a ty milcz i rozkazań moich słuchaj. Ja tobie do tego czasu za wiele pozwalałem, ale teraz już będę z tobą inaczéj. Izaak Todros powiedział, żebym ja stopę swoję na twoich plecach postawił...
Frejda hamująca gniew Saula.
Rumieńce wytrysnęły na bladą twarz Meira. Z oczu jego posypały się iskry.

— Niech Rabbi Izaak sam stawi stopę swoję na plecach tych, co jak psy liżą jego nogi! — zawołał. — Ja Izraelita jak i on... ja nie jestem niczyim niewolnikiem... ja...
Skonały słowa na drżących ustach jego, bo stary Saul stanął przed nim wyprostowany, potężny, rozpłomieniony gniewem i rękę swą na niego podnosił. Lecz w téjże chwili, pomiędzy ręką tą starca, suchą lecz silną jeszcze, a twarzą młodzieńca wzburzoną i płomienną, zawisła dłoń mała, od starości wyschła, pomarszczona i drżąc rozdzieliła je z sobą. Była to dłoń Frejdy, która, obecna całéj rozmowie dziada i wnuka, zdawała się drzémać na słońcu i nic nie słyszéć; ale kiedy się rozległ w izbie namiętny wykrzyk Meira, a Saul powstał rozgniewany i groźny, ona powstała także, wyprostowana i milcząca, postąpiła parę kroków, i biedną, starą dłonią swą, niby tarczą, zasłoniła prawnuka... Ręka Saula opadła w dół... Zmiękłym już nieco głosem zawoławszy tylko ku Meirowi: — Weg! — opuścił się na ławę i ciężko oddychał.
Prababka usiadła znowu przy otwartém oknie, w słońcu cała; Meir opuścił izbę.
Wyszedł z głową schyloną i chmurném czołem. Uczuł w téj chwili całą niemoc dwą wobec wszystkiego, co wznosiło się nad nim wiekiem, znaczeniem, powagą; uczuł ciążące na sobie kajdany patryarchalnego ustroju rodziny. I tylko przy wspomnieniu o téj małéj, wyschłéj, drżącéj dłoni kobiecéj, która zasłoniła go przed grubiańskim aktem przemocy, uśmiech rzewnéj tkliwości przewinął mu się po ustach. Był to także uśmiech nadziei.
— Żebym ja to pisanie mógł dostać! — rzekł do siebie, dłoń przesuwając po czole.
Myślał o pisaniu Michała Seniora, i o tém, że jedna tylko stara prababka wiedziała, kędy go szukać trzeba, i o tém także, iż gdyby je miał, wiedziałby może co mówić, jak czynić...
Saul tymczasem siedział długo na ławie, sapiąc ze zmęczenia i ze zmartwienia wzdychając. Parę razy spojrzał na matkę i uśmiechnął się. Dziwném zdawało mu się może to nagłe wstawienie się za prawnukiem, wiecznie drzémiącéj i milczącéj, stuletniéj rodzicielki jego, a może i wdzięcznym jéj był w głębi serca za to, iż nie pozwoliła, aby w uniesieniu gniewném skrzywsził wnuka-sierotę.
— Rafał! — zawołał po chwili donośnym głosem.
Do izby wszedł najstarszy z synów jego, poważny, siwiejący, czarnooki mężczyzna. Był on po Saulu najstarszym w rodzinie; wnuki już dorosłe miał, szeroko rozgałęzione interesa handlowe po świecie prowadził: ale wołanie ojca usłyszawszy, porzucił wnet rachunkowe księgi swe, przerwał żywą rozmowę z bratem i stanął przed ojcem.
— Czy Eli Witebski jest w domu? — zapytał Saul.
— On wczora z dalekiéj drogi powrócił i teraz w domu swoim odpoczywa, — odrzekł syn.
— Niech ktokolwiek zaraz pójdzie do niego i powié, że ja chcę, aby on przyszedł tu, i ze mną o ważnych rzeczach pogadał.
— Ja pójdę sam, — rzekł Rafał; — ja wiem, o jakich rzeczach chcesz, ojcze, z Witebskim gadać. Te rzeczy dobre dą i trzeba je conajprędzéj do skutku doprowadzić. Z Meirem źle będzie, jeżeli on prędko nie ożeni się i interesów prowadzić nie zacznie.
Saula oczy z niepokojem utonęły w twarzy syna.
— Rafał! czy ty myślisz, że jak ożeni się, to będzie zaraz inny?
Rafał twierdząco skinął głową.
— Ojcze! — rzekł, — przypomnij sobie Bera. On był na takiéj drodze, na jakiéj teraz jest Meir, ale jak ożenił się z naszą Sorą, a ty, ojcze, do interesów swoich jego przyjąłeś, i jak dzieci jego zaczęły rodzić się jedno po drugiém, jemu wszystkie głupstwa z głowy powylatywały.
— Idź! zawołaj do mnie Witebskiego; — zakończył rozmowę Saul.
Rafał wyszedł po chwili i zmierzał ku domowstwu, które, przy zbiegu dwóch najpokaźniejszych ulic stojąc, okna miało duże i wysoki ganek. Na ganku siedziała kobieta otyła nieco, w jedwabnéj sukni i mantyli spiętéj złotą broszą, ze złotemi długiemi kolcami w uszach i starannie uczesaną peruką na głowie. Lat mogła miéć około czterdziestu, wyglądała świéżo i rumiano, na ustach miała uśmiech zadowolenia i dumy, a w ręku trzymała robótkę jakąś z cienkiéj bawełny. Kiedy Rafał wchodził na schody wysokiego ganku, kobieta powstała i z najwytworniejszym dygiem, jaki kiedykolwiek dokonanym mógł być w Szybowie, na powitanie ku przybywającemu wyciągnęła rękę. Żadna kobieta w Szybowie, oprócz pani Hany Witebskiéj, nie witała się w ten sposób z żadnym mężczyzną. Owe angielskie shake-hand, rozpowszechnione po całym ucywilizowanym świecie, nie bardzo snadź przypadało do smaku poważnemu Rafałowi, bo trochę niechętnie dotknął się końcami palców pulchnéj dłoni pani Hany i, po krótkiém wzajemném pozdrowieniu, zapytał ją o jéj męża.
— On w domu! — rzekła kobieta, uśmiechając się wciąż z chroniczném jakby zadowoleniem i również chroniczną dumą. — A jakże! on wczoraj z wielkiéj drogi wrócił i teraz w domu swoim odpoczywa.
— Ja przyszedłem, aby z nim pogadać, — rzekł Rafał.
— Proszę! proszę! — zawołała kobieta, z pośpieszną uprzejmością otwierając drzwi, prowadzące do sieni domu. — Mój mąż będzie bardzo kontent z takiego gościa! proszę! proszę!
Rafał na światowe grzeczności pani Hany odpowiedział w sposób bardzo umiarkowany, szybkiém skinieniem głowy i wszedł w głąb’ domu. Pani Hana usiadła znowu na ławce gankowéj, wzgardliwie nieco przymrużyła oczy i szepnęła do siebie:
— Nu! jacy to ludzie w tym Szybowie! oni z kobietami gadać nie chcą i tacy dzicy są, jak niedźwiedzie!
Westchnęła, pokiwała głową i dodała:
— Czy ja do takich ludzi przyzwyczajona! U nas w Wilnie ludzie grzeczni i edukowani, nie tak jak tu! pfe!
Splunęła lekko, westchnęła raz jeszcze i znowu, robiąc machinalnie robótkę swą, z uśmiechem dumy i zadowolenia patrzała na miasteczko i ruszających się po niém ludzi. Niebawem w drzwiach domu ukazali się dwaj mężczyźni; rozmawiając, przeszli szybko przez ganek; na panią Hanę nie spojrzeli i ku domowi Ezofowiczów skierowali się.
Eli Witebski, idący teraz przez plac, obok Rafała, bynajmniéj do towarzysza swego podobnym nie był. Kupiec, tak jak i tamten, przedstawiał on przecież powierzchownością swą odrębny całkiem rodzaj kupca-Izraelity. Światowcem był widocznie i elegantem. Ubranie jego, nie zupełnie wprawdzie krótkie, najmniéj przecież o pół łokcia krótszém było od sięgającego do stóp ubrania Rafała, i innym nieco krojem sporządzone. Na atłasowéj kamizelce jego połyskiwał gruby łańcuch złoty, a na palcu pierścień z wielkim brylantem. Twarz miał pogodną, oczy bystre i przenikliwe, małą złotawą bródkę, ku któréj często podnosiła się ręka jego, brylantem ozdobiona, giestem powolnym i rozważnym.
Szedł on obok Rafała z pośpiechem i ochotą widoczną. Nie było zresztą w Szybowie całym ani jednego, by najbogatszego kupca i gospodarza domu, któryby w podobny sposób nie śpieszył na wezwanie Saula Ezofowicza. Od dziesięciu już lat bowiem, Saul na własną rękę interesa prowadzić przestał, i nigdzie z domu swego, prócz do bóżnicy, nie wychodził. Przychodzili za to do niego wszyscy, którzy czerpać chcieli ze skarbnicy wielkiego doświadczenia i nie mniejszéj biegłości w interesach handlowych starego kupca. Zdarzało się często, iż siadywał on w bawialnéj izbie na kanapie owéj z żółtą, wysoką poręczą; przed nim, na stole, spoczywała rozwarta księga nabożna, któréj czytanie przerwano mu; wkoło niego siedzieli mężowie dojrzali, uchodzący w gminie całéj za bogaczy i uczonych, a do niego przybyli po radę, pomoc, niekiedy zaś nawet na rozsądzanie i godzenie spraw spornych. Stary Saul radził; pomocy, o ile mógł bez krzywdy dzieci swych, udzielał; rozstrzygał, godził, i wielką z tego dumę na pomarszczoném czole miał. A kiedy potém sam, dla własnych spraw swoich, potrzebował z dostojnikami gminy porozmawiać, wzywał ich przez synów lub wnuków swoich, a oni chętnie i uprzejmnie doń pośpieszali. Pośpieszał więc, na wezwanie starego patryarchy gminy, elegancki i bogaty Eli Witebski. Do bawialnéj izby Ezofowiczów wszedł uśmiechnięty i rozpromieniony, i gospodarza powitał:
Szolem Alejchem! (pokój tobie).
Nie witał on już w ten przestarzały sposób nikogo po-za Szybowiem; owszem, do spotykanych na świecie ludzi bardzo poprawnie mawiać umiał: — gut morgen, albo: dzień dobry! Lecz obyczajem jego niezłomnym było: stosować się we wszystkiém do tych, z którymi miał do czynienia.
Rafał chciał odéjść, ale giestem rozkazującym zatrzymał go ojciec. Zamknęli wszystkie drzwi izby i we trzech rozmawiali długo i zcicha. Jakkolwiek jednak, rozmawiając, zniżali głosy, ciekawa i swawolna Lijka, córka Rafała, przytknąwszy nosek swój do drzwi zamkniętych, a czarne oko do dziurki od klucza, usłyszała wyraźnie powtarzane często imiona Meira i Mery, córki Witebskich, naprzód, a potém swoje i jakiegoś Leopolda, kuzyna pani Hany, na wielkim świecie przebywającego. Odskoczyła ode drzwi, spłoniona cała, zawstydzona nawpół, a nawpół tajemną radością zjęta, i wciąż już tylko wyglądała przez okno, ażeby ujrzéć co prędzéj wracającego do domu stryjecznego brata.
Słońce już zachodziło, kiedy Witebski dom opuścił Ezofowiczów, rozpromieniony, uśmiechnięty, i widocznie rad wielce z załatwionego interesu, czy może dwóch razem interesów załatwionych.
W téjże prawie chwili Meir wracał do domu. Lijka wybiegła na spotkanie brata i — w bramie dziedzińca otoczywszy ramieniem szyję jego, do ucha mu szeptała:
— Czy ty wiesz, Meir! dziś wielkie rzeczy u nas działy się. Zejde nasz i ojciec mój, długo rozmawiali z Elim Witebskim i o nas umówili się. Witebski przyrzekł dla ciebie córkę swoję, Merę, a mnie zejde i ojciec przyrzekli dla siostrzeńca pani Hany, co na wielkim świecie żyje i bardzo edukowany jest. — Szeptała to, płonąc cała i nie śmiąc ze wstydu podnieść oczu na brata. Nagle uczuła, że wysunął się szybkim ruchem z jéj objęcia. Kiedy podniosła oczy, zobaczyła Meira, odchodzącego znowu od wrót domowych.
— Meir! — zawołała za nim dziewczyna, — gdzie ty idziesz? Czy ty wieczerzy jeść z nami nie będziesz?
Odchodzący nie odpowiedział nic na dziewiczy głos, który przyzywał go ku rodzinnemu stołowi. Głęboka zmarszczka przerzynała mu gniewne czoło. Zrozumiał w téj chwili całą nicość wykrzyku, wydanego wobec dziada przed kilku godzinami: „ja nie jestem niczyim niewolnikiem!“ Rozporządzono się, bez najlżejszego w tém udziału woli jego, rodzinną jego przyszłością, a on wiedział, że jak rozkażą starsi, tak stać się będzie musiało...
Nie! wzdrygał się on cały na myśl, aby stać się tak mogło. Dla czego? wszak nie znał młodéj Mery, która kędyś na świecie uczyła się nauk tych, których on sam tak bardzo był żądny! Lecz idąc wciąż przez miasteczko i puste grunta, oddzielające je od Karaimskiego Wzgórza, idąc powoli, z rękoma założonemi w tył i pochyloną głową, myślał wciąż uparcie, machinalnie prawie, nieprzerwanie: „ja nie jestem niczyim niewolnikiem!“ Wrzała w nim i kipiała duma i żądza swobody, niewiedziéć zkąd w nim powstała, — z tych tajemniczych zapewne tchnień przyrody, które na wszelkich gruntach sieją duchy szlachetne i mocne, wolności, sprawiedliwości i wiedzy spragnione...

∗                ∗


U stóp karaimskiego wzgórza, w chatce tulącéj się do piaszczystéj jego ściany, błyszczało małe, żółte światełko. Nad nią, w gałęziach wierzby rosochatéj połyskiwały drobne gwiazdy, a daléj, na polach szerokich słały się szare cienie wieczoru.
We wnętrzu chatki, pod nizką ścianą, siedział na snopie zmiętéj słomy starzec zgarbiony, bezkształtną odzieżą okryty i drżącemi rękoma przebierał giętkie pręty łoziny. Postać jego szarzała zaledwie wśród mrocznego kąta, a rysy pochylonéj twarzy były niewidzialnemi.
Bliżéj żółtego płomyka świecy, na stołku drewnianym, siedziała wysmukła dziewczyna, z chudą twarzą i wyprostowaną postacią. W spuszczonéj ręce jéj okręcało się z cichém fruwaniem wrzeciono, a nad głową podnosiła się deska prząśnicy z przymocowanym do niéj grubym zwojem wełny.
Z pod ściany, przy któréj szarzała zgarbiona postać starca, wydobywał się głos trzęsący się i chrypiący: „Pośrodku pustyni takiéj wielkiéj, że jéj końca nigdzie widać nie było, podnosiły się dwie góry takie wysokie, że głowy ich chowały się w chmurach. Góry te nazywały się Horeb i Synai.“
Ochrypły, drżący głos starca umilkł, a dziewczyna, która, przędąc, wciąż słuchała z poważnym wzrokiem, wymówiła:
— Zejde! mów daléj!
Lecz w téjże chwili ozwał się tuż za otwartém oknem przyciszony głos męzki.
— Gołda!
Prządki nie przelękło ani zdziwiło to nagłe wymówienie imienia jéj przez głos obcy. Możnaby rzec, iż co chwila spodziewała się ona usłyszéć głos ten obok siebie: tak poważnie i bez najlżejszego drgnienia powstała i ku oknu podeszła. Tylko oczy jéj zapłonęły gorąco z za czarnych rzęs, a głos nabrzmiały był niewypowiedzianą słodyczą, gdy, stanąwszy u okna, rzekła zcicha:
— Meir! ja wiedziałam, że ty obietnicy swéj dotrzymasz i przyjdziesz.
— Ja przyszedłem do ciebie, Gołdo, — mówił za oknem przyciszony głos męzki, — bo mnie dziś bardzo ciemno przed oczyma i ja chciałem popatrzéć na ciebie, żeby świat zrobił mi się jaśniejszym...
— A dla czego tobie dziś tak ciemno zrobiło się przed oczyma? — zapytała dziewczyna.
— Ja mam wielką zgryzotę. Rabbin Izaak oskarżył mię przed zejdem, i zejde chce mię ożenić...
Umilkł i spuścił oczy. Dziewczyna nie drgnęła. Najlżejsze poruszenie postaci, ani twarzy, nie zdradziło wzruszenia jéj, tylko śniada i ogorzała twarz jéj stała się na mgnienie oka, białą jak opłatek.
— Z kim zejde chce cię ożenić? — zapytała, a w głosie jéj ozwały się brzmienia ponure.
— Z Merą, córką kupca Witebskiego.
Wstrząsnęła głową.
— Nie znam jéj.
A potém zapytała nagle:
— Czy ty z nią ożenisz się? Meir!
Młodzian nie odpowiedział, a jednak Gołda nie pytała dłużéj. Śniade czoło jéj opłynęło rumieńcem, a wyraz szczęścia niewysłowionego napełnił oczy; bo wzrok Meira tkwił w jéj twarzy, łagodny, litościwy jakiś, głęboki i zarazem ognisty.
Milczeli oboje, a w ciszy, przerywanéj tylko szemraniem gałęzi wiszących nad dachem, chrypiał, dygotał znowu głos siedzącego pod ścianą starca.
— „Kiedy Mojżesz zstępował z góry Synai, umilkły grzmoty, zgasły błyskawice, wichry pokładły się na ziemię, a Izrael cały powstał jako jeden człowiek i wielkim głosem krzyknął: Mojżeszu! powtórz nam słowa Przedwiecznego!“
Meir wsłuchiwał się w stary głos opowiadającego prastare dzieje Izraela, z natężoną uwagą. Gołda spojrzała na dziadka.
— On tak zawsze różne historye opowiada, — rzekła, — a ja przędę, albo przy nogach jego leżę i słucham...
— Meir, — dodała z powagą w wejrzeniu i głosie, — wejdź ty do domu naszego i pozdrów mego dziada.
Po chwili skrzypnęły drzwi od małéj sionki. Stary Abel podniósł głowę z nad prętów łozowych, które przebierały wciąż i splatały drżące lecz czynne dłonie jego, i, widząc rysującą się w zmroku dorodną postać młodzieńca, zapytał:
— A kto tam przyszedł?
— Zejde! — rzekła Gołda, — Meir Ezofowicz, wnuk bogatego Saula, przyszedł do domu naszego, aby cię pozdrowić...
Na dźwięk nazwiska wymówionego przez Gołdę, szara postać skurczona przy ścianie podniosła się nagle i, wspierając się rękoma o więź zmiętéj słomy, wyciągnęła żółtą, w łachmanach ukrytą szyję. Wtedy wychyliła się téż pod światło żółtego płomyka głowa, z któréj zwisały aż na ramiona długie, bujne pasma włosów złotawéj białości, i twarz mała, skurczona, niewidzialna prawie z pod ogromnego zarostu, który ją okrywał. Gołda mówiła prawdę, że włosy jéj dziada stały się od starości jako śnieg, a jak korale były od łez oczy jego. Teraz z pod koralowych tych nabrzmiałych powiek, źrenice zgasłe patrzały z osłupieniem strachu naprzód, a potém z nagłą błyskawicą oburzenia, czy nienawiści:
— Ezofowicz! — wymówił starzec głosem nie tak już drżącym i ochrypłym, jak pierwéj. — A poco ty tu przyszedł i próg domu mego przestąpił, kiedy ty Rabbanitą jesteś... wrogiem... prześladowcą... a pradziad twój wyklął przodków moich i świątynię ich w proch obrócił?... Ty idź ztąd! niech stare oczy moje nie trują się, patrząc na ciebie!
Mówiąc ostatnie wyrazy, trzęsącą się rękę wyciągał ku drzwiom, któremi wszedł młodzieniec.
Ale Meir zwolna postąpił naprzód i, chyląc nizko głowę przed rozgniewanym starcem, wymówił:
— Pokój tobie!
Na dźwięk głosu tego, o łagodném, głębokiém brzmieniu i wymówionych przezeń wyrazów, które błogosławieństwo i prośbę o zgodę zawierały w sobie, starzec umilkł, opuścił się ciężko na nizkie swe siedzenie i po długiéj chwili dopiéro, żałośliwym już tylko, jęczącym głosem mówić zaczął:
— Po co ty do mnie przyszedłeś! Rabbanitą jesteś i prawnukiem potężnego Seniora. Ciebie wyklną twoi, gdy zobaczą, że ty mój próg przestąpiłeś, bo ja ostatnim Karaitą jestem, co tu pozostał, ażeby gruzów świątyni naszéj i popiołów naszych ojców strzedz! Ja nędzarz! ja żebrak! ja wyklęty przez twoich! ja ostatni Karaita!
Meir słuchał żałośliwych słów starca w milczeniu, pełném szacunku.
— Rebe! — ozwał się po chwili, — ja przed tobą nizko głowę moję pochylam, bo trzeba, żeby sprawiedliwość na świecie stała się i żeby prawnuk tego, co wyklinał, pokłonił się prawnukowi wyklętych...
Abel Karaita słuchał wyrazów tych z uwagą wielką nadstawiwszy ucha. Potém, milczał jeszcze długo, jakby znaczenie ich w zmęczonym umyśle swym rozważał, aż nakoniec zrozumiał je całkiem i szepnął:
— Pokój tobie!
Gołda stała z ramionami skrzyżowanemi na piersi i w Meira wpatrywała się, jak w obraz święty wpatrują się pobożni. Usłyszawszy wyraz pokoju, wychodzący z ust dziada, przysunęła Meirowi jeden z dwóch stołków znajdujących się w chacie, wzięła z kąta izdebki mały, lśniący dzbaneczek i wyszła do sieni.
Meir usiadł opodal nieco od starca, który pogrążył się znowu w swéj robocie i zrazu szeptać cóś zaczął. Po chwili szept ten stawał się coraz głośniejszym, aż przemienił się w chrypliwe i drżące opowiadanie. Opowiadania takie były snadź ciągłym zwyczajem Abla. Miał on ich pełną pamięć i pierś, i niémi sobie nędzne życie swe rozpromieniał.
Pierwszych wyrazów, szeptem przez Abla wymówionych, Meir nie dosłyszał, i wtedy dopiéro pochwycił wątek słów jego, gdy starzec głośniéj zaczął:
— „Nad brzegami Babilonu siedzieli oni płaczący, a wiatr jęczał w lutniach ich, które sobie z ojczyzny przynieśli i w smutku zawiesili na drzewach.
„I przyszli do nich panowie ich i mówili: „Weźcie do rąk waszych te lutnie wasze, grajcie i śpiewajcie!“ A oni odpowiedzieli: „Jakoż grać i śpiewać będziemy na ziemi wygnania, kiedy język nasz usechł od wielkiéj goryczy, a serca nasze wołać umieją tylko: Palestyna! Palestyna!“ Ale rzekli do nich panowie ich: „zdejmcie z drzew lutnie wasze, grajcie i śpiewajcie!“
„Wtedy prorocy Izraela obejrzeli się na siebie i zapytali: kto z nas pewny, że męki wytrzyma, a grać i śpiewać nie będzie na ziemi wygnania?
„A kiedy nazajutrz przyszli do nich panowie ich i powiedzieli: zdejmcie z drzew lutnie, grajcie i śpiewajcie!
Prorocy Izraela popodnosili swoje ręce krwawe i zawołali:
„Jakże zdjąć je możemy, kiedy ręce nasze przecięte są na dwoje i palców u nich niéma!
„Rzeki Babilonu głośno szumiały od wielkiego dziwu, a wiatr płakał w lutniach na drzewach wiszących, bo prorocy Izraela rozcięli sobie ręce na dwoje, ażeby nikt zmusić ich nie mógł do śpiewu na ziemi wygnania!“
Kiedy Abel wymawiał ostatnie wyrazy staréj legendy, do izby weszła Gołda. Niosła ona w jednéj ręce na splecionéj ze słomy podstawie dwa kubki gliniane, w drugiéj — dzbanek lśniący, napełniony mlekiem. We drzwiach, które rozwartemi za nią zostały, stanęła koza, odbijając białością na czarném tle sionki. Dziewczyna, w długiéj, spłowiałéj spódnicy, z czarnym warkoczem rzuconym na plecy staréj koszuli, wylała w kubki pieniące się mleko i podawała je dziadowi i gościowi. Chodziła po izbie cicha i lekka, z uśmiechem tylko na poważnych ustach. Potém usiadła i prząść znowu zaczęła. Izbę zaległa cisza zupełna, stary Abel rozpoczynał jeszcze dawną historyą jakąś cichym szeptem, ale wkrótce zamknęły się usta jego, ręce opadły na snop łozowych prętów, a głowa nieruchomo spoczęła przy ścianie.
Koza zniknęła z progu, słychać było jeszcze przez chwilę szamotanie się jéj w ciemnéj sionce, lecz po chwili i to umilkło. Młodzi ludzie zostali sami jedni wobec uśpionego starca i gwiazd, które zaglądały przez nizkie okienko. Ona przędła — ze wzrokiem utkwionym w twarz młodzieńca, siedzącego zdaleka; on spuścił powieki i myślał.
— Gołda! — ozwał się po długiéj chwili, — prorocy Izraela, którzy sobie ręce porozcinali na dwoje, aby niewolnikami swoich panów nie być, wielkimi byli ludźmi...
— Oni nie chcieli nic robić przeciw sercu swemu! — poważnie odpowiedziała dziewczyna.
Milczeli znowu. Wrzeciono szemrało w ręku Gołdy, ale coraz ciszéj jakoś i wolniéj. Przez źle spojone stare deski ścian wnikały powiewy wiatru i chwiały żółtym płomykiem świecy.
— Gołdo! — ozwał się Meir, — czy tobie nie straszno w téj samotnéj chacie, kiedy jesień i zima długie, czarne ciemności na swiat spuszczają, a wichry wielkie przez te stare ściany do izby wlatują i jęczą?
— Nie; — odpowiedziała dziewczyna, — mnie nie straszno, bo Przedwieczny strzeże biednych chat, co w ciemnościach stoją, a kiedy wiatry wlatują tu i jęczą, ja słucham historyj tych, które opowiada zejde, i jęczenia tego nie słyszę!
Wzrok Meira, miękki i pełen litości, spoczywał na twarzy poważnego dziecka. Gołda patrzała na niego nieruchomemi oczyma, które błyszczały zdala, jak czarne, ogniste gwiazdy.
— Gołda! — rzekł znowu Meir, — czy ty pamiętasz historyą o Rabbi Akibie?
— Ja jéj do końca życia mego nie zapomnę... — odpowiedziała.
— Gołda! — czy tybyś mogła, jak piękna Rachela, czekać czternaście lat...
— Jabym do końca życia mego czekała...
Wymówiła to spokojnym głosem i poważnemi usty, ale wrzeciono wymknęło się z jéj ręki, która opadła w dół, jak bezwładna.
— Meir, — rzekła tak cicho, że słowa jej przygłuszał nieledwie cichy szept wieczornego wiatru, — daj ty mnie obietnicę jednę! Kiedy tobie nie dobrze będzie w domu dziada twego Saula i kiedy ty smutek na swojém sercu poczujesz, przychodź ty wtedy do domu naszego. Niech ja o każdym smutku twoim wiem, i niech zejde mój pociesza ciebie temi pięknemi historyami, które on opowiadać umié!
— Gołdo! — rzekł silnym głosem, — ja, jak prorocy Izraela, ręce swoje na dwoje raczéj rozetnę, niż cokolwiek kiedy przeciw sercu memu zrobię!
Rzekłszy to, wstał i skinął głową ku dziewczynie.
— Pokój tobie! — rzekł.
— Pokój tobie! — odpowiedziała cicho i głową zwolna ku niemu skinęła.
Wyszedł z chaty, a po chwili dziewczyna powstała ze stołka, zdmuchnęła żółty płomyk dogorywającéj świecy i owinąwszy się szarą jakąś płachtą, u nóg uśpionego w słomie starca spoczęła. Spoczęła — lecz długo jeszcze patrzała szeroko rozwartemi oczyma na gwiazdy, które migotały za oknem.




Przypisy

  1. Najwyższa część kabały, ucząca za pomocą kombinowanych liter i wyrazów cuda czynić i tajemnice odgadywać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.