Meir Ezofowicz/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Meir Ezofowicz
Podtytuł Powieść z życia Żydów
Data wydania 1879
Wydawnictwo Nakład S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Rabbi Izaak Todros nosił na powierzchowności swéj, a może i w duchowym swym ustroju, wybitne ślady kilkuwiekowego przebywania przodków jego w palącym klimacie Hiszpanii.
Tułaczy lud, zdumiewająco wytrwały w zachowywaniu cech wyróżniających go z pośród plemion innych, siłą niezwalczonych wpływów przyrody, zaczerpnął przecież tu i owdzie cóś z widnokręgów różnych, po których rozsiewała go dola wygnańcza.
Istnieją tu śród ogólnych podobieństw różnice ważne: ludzie, względnie niedawno przybyli z południa lub wschodu, — i ci nad którymi od wieków rozciąga się niebo blade i wieją mroźne wichry; duchy powolne — i namiętne, mistyczne — i zatopione w rzeczywistości; włosy czarne jak najczarniejsze pióra krucze, — i oczy błękitne, jak barwa pogodnych obłoków; czoła białe — i śniade; organizmy silne, hartowne — i ciała chude, suche, nerwowe, drgające namiętnością, napojone marzeniem, trawione fantazyą.
Najśniadszą z pośród śniadych twarz, najczarniejsze z najczarniejszych włosy i oczy, najnamiętniejszego i najbardziéj marzeniem rozebranego ducha z pośród wszystkich ognistych duchów, posiadał Izaak Todros.
Jakie właściwie stanowisko zajmował on w swéj gminie, i na czém wspierało się ono? Kapłanem nie był; rabbini kapłanami nie są, a żaden naród może tak dalekim nie jest z natury swéj, jak izraelski, od teokratycznych rządów i poddaństw. Administratorem gminy swéj nie był także, sprawami cywilnemi jéj bowiem trudnili się urzędnicy kahału; rabbini zaś posiadają w skłądzie kahału jedyną rolę strażników religii, przepisów jéj i obrządków. Posiadał on przecież wyższe nad wymienione powyżéj godności. Pochodził ze starożytnego książęcego rodu, pomiędzy przodkami swymi liczył wielu mędrców dawnych, a niedawnych świątobliwych i czczonych rabbinów, był doskonale pobożnym, więc cadykiem i chachamem, ascetą, cudotwórcą niemal, a także głęboko, niezmiernie uczonym.
To ostatnie stosowało się do uczoności religijnéj tylko, ale była téż to w oczach gminy Szybowskiéj uczoność jedyna.
Uczoność ta obejmowała sobą nieporównaną znajomość ksiąg świętych: Tory czyli Biblii najmniéj, Talmudu więcéj, najwięcéj Kabały.
Izaak Todros był najbieglejszym kabalistą czasów najnowszych, i stanowiło to kamień węgielny, na którym wspierała się budowa jego wielkości.
Któś, zaznajomiony choć trochę z rzeczami dotyczącemi wiary izraelskiego plebsu, przypuści zapewne, że ludność Szybowska była odłamem licznéj a posępnéj sekty Chassydów, która na czele wszystkich nauk duchowych i świeckich stawia Kabałę.
Nie; mieszkańcy Szybowa nie uważali się za odszczepieńców, owszem szczycili się tém, iż są prawowiernym talmudystami i rabbinitami. Ale należeli oni do tych, licznych zresztą w najniższych warstwach społecznych, talmudystów, którzy do Tory i Talmudu przyłączyli Kabałę, uznali ją za księgę świętą i rozmiłowali się w niéj z namiętnością, usuwającą w cień dwie księgi pierwsze.
Zresztą przeleciał téż nad ludnością Szybowską i Chassydyzm, zetknął się z nią zblizka i pozostawił śród niéj liczne ślady. Znaczna część ludności téj była w istocie Chassydzką, nie wiedząc o tém sama; a wieść niosła, że dziad Izaaka Todrosa, ów Reb Nochim, który-to staczał walki o idee z Herszem Ezofowiczem, był czas jakiś uczniem Beszta, założyciela dziwnéj téj sekty, widywał go często i — jakkolwiek nie przyłączył się do niéj całkiem — wniósł w gminę, któréj duchowym przewodnikiem był, wiele z zasadniczych jéj pierwiastków.
Głównemi pierwiastkami témi są: nieograniczona cześć dla Kabały, bałwochwalcze niemal wielbienie Cadyków i wstręt pobożny, głęboki, niezłomny ku Edomitom (obcym narodom) i ich naukom.
Pierwiastki te zwiększały się i rozrastały coraz za sprawą syna Nochimowego, Borucha, a wnuk jego, Izaak, ujął w dłonie dostojeństwo, przez przodków dzierżone w czasie ich najszerszego rozkwitu.
Religia więc Szybowskich mieszkańcóow nie była Mozaizmem, ani Talmudyzmem, ani Chassydyzmem, ale chaotyczném pomieszaniem wszystkiego tego, pomieszaniem, które panowało na przestrzeni wielu dziesiątków mil dokoła Szybowa, a najwyższy wyraz swój znajdowało w osobie Szybowskiego rabbina.
Rabbi Izaak miał ciemne czoło, zorane całe głębokiémi bruzdami, które powstały na niém wtedy, gdy myślą wytężoną przenikać usiłował tajemnice nieba i ziemi, za pomocą odpowiedniego układania liter, składających imiona Boga i Aniołów. Miał on téż w czarnych jak węgle swych oczach błyski ponure lub zachwycone, które rozpaliły się przy rozpamiętywaniu niezmiernéj grozy i nieporównanych rozkoszy nadprzyrodzonego świata. Plecy jego przygarbione byyły od pochylania się nad księgami, ręce drżące od nieustannych wzruszeń umysłu, bojującego z widmami, ciało wyschłe i policzki głęboko wklęsłe, od udręczeń duchowych i umartwień fizycznych.
Celibat, post i bezsenne noce, wypisanemi były na ciemnéj powierzchowności człowieka tego, zarówno jak mistyczna ekstaza, tajemna groza i przebaczenia nieznająca nienawiść dla wszystkiego, co żyło, wierzyło, pragnęło inaczéj, niż on.
Za młodu żonatym był, a raczéj ożeniono go wtedy jeszcze, gdy najmniejszy włosek dojrzałości męzkiéj nie ukazywał się na policzkach jego. Wkrótce rozwiódł się z żoną, która krzątaniem się swém mąciła mu nabożne skupianie lub uniesienie ducha; troje dzieci jego wzrastało w domu brata jego; a on sam, pustelnik, w nizkiéj swéj czarnéj chatce, żył cały, wyprężoném do ostatnich granic, życiem fantazyi, namiętnych modłów i przepaścistych mistycznych rozmyślań.
Pod względem cielesnym, żył on darami, które przysyłali mu żarliwi czciciele jego. Dary to zresztą powszednie były i drobne. Wielkich, kosztownych podarków Rabbi Izaak nie przyjmował, ani nawet zapłaty żadnéj nie brał za udzielanie rad, leków i przepowiedni przybywającym doń wiernym.
Ale codziennie, przed wschodem słońca, przez dziedziniec szkolny przesuwały się nieśmiałe jakieś postacie i na ławce drewnianéj, stojącéj u okna chaty, stawiały bez szelestu żadnego gliniane naczynia, napełnione jadłem i kładły kromki chleba, lub świątecznego ciasta.
Rabbi w téj porze zwykle odmawiał poranne modlitwy, albowiem była to pora, w któréj barwę białą od blado-błękitnéj rozróżnić już można, w któréj zatém wszelki prawowierny Izraelita poranne Szemy i Tefile odmawiać powinien.
Potém otwierał okno i z pod żółtych powiek, długo źrenicą ognistą, pływającą po zaczerwienionych od trudu białkach ocznych, patrzał na różowe blaski jutrzenki. Tam, w téj stronie, Wschód był daleki, Jeruzalem, niewidzialne już gruzy Salomonowéj świątyni, Palestyna płacząca po synach swych i więdnące od smutku palmy Syonu...
Niekiedy ogień, płonący w oczach rabbina, gasł w łzie, która, spływając, chłodziła spalone od pożarów wewnętrznych jego policzki... Chłodziły je téż czasem wiatry mroźne i wilgotne mgły, ale Izaak Todros, przez mgły i tumany deszczowe lub śnieżne, długo zawsze co ranek patrzał ku Wschodowi... Potém pochylał się i brał z ławy przygotowane dlań przez pobożną rękę pożywienie. Nie spożywał go nigdy całkiem, bo chleb i ciasto łamał w drobne okruchy i pełnemi garściami rzucał je ptakom, których gromady wielkie zlatywały wtedy z sąsiednich dachów, z ulic, zewsząd, aby przezroczystą oponą ruchliwych skrzydeł przysłonić małe otwarte okienko. Niektóre z nich porywały okruchy i odnosiły je go gniazd swych, z radośnym szczebiotem; inne, nasyciwszy się, wlatywały w okienko i obsiadały gromadnie czarne i przygarbione ramiona karmiciela swego. Pod nizką strzechą chatki gnieżdżące się licznie jaskółki wychylały się téż z gniazd swych, i spuszczając ku niemu dzioby swe, patrzały nań śmiałemi oczyma. Wtedy ciemna twarz rabbina stawała się trochę mniéj ciemną i czasem, rzadko kiedy przecież, uśmiech łagodny igrał po wargach jego, zaciśniętych i gęstemi włosami obrosłych.
Ptaki znały go dobrze i zblizka, nietylko te, które zamieszkiwały miasteczko, ale i te także, których pełen był gęsty gaj brzozowy.
Izaak Todros wychodził często do gaju i zagłębiał się niekiedy aż w sąsiadujące z nim ogromne puszcze sosnowe. Co czynił tam? Karmił ptaki, które, spostrzegłszy go, zlatywały się wnet ze stron wszystkich i towarzyszyły mu przez cały ciąg jego przechadzki. Modlił się wielkim głosem nieraz, podnosząc w górę trzęsące się ręce i odgłosami namiętnych swych krzyków wywołując chóry ech leśnych; szukał nakoniec różnych traw i ziół dzikich, które zrywał ogromnemi więziami i do małéj swéj chaty z sobą unosił. Rośliny te posiadały lecznicze własności, których znajomość spadała w rodzinie Todrosów z ojca na syna. Byli oni wszyscy z rodzaju pierwotnych tych lekarzy, których pełnemi były wieki średnie, i którzy sztukę leczenia cierpień cielesnych otrzymywali nie od akademii żadnéj, ale z rąk dzikiéj natury, badanéj fantastyczną i ciekawą raczéj, niż umiejętną myślą. Jeden zresztą z dalekich przodków Izaaka Todrosa słynnym był niegdyś w Hiszpanii lekarzem, wtedy, gdy w niewoli izraelskiego ludu zaszedł był krótki przestanek jakiś, i gdy wolno im było wraz z innemi narody czerpać wszechstronne życiowe pokarmy ze źródeł wszelkich. Przestanek to był krótki; ale ten z nich, który nosił imię Todrosa Haleviego, przekazał wiadomości swe synom swoim i powędrowały one potém z pokolenia w pokolenie, przeinaczając się na różne sposoby, strojąc się w liczne fantastyczne szaty, układając się w dziwne, cudowne legendy, których bohaterami były skromne rośliny te, ze skromnemi barwami, a przejmującą wonią, po których deptały wzgardliwie stopy niebacznych przechodniów.
Izaak Todros wyszukiwał pilnie i skrzętnie zbierał drogocenne te przedmioty staréj wiedzy i długich podań swych rodzinnych; unosił je z sobą i — wróciwszy do nizkiéj lepianki swéj, rozkładał je cienkiemi warstwami na brudnéj podłodze ciasnéj izby, aby rzadkie tu i ubogie promienie słońca, padając na nie, przenikały nawzkróś dobroczynną swą siłą.
Zawsze téż, a w letniéj i jesiennéj porze najczęściéj, atmosfera małéj izdebki rabbina przejęta była cała silnemi i dusznemi woniami suszących się ziół i kwiatów dzikich. Blade barwy uwiędłych roślin smętnie jaśniały na otaczającéj tle ścian szarych od pyłu, przez dziesiątki lat gromadzącego się w grube warstwy, i wśród śmiecia, zalegającego kąty i przysypującego grubą podłogę, wyglądały jak tęskne, z zielonych rajów porwane, dyamenty.
Izdebka to zresztą była przypominająca surowe cele pustelników i anachoretów. Nic w niéj nie było, prócz nizkiego, twardego łoża, białego stołu, umieszczonego przy jedném z okienek, pary stołków drewnianych i kilku mocnych desek, wprawionych w ścianę i napełnionych księgami. Śród ksiąg tych znajdowało się dwanaście tomów ogromnéj wielkości, odwiecznym drukiem napełnionych i w zżółkły pergamin oprawnych. Był to Talmud. Powyżéj leżały: Ozar-ha-kabod, dzieło skreślone przez jednego z przodków Izaaka, przez owego Todrosa Haleviego, który pierwszym Talmudystą był, w Kabałę wierzącym; Toldot-Adam, epopeja opiewająca dzieje pierwszego człowieka i wygnańca; Sefer Jezira (Księga Stworzenia), apokaliptyczny obraz powstania świata, Kaarat Kezef, w którym Ezobi przestrzega Izraelitów przed zgubnemi wpływy wszelkiéj świeckiéj nauki; Schiur-Koma, plastyczny opis Boga, oświecający czytelników o fizycznéj Jego postaci, olbrzymich rozmiarach głowy, nóg, rąk i szczególniéj brody Bożéj, posiadającéj,według twórcy dzieła tego, 10,500 parasangów długości. Ale na najwyższém miejscu złożona i częstém używaniem najbardziéj zniszczona, znajdowała się tam Księga Blasku, Zohar, najobszerniejsza i najgłębsza zarazem rozprawa o Chochma-Nistarze (Kabbale), którą, w imieniu żyjącego przed wielu wiekami rabbina Szymona-ben-Jochai, wydał w wieku XVIII Mojżesz z Leonu.
Takim był księgozbiór Izaaka Todrosa, nad którym spędzał on bezsenne noce, czerpiąc zeń wielką uczoność i mądrość swoję, trawiąc nad nim wszystkie siły swego ciała. Z niego-to ulatującą wonią upajał on ducha swego mistycznemi wzruszeniami, i gorzkim, ostrym jadem bezbrzeżnych wstrętów dla wszystkiego, co obcém było lub niechętném zawierającemu się w nim światu, pełnem nadprzyrodzonych blasków i ciemności. Nad nim-to przesiadywał on noce, nietylko powszednie i zwykłe, ale nawet świąteczne. Tylko, że w świąteczne noce nie bywał sam jeden, lecz przy nogach jego siadywał uczeń i ulubieniec jego, Reb Mosze, mełamed, ażeby ucinać, gdy zajdzie tego potrzeba, czarny knot żółtéj łojówki. Pobożnemu bowiem, który w noc świąteczną czyta Księgi Święte, objaśniać świecy nie wolno, i trzeba, ażeby podówczas znajdowała się obok niego uważna, zastępcza ręka. Czytywał więc rabbin w noce świąteczne Schiur Komę i Zohar, a siedzący obok niego mały człowieczek, w grubéj koszuli, podnosił się kiedy nie kiedy z nizkiego siedzenia swego, ożywiał ciemniejący płomyk żółtéj świecy i okrągłe oczy swe w twarz mistrza wpajał, czekając, że lada chwila kreślone, ustawiane i przestawiane ręką jego litery imion boskich, Notarykon i Gematria, ułożą słowo, które wielkich cudów dokonywać będzie i odkryje przed ludźmi wszystkie tajemnice nieba i ziemi.
Izaak Todros, wracając wnet po zachodzie słońca do domu, z wielką więzią dzikich roślin w dłoniach, znalazł wiernego czciciela swego, siedzącego w kącie ciemnéj sionki. W skurczonéj postawie siedząc, opierał on twarz na obu dłoniach i pogrążał się w rozmyślaniach głębokich.
— Mosze! — ozwał się rabbin, szybko i cicho przesuwając się przez sionkę.
— Co rozkażesz? Nassi! — pokornym głosem zapytał Mosze.
— Idź, Mosze, zaraz do starego Saula i powiedz jemu, że rabbin Izaak Todros jutro domowstwo jego nawiedzi!
Skurczona i szarzejąca w ciemnym kącie postać porwała się jak sprężyną z ziemi poruszona i bosemi stopami pomknęła szybko przez plac ku wysokiemu domowstwu Saula. Tu wpadłszy na ganek i przebiegłszy długi korytarz, mełamed otworzył nawpół drzwi i, wchylając głowę do obszernéj izby, zawołał donośnym i tryumfalnym głosem:
— Rebe Saul! Ciebie wielkie szczęście i wielki honor spotyka! Rabbi Izaak Todros, doskonały pobożny i pierwszy mędrzec świata, jutro dom twój nawiedzi!
Z głębi obszernéj bawialnéj izby bogatego kupca, suchy od starości, lecz silny głos odpowiedział:
— Ja Saul Ezofowicz, dzieci, wnuki i prawnuki moje, czekać będziemy nawiedzin rabbi Izaaka z wielką radością i wielkiém pragnieniem w sercu. Niech sto lat żyje!
— Niech sto lat żyje! — powtórzyła wychylająca się przez drzwi twarz ciemna z okrągłemi oczyma i zniknęła.
Drzwi zamknęły się. Stary Saul siedział na kanapie i czytał Zohar, którego jednak głębokich objawień, pomimo największych wysileń, objąć nie mógł umysł jego, do świeckich interesów przywykły. Zbrużdżone czoło jego chmurném nagle stało się i niepokój zamigotał mu w oczach. Zwrócił się do starszemu z synów swoich, Rafałowi, który, przy stole poblizkim siedząc, spisywał w rachunkowéj książce cyfry kosztów i zysków miesiąca, i zapytał:
— Czego on tu przyjdzie?
Rafał wzruszył ramionami na znak niewiadomości.
— Czy on do nas przyczepkę ma jaką? — zapytał znowu starzec.
Rafał, podnosząc twarz z nand rachunkowéj książki, odpowiedział:
— Ma.
Saul drgnął.
— Nu! — zawołał, — a co za przyczepka może być? Czy kto z naszéj familii zgrzeszył?
Rafał rzucił krótko:
— Meir!
Twarze ojca i syna stały się smutnemi i niespokojnemi. Izaak Todros nawiedzał zwyczajnie członków gminy swéj bardzo rzadko i wtedy tylko, gdy szło o ważne jakieś religijne sprawy lub przekroczenia. A i te jeszcze nawiedziny rzadkie spotykały tylko najdostojniejszych i najwpływowszych członków gminy. Biedny, szary lud oblegał sam lepiankę rabbina i na każde skinienie jego przylatywał z niewysłowioną radością lub trwogą.

∗             ∗

Rabbin Izaak Todros ascetą był i mamoną gardził. Zaszczytów jednak wszelkich i oznak czci, któremi go otaczano, nie odrzucał, i wtajemniczeni w głębsze myśli jego i uczucia wiedzieli o tém, że je lubił bardzo, a nawet dopomniałby się o nie stanowczo, gdyby ktokolwiek pomyślał kiedy o odmówieniu mu ich lub umniejszeniu. Dla tego cały lud ubogi i wszyscy, którzy mu się szczególniéj przypodobać pragnęli, dawali mu tytuł książęcy, mówiąc doń Nassi; dla tego téż wszelkie przejście jego przez miasteczko, będące zawsze dla ludności wypadkiem o tyle ciekawym, o ile uroczystym, otaczane było pewnym, dość poważnym, ceremoniałem.
Parę godzin jeszcze brakło do południa, gdy Saul Ezofowicz, stojąc u okna bawialnéj izby, zaniepokojonym nieco wzrokiem i z pod zjeżonych brwi spoglądał na orszak, zwolna przez plac sunący. Spoglądali téż nań członkowie rodziny jego, synowie, synowe, córka, zięć i najstarsze z wnuków, wszyscy świątecznie przybrani, z uroczystemi twarzami zgromadzeni tu, aby powitać w progach domu swego najwyższą dostojność gminy.
Przez plac, od szkolnego dziedzińca ku domowstwu Ezofowiczów, sunęła gromadka ludzi czarno ubranych. Pośrodku, z postacią, jak zwykle, podaną naprzód, w wyszarzaném odzieniu swém i z grubą koszulą, odkrywającą całkiem długą, żółtą szyję, szedł Izaak Todros, zwykłym swym prędkim, cichym krokiem. Z dwóch stron jego postępowali dwaj urzędnicy kahału: mały i giętki Rebe Jankiel, ze swą białą, piegami okrytą twarzą i rudą jak ogień brodą, i Dawid Kalman, jeden z dostojników miasteczka, Morejne, bogaty handlarz bydłem, wysoki, wyprostowany, poważny, biały, z rękoma w kieszeniach atłasowego chałatu, z uśmiechem słodkiéj błogości na pulchnych wargach. Za trzemi ludźmi tymi i po obu ich stronach, cisnęło się jeszcze kilkanaście głów, mniéj lub więcéj nizko lub wysoko trzymających się, i twarzy, mniéj lub więcéj uśmiechniętych i kornych. Całe towarzystwo to wyprzedzał Rebe Mosze, w sposób taki, że twarzą zwrócony był ku twarzy rabbina, a plecami ku celowi wycieczki. Nie szedł więc, ale cofał się, przy czém podskakiwał, w ręce klaskał, ku ziemi nizko się pochylał, o nierówności gruntu zaczepiał nagie swe stopy, potykał się, skakał znowu, twarz ku obłokom podnosił i wydawał urywane okrzyki radości. W pewnéj nakoniec odległości postępowała za orszakiem gruppa, złożona z kilkudziesięciorga dzieci różnego wieku, które przypatrywały się orszakowi z zaciekawieniem nadzwyczajném, a widząc taniec i skoki mełameda, poczęły go naśladować, skacząc także, giestykulując, padając na ziemię, klaszcząc w ręce i napełniając powietrze wrzaskiem nieopisanym.
Po chwili otwarły się z łoskotem drzwi bawialnéj izby Ezofowiczów i wpadł przez nie mełamed, zaczerwieniony, zziajany, potem oblany i nadzwyczajną radością rozpromieniony. Cieszył się szczerze, rozgłośnie, namiętnie. Z czego?... Biedny mełamed!
— Rebe Saul! — zawołał ochrypłym od krzyczenia głosem, — spotykaj wielkie szczęście i wielki honor, które do ciebie przychodzą!

Z twarzy Saula odgadnąć można było, że tajemny niepokój walczył w nim z istotnie uczuwaną radością. Ale co się tycze rodziny jego, któréj członkowie poprzyciskali się do ścian i sprzętów, ta cieszyła się już widocznie i bardzo, promieniała chlubą i uczuwaną błogością, z wyjątkiem Bera, niemego, apatycznego jak zwykle bywał, gdy nie szło mu o interesa handlowe i pieniężne. Stary Saul
Przejście rabbina Izaaka Todrosa przez miasteczko do Ezofowiczów.
stanął przed samym progiem bawialnéj swéj izby; na ganku zaś Rebe Jankiel i Morejne Kalman ujęli rabbina pod obie ręce, podnieśli prawie nad ziemię suchą jego postać i — przeniósłszy ją przez korytarz i próg, naprzeciw Saula postawili. Poczém ukłonili się nizko, opuścili dom i na ganku usiedli, oczekując chwili, w któréj wracającemu orszakowi towarzyszyć mieli.

Saul tymczasem pochylił przed gościem swym siwą, poważną głowę. Naśladowały go wszystkie osoby, otaczające dokoła ściany izby.
— Pozdrawiający mędrca, pozdrawia wspaniałość Przedwiecznego! — wymówił.
— Pozdrawiający mędrca, pozdrawia... — powtarzać zaczął za Saulem chór głosów męzkich i żeńskich. Ale w téjże chwili Izaak Todros podniósł nieco w górę wskazujący palec, strzelił dokoła pałającą źrenicą i syknął:
— Szaaa!
W izbie zrobiła się cisza grobowa.
Palec gościa zatoczył szerokie koło, wskazując tém cały szereg postaci stojących pod ścianami.
— Weg! (precz) — zawołał podniesionym głosem.
W izbie zaszeleściły suknie i szybkie stąpania; zamigotały zmartwione i przelęknione twarze; tłocząc się, wcisnęli się wszyscy obecni we dtzwi, prowadzące do wnętrza mieszkania, i zniknęli.
W pustéj zupełnie izbie pozostali dwaj tylko ludzie: srebrnowłosy, barczysty patryarcha, i suchy, ognistooki mędrzec.
Kiedy mędrzec krótkim rozkazem i nakazującym giestem odpędzał od obliczności swéj rodzinę jego, synów siwiejących, córki poważne i urodziwe dziewice, siwe brwi Saula drgnęły i zjeżyły się znowu na chwilę. Zawrzała snadź w nim duma rodowa i ojcowska.
— Rabbi! — rzekł przyciszonym nieco głosem, i z mniéj nizkim niż wprzódy ukłonem, — racz zająć pod dachem moim miejsce, które ci się najwygodniejszém wydaje!
Nie udzielił gościowi książęcego tytułu. Nie nazwał go: Nassi!
Rabbi Izaak chmurnie nań spojrzał, przesunął się przez izbę i usiadł na kanapie z wysoką, żółtą poręczą.
Nie był w téj chwili przygarbionym. Owszem, usiadł prosto i sztywnie, ze wzrokiem wlepionym nieruchomo w twarz starca, który zajął miejsce naprzeciw.
— Ja ich wypędził! — rzekł, wskazując na drzwi, przez które wypłynęła z izby gromadka rodzinna. — Na co ty ich tu zebrał? Ja chcę z tobą tylko pogadać!
Saul milczał.
— Ja tobie nowinę przynoszę, — wyrzucił znowu rabbin prędko i chmurnie, — wnuk twój, Meir, nieczystą ma duszę. On Kofrim! (niedowiarek).
Saul milczał jeszcze, tylko zmarszczone jego powieki drgały nerwowo nad spłowiałą od lat źrenicą.
— On Kofrim! — głośniéj powtórzył rabbin, — on brzydkie słowa na religią naszę wymawia, mędrców nie szanuje, sabbaty narusza i z odszczepieńcami przyjaźń trzyma.
— Rabbi! — zaczął Saul.
— Ty słuchaj, kiedy ja mówię! — wpadł mu w mowę rabbin.
Zacisnęły się wargi starca tak, że zniknęły całkiem wśród mlecznego zarostu.
— Ja przyszedł tobie powiedziéć, — zaczął znowu Todros, — że ty wnuka swego źle trzymasz, że to jest twoja wina, skoro on taki. Czemu ty jego nie pozwalałeś mełamedowi ćwiczyć i bić, kiedy on do hederu chodził, Gemary uczyć się nie chciał, a z gadania mełameda śmiał się czasem i innych do śmiechu kusił. Czemu ty jego posyłałeś do Edomity, co tam pomiędzy ogrodami mieszka, żeby on jego uczył czytania i pisania w języku Gojów, i innych jeszcze edomickich obrzydliwości? Czemu ty jego nie skarcił swoją ojcowską ręką wtedy, kiedy on sabbat naruszył i przy twoim stole mełamedowi sprzeciwiał się? Czemu ty duszę jego grzeszną swoją miłością psujesz, do świętych nauk go nie skłaniasz i na wszystkie jego obrzydliwości patrzysz tak, jakbyś ślepym był?
Zmęczył się Rabbi długiém mówieniem i sapiąc odpoczywał.
Wtedy stary Saul przyciszonym nieco głosem mówić zaczął.
— Rabbi! niech serce twoje rozgniewaném na mnie nie będzie. Ja inaczéj robić nie mogłem, jak robiłem. Dziecko to jest synem syna mego, najmłodszego z pomiędzy wszystkich dzieci moich, i który bardzo prędko z oczu moich zniknął. Po śmierci ojca jego i matki, ja to dziecko do domu swego wziąłem i chciałem, żeby ono nigdy nie przypomniało sobie, że jest sierotą. Ja wdowcem już wtedy byłem i sam jego na ręku swoich hodowałem. I hodowała go także stara prababka jego, któraby duszę swoję przed Panem położyła, żeby tylko dla duszy jego szczęście kupić. On w koronie jéj głowy pierwszym jest brylantem, a teraz usta jéj nie otwierają się już z wielkiéj starości dla nikogo, tylko dla niego. Oto, Rabbi, wszystkie przyczyny są, dla których ja jemu pozwalał więcéj, niż innym dzieciom moim, i słabszą ręką jego trzymał; dla których bolała mnie bardzo dusza, kiedy mełamed w hederze łajał jego i bił, tak jak inne dzieci. Ja wtedy zgrzeszyłem, do hederu jak szalony wpadłem, mełamedowi brzydkich słów nagadałem i chłopca ze sobą zabrałem. Ja zgrzeszyłem, Rabbi, bo mełamed jest mądry i święty człowiek; ale niechaj grzech ten zniknie z oczu twoich, Rabbi, kiedy ty pomyślisz sobie o tém, że ja na te sińce, co na ciele swojém nosił syn syna mego, patrzéć nie mogłem i milczéć! Kiedy sińce te nosiły na sobie dzieci syna mego Rafała, i syna mego Abrama, i syna mego Efroima, ja milczałem; bo ojcowie ich żyli, dziękować Bogu, i sami za dziećmi swemi patrzali; ale jak ja zobaczyłem je na plecach i na ramionach sieroty, — — Rabbi! — ja zapłakałem, krzyknąłem wielkim głosem i zgrzeszyłem!
— Nie jeden to grzech twój! — wyrzekł Rabbi, który mowy Saula wysłuchał z nieruchomą surowością i powagą sędziego, — a po co ty jego do Edomity na naukę posyłał?
— Rabbi! — odparł Saul, — a jakżeby on potém dał sobie rady na świecie, gdyby nie rozumiał mowy, którą wszyscy ludzie w tym kraju gadają i nazwiska swego podpisać nie umiał na kontrakcie, ani na wekslu żadnym? Synowie moi, Rabbi, i starsze wnuki moje wielkie interesa prowadzą i on prowadzić je będzie, jak tylko ożeni się... Całe dziedzictwo ojca jego do niego należy. On będzie bogaty i z wielkimi panami trzeba jemu będzie rozmawiać. A jakżeby on z nimi rozmawiał, gdybym ja jego do Edomity na naukę nie posyłał?
— Niech przepadnie Edom z plugawą nauką swoją i niech nie przebaczy mu Pan! — mruknął rabbin; po chwili zaś dodał: — a dla czego ty syna swego uczonym nie zrobiłeś, tylko na kupca go kierowałeś?
— Rabbi! — odparł Saul, — familia Ezofowiczów jest familią kupiecką. My kupcy z ojca na syna i taki już u nas obyczaj.
Mówiąc to, podniósł nieco głowę dotąd pochyloną. Przy wspomnieniu o rodzie swym uczuł się dumnym i śmielszym. Ale nic dorównać nie może wzgardzie i szyderstwu, jakiemi syknęły usta Rabbina, gdy wymówił za Saulem:
— Familia Ezofowiczów!
— Familia Ezofowiczów, — powtórzył głośniéj, — była zawsze ziarnkiem pieprzu na podniebieniu Izraela...
Saul podniósł nagle głowę.
— Rabbi! — zawołał, — w niéj były brylanty, na które patrząc, Edomici sami w poszanowaniu miéć zaczynali cały Izrael...
Drgnęła i zakipiała pomiędzy dwoma ludźmi tymi stara nienawiść wzajemna Ezofowiczów i Todrosów.
— W waszéj familii, — mówił Rabbin, — jest jedna brzydka dusza, która chodzi od jednego do drugiego Ezofowicza i oczyścić się nie może. Bo tak napisane jest: wszystkie dusze, które ze Sefirotów wypłynęły, jak krople wody wypływają z pochylonéj butelki, odbywają Ibur-Gilgul, — podróż po ciałach, z jednego do drugiego przechodząc, aż oczyszczą się ze wszystkich grzechów i nazad do Sefirotów powrócą. Kiedy człowiek pobożny i świątobliwy jest, dusza jego powraca do Sefirotów, a kiedy ona tam powróci, to na jéj miejsce inna dusza idzie na świat i ciało sobie bierze. I póty biéda, smutek, boleści i grzechy mieszkać na ziemi będą, póki wszystkie dusze, od Sefirotów oderwane, Ibur-Gilgul nie odbędą i przez ciała nie przejdą. A jak one mogą wszystkie przez ciała przejść, jeśli na ziemi będzie wiele obrzydliwych, nieczystych i nauki świętéj nieszanujących? Ci obrzydliwi trzymają sobie ciągle ciała, z jednego do drugiego przechodząc, a tam wysoko inne dusze czekają, żeby oni ciała od siebie uwolnili i dla nich je zostawili. One muszą czekać, bo tyle ciał razem na świecie być nie może, ile jest dusz między Sefirotami. I sam Messyasz czeka, bo on wprzódy na świat nie przyjdzie, nim ostatnia dusza w ciało nie wejdzie i Ibur-Gilgul nie zacznie. Obrzydliwi, zajmując ciągle ciała jedno po drugiém i niedopuszczając do nich dusz oczekujących, odsuwają w daleką przyszłość Jobel-ha-Gadel, — dzień Messyaszowy, — wielkie święto radości! W waszéj familii jest taka obrzydliwa dusza. Ona wstąpiła naprzód w ciało Michała Seniora, potém była w ciele Hersza, a teraz ona we wnuku twoim, Meirze, siedzi! Ja duszę tę, pyszną i buntowniczą, poznałem w oczach i na twarzy wnuka twego, i dla tego moje serce odwróciło się od niego!
W czasie gdy Todros wykładał siedzącemu naprzeciw starcowi doktrynę wędrówki dusz i jéj następstw, w starcu tym zaszła uderzająca zmiana. Wprzódy był on już ośmielił się znacznie, a nawet podnosił głowę z niejaką dumą i godnością. Teraz pochylił ją znowu nizko; smutek i trwoga zagrały wśród zmarszczek twarzy jego.
— Rabbi! — ozwał się z pokorą, — błogosławionym bądź za to, że odkrywasz przed oczyma mojemi świętą mądrość swoję! Słowa twoje są prawdziwe, a oczy twoje umieją poznawać dusze, co w ciałach ludzkich mieszkają. Ja tobie, Rabbi, taką rzecz opowiem: Kiedy maleńkiego Meira przywiózł do mnie syn mój Rafał, ja wziąłem dziecko z rąk jego i bardzo całowałem, bo mnie wydało się, że on do Benjamina mego, a swego ojca, podobny; ale stara prababka odebrała go ode mnie, postawiła go przed sobą na ziemi i bardzo jemu przypatrywać się zaczęła, a potém wielkim głosem krzyknęła: „On nie do Benjamina, ale do mego Hersza podobny!“ Łzy ciekły z jéj starych ócz, usta jéj powtarzały: „Hersz, Hersz, mój Hersz!“ a dziecko ona do piersi swéj przyciskała i powiedziała: „to moje kleiniskind najulubieńsze! to oko w mojéj głowie i brylant w téj koronie, co mi ją wnuki i prawnuki moje robią, bo on do Hersza mego podobny!“ I ona za nim przepada, i teraz jego jednego tylko zna i do siebie woła, bo on do męża jéj, Hersza, bardzo podobny.
— Dusza Michała weszła w ciało Hersza, a z ciała Hersza przeszła do wnuka twego Meira, — powtórzył Rabbin i dodał: — pyszna to, buntownicza dusza! niéma w niéj pokory i spokoju!
Złagodzonym zdawał się być Todros pokorą Saula i uznaniem, jakie on okazał słowom jego.
— Dla czego ty go nie żenisz, kiedy jemu duże już włosy wyrosły na brodzie i twarzy? — zapytał.
— Rabbi! ja go chciałem żenić z córką pobożnego Jankla, ale dziecko u nóg moich leżało i prosiło, żebym ja jego nie przymuszał...
— Dla czego ty stopy swojéj nie postawiłeś wtedy na plecach jego i nie zrobiłeś tak, żeby on był tobie posłuszny?
Saul opuścił powieki i milczał. Czuł się winnym. Miłość dla wnuka-sieroty wprowadzała go wciąż na drogi grzechu.
Todros mówić znowu zaczął:
— Ożeń ty go jak najprędzéj, bo napisane jest, że kiedy u młodego człowieka włosy rosną na brodzie i twarzy, a on żony jeszcze nie ma, to dusza jego w nieczystość wpadnie... Dusza wnuka twego wpadła już w nieczystość... ja wczoraj widziałem go sam-na-sam z dziewczyną...
Saul niespokojnie podniósł na mówiącego oczy.
— Ja jego widziałem, — ciągnął rabbin, — jak on na łące z Karaimką rozmawiał...
— Z Karaimką! — powtórzył Saul głosem zdumienia i przerażenia pełnym.
— On na brzegu sadzawki stał i z jéj ręki brał jakieś kwiaty, a na ich twarzach ja czytałem, że dusze ich obejmował nieczysty ogień...
— Z Karaimką! — powtórzył raz jeszcze Saul, jakby uszom swoim wierzyć nie chciał.
— Z kacerką! — wyrzekł rabbin.
— Z żebraczką! — wymówił Saul i energicznie podniósł głowę.
— Rabbi! — zaczął, — już ja teraz będę z nim inaczéj! Ja nie chcę, żeby na starość wstyd mi oczy wyjadał, dla tego, że wnuk mój z żebraczkami nieczyste przyjaźni trzyma. Ja jego ożenię!
— Ty go skarć — zawołał rabbin. — Ja dla tego tu przyszedłem, żeby tobie powiedziéć, abyś ty nogę swoję na plecach jego postawił i pychę jego zgiął w łęk. Ty go nie żałuj! bo pobłażanie twoje dla niego będzie wielkim grzechem, którego nie przebaczy tobie Pan. A jeżeli ty sam jego nie skarcisz, ja oprę rękę moję na jego głowie i wtedy będzie wam wszystkim wielki wstyd, a jemu takie nieszczęście, że w proch on rozsypie się, jak nędzny robak!
Na słowa te, wymówione groźnym głosem, Saul drgnął. Przerozmaite uczucia walczyły wciąż w piersi tego starca; tajemny wstręt do Todrosa i głęboka cześć dla uczoności jego, duma i obawa, rozgniewanie srogie względem wnuka i miłość dla niego. Groźba rabbina dotknęła ostatniéj struny téj.
— Rabbi! — zawołał, przebacz ty mu! to jeszcze dziecko! Jak on ożeni się i interesa prowadzić zacznie, on zrobi się innym! Jak on urodził się, ojciec jego napisał do mnie: „Ojcze! jakie imię ty chcesz, aby wnuk twój nosił?“ A ja odpisałem: „Niech imię jego będzie Meir, czyli światłość, aby on przede mną i przed Izraelem całym wielką światłością świecił! ...“
Nie mógł mówić dłużéj, bo wzruszenie głos mu zatamowało i dwie łzy stoczyły się po obwisłych, pomarszczonych policzkach.
Rabbin wstał z kanapy, podniósł wskazujący palec w górę i wymówił:
— Ty tylko pamiętaj o rozkazaniach moich! Ja tobie każę, abyś ty stopę swoję na plecach jego postawił, a ty rozkazania mego słuchaj, bo napisane jest, że „uczeni są fundamentem świata!“
Rzekłszy to, posunął ku drzwiom, u których oczekujący nań Rebe Jankiel i Kalman Morejne pochwycili go znowu pod oba ramiona, przenieśli przez korytarz i progi i u stóp ganku na ziemi postawili.
I znowu sunęła przez plac, w stronę szkolnego podwórza kierując się, czarna gromada ludzi; znowu mełamed, cofając się przed rabbinem, skakał, tańczył, w ręce klaskał i krzyczał; i znowu gromada dzieci, postępując za orszakiem w pewném oddaleniu, naśladowała nauczyciela swego, jak on skacząc, krzycząc, w ręce klaszcząc, niekiedy téż padając i rozdzierając powietrze płaczliwemi wrzaski. A w bawialnéj izbie Ezofowiczów stary Saul siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, gdy we drzwiach przeciwległych stanęła stara Frejda. Promienie słoneczne, wpadające przez okno, rozpaliły tęczowe blaski w złocie i brylantach, któremi była okrytą, a ona tocząc dokoła izby przymrużoną złotawą źrenicą, wymówiła, zwykłym swym szeptem, głosu pozbawionym:
— Wo ist Meir?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.