Meir Ezofowicz/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Meir Ezofowicz
Podtytuł Powieść z życia Żydów
Data wydania 1879
Wydawnictwo Nakład S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Parę miesięcy minęło. Ciepły dzień majowy kończył się wieczorem wonnym i pogodnym.
Niewiele przed zachodem słońca, brzegiem wązkiéj uliczki, najuboższemi z pomiędzy wszystkich domowstwami ostawionéj, postępowały zwolna dwie istoty. Jedną z nich była koza, biała jak śnieg, drugą, — dziewczyna wysmukła i chuda. Koza szła naprzód, podskakiwała co chwila, aby uczepić się gałęzi drzew, rosnących tu i ówdzie. Wydawała się zwinną, swawolną i szczęśliwą. Idąca za nią dziewczyna poważną była i zamyśloną. Wiek jéj trudnoby określić. Mogła miéć lat trzynaście, albo siedmnaście. Jakkolwiek bowiem wysoką była, kształty ciała jéj drobne, suche, z powstrzymanym może rozrostem, wydawały się dziecinnemi. Ale chód jéj i wyraz twarzy posiadały powagę i smutek wczesnéj dojrzałości. Na pierwszy rzut oka wydawała się brzydką. Nie przyozdabiał jéj wcale, wdzięków jéj, jeżeli miała jakie, nie udwydatniał strój ubogi, złożony ze spłowiałéj perkalikowéj sukni, z pod któréj wązkich fałd ukazywały się stopy, nawpół tylko okryte obuwiem grubém i płytkiém, a któréj stanik luźny i obwisły krył się u szyi pod kilku sznurami drobnych, w różne kształty połamanych, korali. Od czerwoności jedynéj téj, zbytkownéj ozdoby jéj stroju, żywo odbijała głęboka śniadość, okrywająca chude i zapadłe nieco jéj policzki; pod gęstemi brwiami wielkie, głęboko osadzone oczy patrzały czarną jak aksamit źrenicą, a nad wązkiém, ciemném czołem, wiły się, splątanemi kędziory, włosy hebanowéj czarności.
W całéj postaci dziecka tego, czy téj kobiety, było coś dumnego i dzikiego zarazem. Szła wyprostowana, poważna, zamyślonym wzrokiem śmiało patrząca kędyś w dal; lecz przy każdym żywszym usłyszanym szmerze ludzkich głosów, przystawała i, przycisnąwszy się do płotu albo ściany, spuszczała oczy, nie trwożnie, posępnie raczéj i niechętnie, tak, jakby wszelkie spotkanie się z ludźmi przykrém jéj być musiało. Jedna tylko biała koza nie sprawiała jéj obecnością swą żadnéj przykrości. Owszem, dziewczyna wiodła za nią od chwili do chwili baczném wejrzeniem, a gdy zwinne stworzenie oddalało się od niéj zbytecznie, przywoływała je ku sobie przyciszonemi, krótkiemi wykrzyki. Wzajemnie koza rozumiała ją snadź dobrze i, wołaniu jéj posłuszna, wracała ku niéj, z pytającém jakby beczeniem. U końca ciasnéj, biednéj uliczki błysnęła świeża, majowa, rosą operlona i słońcem pozłocona, zieloność. Była to łączka niewielka, tuż za miasteczkiem leżąca, z jednéj strony otoczona gęstym brzozowym gajem, z drugiéj otwierająca się na ogromne rozłogi pól, za któremi w głębokiéj dali siniał długi pas wielkich borów.
Na widok łączki, dziewczyna nie przyśpieszyła kroku, owszem zwolniła go, a po chwili, przywoławszy ku sobie kozę swą i ręką ująwszy jeden z małych jéj różków, stanęła. Stanęła i patrzała na ruchliwą scenę, która odbywała się na łączce i od któréj dolatywał uszu jéj gwar zmieszany z dziecięcych śmiechów, krzyków i ze zwierzęcych beczeń. Zrazu scena ta wydawała się tylko tłumném i chaotyczném migotaniem stworzeń mlecznéj białości i pstrokatych postaci dziecinnych po zieloném tle. Po dłuższém dopiéro patrzeniu, rozeznać było można kilkanaście małych dziewcząt, spędzających z pastwiska kilkadziesiąt kóz.
Dziewczęta były swawolne i śpieszyły się do domów. Kozy były uparte i chciały pozostać na łące. Pomiędzy jednemi zawiązywały się uporne walki, w których zwierzęta odnosiły nad dziećmi najczęstsze zwycięztwa. Wymykały się one z rąk przewodniczek swych i w zwinnych podskokach biegły ku porastającym gdzieniegdzie łąkę krzaczystym leszczynom. Dziewczęta goniły je, a dogoniszy i pochwyciwszy obu rękoma długie pasmo szorstkiéj ich sierści, nie wiedziały co czynić daléj. Jedne przyzywały na pomoc towarzyszki swe, również jak one zajęte i zakłopotane; inne zabiegały drogę nieposłusznym pupilkom i, gdy już znajdowały się naprzeciw nich, wyciągały przed siebie oba ramiona obrończym giestem; inne jeszcze topiły obie ręce w kędziorach swych włosów i wydawały rozgłośne krzyki rozpaczy, albo upadały na ziemię i, tarzając się po miękkiéj murawie, zanosiły się swawolnemi śmiechy. Krzyki te, śmiechy i wołania, połączone z przeciągłém beczeniem kóz, pochwytywały powiewy ciepłych wiatrów, lecące nad łąką, i niosły pomiędzy posępne uliczki miasteczka, na szerokie, złote błonia, w dalekie głębie gaju. W pozłoconém téż powietrzu migotwały i przelatywały, krzyżując się ze sobą, nagie, drobne stopy, depcące zieloną trawę, małe głowy okryte włosami wszech odcieni, od czarności hebanu do czerwoności miedzi i bladéj żółtości lnu.
Wysmukła, poważna dziewczyna, przebywająca wraz ze swawolną lecz posłuszną swą kozą ciasną uliczkę, ku łące wiodącą, stojąc, przypatrywała się ruchliwéj i gwarnéj scenie, wzrokiem obojętnym. Znać było, że nie nęciła jéj tam wesołość, ani pociągała ciekawość. Jak wprzódy szła, tak teraz stała spokojnie i poważnie. Zdawała się czekać czegoś, zniknięcia może z zielonego kawałka gruntu migocących tam głów i brzmiących krzyków dziecinnych.
Krzyki te zlały się po chwili w jeden chóralny okrzyk. Zwiastował on radość i tryumf powszechny. Pod długich walkach, gonitwach i wysileniach, kozy opanowanemi nakoniec zostały, ani jedna z nich nie zatrzymywała się już przy ponętnych krzakach leszczyny, lecz wszystkie znalazły się w mocy swych przewodniczek, które teraz już w jednę spójną zebrały się gromadkę. Jedne z nich wiodły uparte i do buntu zawsze gotowe stworzenia za krótkie ich różki, ciągnąć je z całéj siły za sobą i przechylając głowy ich aż prawie do ziemi; inne, obu ramionami objąwszy ich szyje, biegły wraz z niemi krokiem podskakującym i śpiesznym; inne jeszcze, najśmielsze i najsilniejsze, dosiadły ich grzbietów i, unoszone przez osobliwych wierzchowców tych, ściśniętemi pięściami trzymające się najdłuższych pasem ich sierści, pełnym kłusem leciały ku miasteczku. Cała ta kawalkata, tłumna i głośna, wcisnęła się w jednę z szerszych ulic miasteczka i zniknęła w kłębach kurzawy.
Zielona łączka była teraz pustą i cichą; lekki wiatr tylko szemrał w gałęziach brzóz i leszczyny, a od zachodzącego słońca opuszczał się na nią przezroczysty obłok różowy.
Śniada dziewczyna uwolniła z objęcia szyję swéj kozy, śpieszniejszym niż wprzódy postąpiła krokiem, i po chwili znalazła się na skraju łączki.
Tu jednak stanęła i wzrok utkwiła w punkt jeden, jakby z nagłém osłupieniem radości. Punktem tym był gruby pień brzozowy, obalony przez wichry, i u samego podnóża gaju leżący, a na którym, z dużą księgą, na kolanach roztwartą, siedział młody mężczyzna.
Osłupienie dziewczyny krótko trwało. Z oczyma utkwionemi w schyloną nad księgą twarz młodzieńca, prosta i lekka, przeszła ona całą szerokość łąki, a stanąwszy tuż przy pniu, na którym on siedział, pochyliła się, rękę jego w swe ciemne dłonie pochwyciła i do ust swych poniosła.
Zatopiony w czytaniu młody człowiek podniósł szybko głowę, zdumionym wzrokiem okrył twarz dziewczyny, cofnął szybko rękę swą z jéj uścisku, i zapłonił się gorącym rumieńcem.
— Ty mię nie znasz? — wyrzekła dziewczyna stłumionym nieco, ale nie drżącym bynajmniéj głosem.
— Nie; — odpowiedział młody człowiek.
— A zkąd możesz mię znać? ale ja znam ciebie. Jesteś Meir Ezofowicz, wnuk bogatego Saula. Widuję cię często, jak siedzisz na ganku pięknego domu swego, albo jak z tą książką przechodzisz koło karaimskiego wzgórza...
Wszystko to wymówiła głosem pewnym, z wyprostowaną swą i poważną postawą. Na twarzy jéj nie ukazał się najlżejszy wyraz zmieszania ni nieśmiałości, nie wybił się na nią najsłabszy cień rumieńca. Tylko czarne jéj źrenice jakby się powiększyły i zapłonęły gorącym blaskiem, a blade usta przybrały zarys łagodny i miękki.
— A któż ty jesteś? — zcicha zapytał Meir.
— Jestem Gołda, wnuczka Abla Karaima, pogardzonego i prześladowanego przez wszystkich twoich...

Teraz dopiéro głos jéj drgnął i ozwało się w nim parę brzmień posępnych.
Meir i Gołda.
— Wszyscy twoi prześladują Abla Karaima i wnuczkę jego, Gołdę, a ty ich bronisz. Ja tobie dawno podziękować chciałam!

Meir spuścił powieki. Białe czoło jego okrywała wciąż różowa barwa rumieńca.
— Żyjcie w spokoju, ty i dziad twój Abel, — wymówił z cicha, — niech nad biednym domem waszym rozpostrze się prawica Przedwiecznego, który kocha i broni tych, co cierpią...
— Dziękuję tobie za dobre słowa twoje, — cicho już szepnęła dziewczyna; zarazem osunęła się na trawę u nóg młodzieńca i, podnosząc nieco splecione ręce, szeptała daléj.
— Ty, Meir, dobry jesteś, rozumny i piękny. Imię twoje znaczy: „światłość“ i mnie przed oczyma robiło się światło, ile razy ja zobaczyłam ciebie. Ja dawno chciałam ciebie znaléźć i porozmawiać z tobą, i powiedziéć, że choć ty wnuk bogatego kupca, a ja wnuczka biednego Karaima, co koszyki plecie, my jednacy w oczach Przedwiecznego Pana, i mnie wolno na ciebie oczy podnieść i na twoję światłość patrząc, być szczęśliwą!...
I wyglądała w istocie szczęśliwą. Śniade, zapadłe jéj policzki, teraz dopiéro opłynęły łuną płomiennego rumieńca, wargi purpurą zaszły i drgały, a w czarnych oczach, wzniesionych ku twarzy młodzieńca i napełnionych uwielbieniem namiętném, stały dwie łzy srebrne.
Meir słuchał jéj ze spuszczonym wzrokiem, a gdy umilkła, podniósł powieki, popatrzał na nią przez chwilę i szepnął zcicha:
— Jaka ty wdzięczna jesteś, Gołdo, i — piękna!
Poraz pierwszy w ciągu rozmowy swéj z Meirem, Gołda oczy spuściła i machinalnie zgarniać poczęła ku sobie wysokie trawy, o puszystych kiściach, rosnące dokoła.
Meir patrzał na nią długo w milczeniu. Przedziwna niewinność serca objawiała się w zawstydzeniu, które mu wciąż rumieńcami okrywało czoło, i w nieśmiałéj radości, od któréj zdwojonym blaskiem świeciły szare źrenice jego, kłoniące się wciąż ku ziemi.
— Usiądź tu przy mnie, — rzekł nakoniec cichym głosem.
Dziewczyna podniosła się z ziemi i usiadła na wskazaném jéj miejscu. Odzyskała już całą śmiałość swą i powagę. Milcząc, patrzała na młodzieńca, który nie patrzał na nią. Milczeli długo. Milczenie téż panowało dokoła, tylko nad głowami ich szemrały zcicha wysmukłe brzozy, a wkoło poblizkiéj sadzawki, porosłéj łozą, błotne ptactwo odzywało się rzadkiém, krótkiém krakaniem i gwizdem.
Meir, patrząc wciąż na ścielące się u stóp jego gęste trawy, pierwszy przemówił:
— Dla czego tak późno wypędzasz kozę swą na pastwisko?
Gołda odpowiedziała:
— Bo nie chcę przychodzić wtedy, kiedy są tu ze swemi kozami inne dziewczęta.
— Czy i one prześladują cię także?
— Śmieją się ze mnie, gdy mię zobaczą, przezywają mię różnemi brzydkiemi nazwiskami i odpędzają mię od siebie, żebym blizko nich nie była.
Meir podniósł na dziewczynę wzrok, w którym malowała się litość.
— Czy ty, Gołda, boisz się tych dziewcząt?
Gołda poważnie, na znak przeczenia, wstrząsnęła głową.
— Ja ze strachem razem wyrosłam, — odpowiedziała, — on mój brat i z nim oswoiłam się. Ale kiedy do domu powracam, stary zejde pyta się: — czy ty tam kogo nie spotkałaś? czy tobie kto co złego nie zrobił? — Ja przed nim kłamać nie mogę, a jak powiem prawdę, stary zejde smuci się bardzo i płacze...
— Czy zejde sam cię wychował?
Twierdząco skinęła głową.
— Ojciec mój umarł i matka moja umarła, kiedy ja jeszcze od ziemi nie odrosłam tyle nawet, co ten maleńki krzaczek. Zejde innych dzieci nie miał, wziął mnie do siebie i hodował, i kołysał mnie, kiedy ja chora byłam, i nosił po chacie w rękach swoich, i bardzo całował! a jak ja wyrastałam, prząść mię nauczył i czytać w Biblii, i wszystkie piękne historye znać, co je Karaimi przynieśli sobie z dalekiego świata... Zejde dobry jest, zejde kochany i taki stary, taki stary... i taki biedny... Włosy jego są jak śnieg od starości, a oczy od płaczu jak korale... Ja często u nóg jego leżę, i kiedy on koszyki plecie, głowę moję trzymam u niego na kolanach, a on swoją starą ręką, co bardzo trzęsie się, po włosach mię gładzi, wzdycha i mówi: — Jossejme! jossejme! (sierota).
Mówiąc to, siedziała w pochylonéj nieco postawie, z łokciem opartym o kolana, a policzkiem ukrytym w dłoni, kołysała się zlekka i nieruchomym wzrokiem patrzała w dal.
Meir patrzał teraz w twarz jéj, jak w tęczę, a gdy wymówiła ostatni wyraz, miękkim, litością nabrzmiałym głosem powtórzył za nią:
— Jossejme!
W téjże chwili, o kilkadziesiąt kroków za nimi, w gęstwinie gaju ozwało się po kilka razy beczenie kozy. Meir obejrzał się.
— Czy twoja koza nie zabłądzi w lesie? — zapytał.
— Nie, — odpowiedziała spokojnie dziewczyna, ona daleko ode mnie nie pójdzie, a jak ją zawołam, wróci do mnie. To moja siostra.
— Strach twój brat, a koza twoja siostra! — z uśmiechem rzekł młody człowiek.
Dziewczyna zwróciła zwolna głowę w stronę gaju i wydała parę krótkich, urwanych okrzyków. Natychmiast w gęstwinie zaszumiał bieg szybki i pomiędzy zielonemi splotami brzozowych gałęzi stanęło mleczno białe, o długiéj sierści stworzenie. Stanęło i patrzało na siedzącą obok siebie parę ludzi czarnemi oczyma.
— Chodź tu! — zawołała Gołda.
Koza zbliżyła się i stanęła tuż przed nią. Prawie aż ciemno pomarańczowa ręka Gołdy przesunęła się po wyciągniętéj jéj szyi, pogładził ją téż Meir, uśmiechając się. Koza wydała krótki wykrzyk, poskoczyła i w mgnieniu oka zawiesiła się na gałęzi rozrosłéj leszczyny.
— Jaka ona posłuszna! — rzekł Meir.
— Ona mię bardzo kocha, — poważnie odpowiedziała Gołda, — jak zejde mnie, tak ja ją wyhodowałam. Ona była maleńkiém koźlęciem, kiedy zejde przyniósł ją raz do domu i mnie darował, a ja ją potém na rękach moich nosiłam i z rąk moich karmiłam; a kiedy ona była chora, śpiewałam nad nią, tak, jak zejde śpiewał kiedyś nade mną.
Mówiąc to, uśmiechała się, miała pozór dziecka, i nie wyglądała na więcéj, jak na lat czternaście.
— A chciałabyś ty miéć znowu małe koźlątko? — zapytał Meir.
— Czemu nie? — odpowiedziała, — chciała-bym bardzo. Jak zejde kiedy dużo koszyków sprzeda, a ja dużo wełny naprzędę... kupim sobie znów na targu takie białe koźlątko...
— A dla kogóż ty wełnę przędziesz?
— Są takie dobre kobiety, co mi ją dają. Hana, żona Witebskiego, ciotka twoja, Meir, Sara, żona Bera, dają mi prząść wełnę, a potém płacą mi miedzianemi, czasem i srebrnemi pieniędzmi...
— To ty, Gołdo, przychodzisz czasem do naszego domu brać wełnę do przędzenia od Sary, żony Bera?
— Przychodzę!
— A czemu ja ciebie nigdy nie widziałem?
— Bo oni mnie pod wielkim sekretem wołają i robotę dają. Ber i żona jego Sara są bardzo litościwi ludzie, ale nie chcą, żeby się kto dowiedział, że oni zejde i mnie znają i nam pomagają. Ja do nich wtedy przychodzę, kiedy nikogo niéma w domu, chyba jedna Lijka, twoja siostra stryjeczna, Meir, i zawsze tak idę, żeby mię czarny człowiek nie zobaczył...
— Jaki czarny człowiek? kto to ten czarny człowiek? — z zadziwieniem zapytał Meir?
— Rabbi Izaak Todros! — bardzo cichym, tajemniczym szeptem, odpowiedziała Gołda.
Na dźwięk wymówionego przez Gołdę imienia, twarz Meira, rozpromieniona wprzódy, litościwa nawpół a nawpół zapłoniona wzruszeniem, nerwowo drgnęła. Umilkł nagle i wpatrzył się w daleki punkt przestrzeni oczyma, w których zagrały posępne światła. Zamyślił się tak, że aż głęboka zmarszczka powstała mu na białém czole. Zdawało się, iż nagle zapomniał o tém, że nie był sam jeden.
— Meir! — ozwał się tuż przy ramieniu jego szept łagodny, — o czém ty tak zamyśliłeś się i czemu oczy twoje zrobiły się takie smutne? Imię twoje, znaczy: „światłość“. — Czy tobie nie świeci zawsze słońce pociech i radości?
Młody człowiek, nie zmieniając kierunku spojrzenia, w zadumie wstrząsnął powoli głową.
— Nie! — odszepnął, — na mojém sercu leży wielki smutek!
Dziewczyna pochyliła się ku niemu blizko.
— Meir! — zawołała, — a zkąd u ciebie ten smutek na sercu?
Milczał chwilę, potém zwolna odpowiedział:
— Ztąd, że są u nas czarni ludzie, i że u nas wszędzie tak czarno... tak czarno...
Dziewczyna spuściła na dłoń czoło, i jak smutne echo powtórzyła:
— Oj czarno!
Meir zamyślonemi oczyma patrzał wciaż w dal, w stronę, kędy długi szlak lasu rozdzielał złotą równinę z liliowym skłonem nieba.
— Gołdo! — ozwał się półgłosem.
— Co? Meir!
— Czy ty nigdy nie chciałaś wiedziéć i widziéć, co tam za tym lasem gęstym i wysokim dzieje się daleko... daleko na szerokim świecie?
Dziewczyna milczała. Z postawy jéj, pochylonéj ku młodzieńcowi, i oczu jéj, szeroko rozwartych, płomiennych, poznać było można, że kiedy patrzała na niego, nic już więcéj na całym szerokim świecie widziéć nie chciała.
Ale Meir mówił daléj:
— Jabym od ptaka skrzydeł sobie pożyczył, aby tam za ten las, daleko, poleciéć...
— Czy tobie piękny dom bogatego Saula nie miły? czy tobie nie miłe twarze twarze braci, krewnych i przyjaciół twoich, że tybyś od nich skrzydłami ptaka chciał odleciéć? — z tłumioném uniesieniem żalu, czy przestrachu, szepnęła dziewczyna.
— Miły mi dom dziada mego Saula, — odszepnęły usta zadumanego młodzieńca, — i miłe mi twarze wszystkich braci i krewnych moich... Ale jabym chciał za ten las poleciéć, ażeby wszystko wiedziéć i bardzo mądrym stać się, a potém tu powrócić i wszystkim tym, co w ciemnościach siedzą i w kajdanach chodzą, powiedziéć, jak oni mają zrobić, żeby z ciemności wyjść i kajdany swoje z siebie otrząsnąć...
— I ja bardzo ciekawy, — mówił daléj po chwili milczenia, — jabym chciał wiedziéć, jakim sposobem gwiazdy po niebie chodzą i trawy z ziemi wyrastają... jak wszystkie narody na ziemi żyją i jakie są rozumne i święte ich księgi? i jabym chciał wszystkie rozumne księgi te przeczytać, i z nich nauczyć się myśli Bożéj i doli ludzkiéj, ażeby dusza moja stała się tak pełną wiedzy, jak pełném wody jest wielka przepaść morza... Ja taki ciekawy... ja takbym chciał...
Urwał nagle, bo westchnienie, wybuchające z głębin piersi ognistéj, rozebranéj niewysłowioną tęsknotą i nienasyconém pragnieniem, głos mu przerwało.
Po chwili milczenia dodał ciszéj:
— Jabym chciał być taki szczęśliwy, jak był Rabbi Akiba...
— A kto to taki był Rabbi Akiba? — nieśmiało zapytała Gołda.
Zadumane oczy Meira rozświeciły się i błysnęły:
— To był wielki człowiek, Gołdo! ja jego historyą często sobie czytam i teraz ją czytałem, kiedy ty do mnie przyszłaś...
— I ja dużo wiem pięknych historyj, — rzkła Gołda, — one w mojéj duszy wyrastają, jak czerwone i pachnące róże! Daj ty mi, Meir, jeszcze jednę taką różę; niech ona przede mną świeci, kiedy ja na ciebie patrzéć nie będę mogła...
Spojrzenia ich spotkały się. Miękki uśmiech okrążył usta Meira.
— Umiesz po hebrajsku? — zapytał.
Śpiesznie skinęła głową, na znak twierdzenia.
— Umiem; zejde nauczył...
Meir odwrócił parę kart wielkiéj księgi, która na kolanach jego leżała, i głośno czytać zaczął:
„Kolba Sabua, był-to człowiek bogaty. Pałace u niego były wysokie, jak góry, a suknie jego od złota błyszczały, a w jego ogrodach rosły cedry pachnące, palmy z szerokiém liściem i kwitły wonne róże Saronu.
„Ale piękniejszą od pałaców wysokich, od cedrów pachnących i pąsowych róż, piękniejszą od wszystkich dziewic w Izraelu, była córka jego, młoda Rachela.
„Kolba Sabua miał tyle trzód, ile jest gwiazd na niebie, a trzody te pasał młodzieniec ubogi, co wzrost miał wysoki jako cedr młody, a twarz bladą i smutną, jak u człowieka bywa, który duszę swoję z ciemnicy wybawić chce, a nie może.
„Młodzieniec ten nazywał się Józef Akiba, i mieszkał na wysokiéj górze, po któréj pasły się trzody pana jego.
„I zdarzyło się raz, że piękna Rachela przyszła do ojca swego, upadła przed nim na ziemię, nogi jego całowała, bardzo płakała i mówiła: Ja chcę pójść za Akibą i mieszkać w téj nizkiéj, czarnéj chatce, co stoi tam na wierzchołku góry i w któréj on mieszka!
„Kolba Sabua był człowiekiem dumnym i twardego serca. Wielkim on uniósł się gniewem na córkę swoję, piękną Rachelę, i zakazał jéj myśléć o młodym pasterzu.
„Ale piękna Rachela wyszła z wysokiego pałacu, nic nie zabrawszy z sobą, prócz czarnych oczu swoich, które jak wielkie brylanty błyszczały łzami, i czarnych swych włosów, co podnosiły się nad jéj czołem, jak wielka korona. I poszła na wysoką górę, do czarnéj chatki weszła i powiedziała: Akibo! oto żona twoja do domu twego wchodzi!“
„Akiba był w wielkiéj radości, wypił z oczu Racheli jéj łzy brylantowe, a potém bardzo piękne rzeczy zaczął jéj mówić. Mądre słowa jak miód lały się z ust jego, a ona słuchała i szczęśliwą była, i powiedziała: Akibo! ty będziesz wielką gwiazdą, co nad drogami Izraela zaświeci!
„Kolba Sabua był człowiekiem dumnym i twardego serca. Nie posłał on córce swéj na wysoką górę żadnéj żywności, ani żadnéj sukni i mówił: niechaj pozna głód i zobaczy nędzę.
„Piękna Rachela poznała głód i zobaczyła nędzę. Był taki dzień, że nie miała nawet co włożyć w usta Akiby i zamyśliła się bardzo nad tém, że mąż jéj głodny.
„Akiba mówił: nic to, że ja głodny! — i zaczął jéj znowu mądre rzeczy opowiadać, ale ona wstała, z wielkiéj góry zbiegła, do miasta weszła i zawołała: kto mi da miarę jagieł za tę czarną koronę, co ją na głowie noszę! — I dali jéj miarę jagieł, a czarną koronę, co piękniejsza była niźli brylanty i perły, z czoła jéj zdjęli.
„Wróciła na górę, do małéj chatki weszła i powiedziała: Akibo! usta twoje mam już czém nakarmić, ale dusza twoja głodna i pokarmu dla niéj ja nie dostanę! Idź ty w świat i karm duszę swoję wielką mądrością, co z ust uczonych płynie. Ja tu zostanę, przed progiem domu twego usiądę, prząść wełnę i pasać trzody będę i patrzéć na tę drogę, którą ty kiedyś powrócisz, jak słońce, które powraca na niebo, aby ciemności nocy rozpędzić.
„Akiba poszedł...“
Tu głos czytającego urwał się i oczy jego opuściły karty książki, tuż bowiem przy jego ramieniu ozwał się zdziwiony jakby i pytający szept:
— Akiba poszedł? — wymówiła Gołda z szeroko rozwartemi oczyma i oddechem zapartym w piersi.
— Akiba poszedł! — powtórzył Meir i znowu czytać zaczął:
„Piękna Rachela przed progiem domu jego usiadła, wełnę przędła, trzodę pasła i na tę drogę patrzała, którą powrócić miał on, jasny cały od wielkiéj mądrości.
„Siedm lat przeszło. I był wieczór taki, w którym miesiąc leje na ziemię morze srebrnéj światłości, a drzewa i trawy stoją cicho i nie ruszają się, jakby wionął na nie duch Przedwiecznego, co światu niesie pokój i ciszę.
„Tego wieczora, z za wysokiéj góry wyszedł człowiek wysoki i blasy. Nogi jego trzęsły się, jako liście gdy niemi wiatr miota, a ręce podnosiły się do nieba. A kiedy on zobaczył małą, biedną chatkę, łzy wielkim strumieniem puściły się mu z oczu, bo był to Akiba, mąż pięknéj Racheli.
„Akiba stanął przy oknie chatki swojéj, które otwarte było, i słuchał, jacy tam w niéj ludzie gadali.
„Gadała tam żona jego Rachela z bratem swoim, którego ojciec jéj przysłał do niéj. — Powróć do domu Kolby Sabuy — mówił jéj brat; a ona odpowiedziała: — czekam tu na Akibę, i domu jego strzegę. — Brat mówił: Akiba nie wróci już nigdy. On porzucił ciebie i wielki wstyd tobie zrobił. — Ona odpowiedziała: Akiba mię nie porzucił. Ja jego sama posłałam do źródła mądrości, ażeby on z niego pił. — On ze źródła mądrości pije, a ty kąpiesz się we łzach i ciało twoje wysycha od nędzy! — Niech oczy moje ze łzami wypłyną i niech ciało moje zjé nędza, ja domu męża mego strzedz będę. I żeby teraz stanął przede mną ten, dla którego miłość w sercu mojém czuję i powiedział: Rachelo! wróciłem do ciebie, abyś nie płakała dłużéj, ale ze źródła mądrości mało jeszcze piłem! powiedziałabym jemu: — idź i pij więcéj!
„Blady podróżny, co stał pod oknem, które otwarte było, jak posłyszał to, co mówiła Rachela, zbladł jeszcze bardziéj, zatrząsł się mocno, odszedł od małéj chatki swojéj i wrócił tam, zkąd był przyszedł.
„Znowu przeszło lat siedm. I nadszedł dzień taki, w którym słońce leje na ziemię potoki złotych jasności, a drzewa szumią i kwiaty kwitną, i ptaki śpiewają, i ludzie śmieją się, jakby powiał na nich duch Przedwiecznego, który niesie światu życie i radość.
„Na drodze, co wysoką górą podnosiła się do nizkiéj chaty pasterza, szumiała wielka gromada ludzi. Pośrodku niéj szedł człowiek wysoki, twarz jego jaśniała jako słońce wielką mądrością, a z ust jego padały słowa słodkie jak miód, a wonne jak mirra. Lud kłaniał się przed nim nizko, słowa jego chciwemi uszami chwytał i z wielką dla niego miłością wołał: — o! Rabbi!
„Ale przez gromadę ludu przebiegła kobieta i, upadłszy na ziemię, objęła kolana mistrza. Wrzeciono ona w ręku swém trzymała, łachmany ją okrywały, twarz jéj była chuda, bo przez lat czternaście zjadała ją nędza, i oczy głęboko zapadłe, bo przez lat czternaście wypływały łzami!
„Idź precz! żebraczko! — krzyknął lud na kobiétę, ale mistrz ją podniósł z ziemi i do piersi swéj mocno przycisnął; bo był to Józef Akiba, a kobieta była żoną jego, Rachelą.
— „Oto zdrój, co smutne serce me poił nadzieją, kiedy głowa moja w tęsknocie i pracy wielkiéj nurzała się w źródle mądrości.“
„Tak mistrz do ludu powiedział i chciał na głowę Racheli włożyć koronę ze złota i pereł. — Ty Rachelo, rzekł, zdjęłaś kiedyś z głowy swojéj piękny swój warkocz, aby głodne usta moje nakarmić; ja teraz czoło twoje przyozdobię bogatym wieńcem!“
„Ale ona zatrzymała ramię jego i, podnosząc nań oczy, które znowu piękne stały się jak przed wielu laty, rzekła: — Rabbi! chwała twoja jest moją koroną!“
Skończył czytać młodzieniec i powolne spojrzenie zwrócił na siedzącą obok niego dziewczynę.
Gołda miała twarz całą w płomieniu i we łzach.
— Piękna historya? — zapytał Meir.
— Piękna! — odpowiedziała, i z policzkiem opartym na dłoni, kołysała przez chwilę wysmukłą swą kibić w rozmarzeniu jakby, lub w zachwyceniu. Nagle łzy oschły na jéj oczach, pobladła i wyprostowała się.
— Meir! — zawołała, — żebyś ty był Akibą, a ja córką bogatego Kolby Sabuy, jabym dla ciebie to samo zrobiła, co piękna Rachela!...
Powolnym giestem ujęła w obie ręce pyszny warkocz hebanowéj czarności, który niedbale zwisał jéj na plecy i, okręcając go w koło głowy, rzekła:
— I ja mam taką samę, jak Rachela, czarną koronę!
Potém podniosła na Meira źrenice swe głębokie i płomienne i śmiało, poważnie, bez uśmiechu, rumieńca i uniesienia, rzekła:
— Jabym dla ciebie, Meir, i oczy moje z głowy mojéj wyjęła! A na co-by mi oczy, kiedybym na ciebie patrzéć nie mogła?
Gwałtowny rumieniec wytrysnął na twarz młodzieńca, ale nie był to już wstyd, było to wzruszenie. Dziewczyna ta była taka naiwna, taka dzika i zarazem taka piękna w swym ogromnym potarganym warkoczu nad czołem i z namiętnemi słowami na śmiałych, poważnych ustach!
— Gołda! — rzekł Meir, — ja przyjdę kiedy do waszego domu i starego dziada twego nawiedzę!
— Przyjdź! — odpowiedziała, — z tobą razem przyjdzie do domu naszego wielka światłość!
Słońce zaszło już było prawie za wysoki obłok z purpury i fioletu. Mała sadzawka, z za splotów wysokich łóz świeciła zdala liliową szybą. W stronę tę upadło spojrzenie Gołdy i zatrzymało się na wodzie i wzrastającéj dokoła niéj zieloności.
— Czego ty, Gołdo, tak patrzysz na tę sadzawkę? — zapytał Meir, który wzroku swego od twarzy jéj oderwać już nie mógł.
— Jabym chciała gałęzi tych, co tam rosną, dużo naścinać! — odpowiedziała.
— A na co tobie te gałęzie? co ty z nich robić będziesz?
— Jabym je do domu zaniosła. Zejde z nich kosze i kobiałki robi, a potém je na targu chłopom sprzedaje i za to chleb a czasem i ryby trochę kupuje. Teraz już dawno zejde nie ma z czego koszów robić i bardzo smuci się...
— A dla czegoż ty ich sobie nie weźmiesz, kiedy one tobie potrzebne?
— Mnie brać ich nie wolno!
— Czemu nie wolno? wszystkim z całego miasteczka wolno paść tu trzody i ścinać gałęzie. Ta łąka i ten gaj do Szybowskiéj gminy należą.
— To co, że należą? Mnie nie wolno. My w Talmud nie wierzym, w sobotę świateł nie palim... nam nic nie wolno!
Meir podniósł się z siedzenia nagłym ruchem.
— Chodź! — rzekł do Gołdy, — naścinaj sobie gałęzi tych ile zechcesz; ja będę stał przy tobie... i już ty niczego nie bój się!

Twarz Gołdy zajaśniała radością. Wzięła z rąk Meira składany nóż, który on jéj podał, i pobiegła ku sadzawce. Teraz, gdy czuła się bezpieczną, pod osłoną silnego a drogiego ramienia, gdy uśmiechnęła się jéj nadzieja sprawienia radości staremu dziadkowi, ruchy utraciły powagę, która dawała jéj pozór dojrzałéj kobiety. Biegła, oglądając się wciąż na Meira, który szedł za nią, i wołając kozy swéj, która biegła ku niéj z przeciwnego krańca łąki.
Rabbi Todros.
Stanęli nad wodą. Najgęstsze łozy rosły w wodzie już, o kilka kroków od mokrego brzegu. W mgnieniu oka Gołda zrzuciła ze stóp swych płytkie swe obuwie i zakładając nieco długą swą suknię za przewiązanie fartucha, aby uczynić ją krótszą, wbiegła do wody. Meir został na brzegu i patrzał na dziewczynę, która, podnosząc ramiona, ciemnemi rękoma ścinała szybko giętkie gałęzie. Śmiała się przytém; usta jéj, roztwierając się w uśmiechu, ukazywały rząd zębów białych jak perły; blaski jasrawych obłoków oblewały ciemną twarz jéj różową łuną i złociły owiniętą w koło jéj czoła czarną koronę.

Meir nie spuszczał z niéj wzroku i uśmiechał się także. W pobliżu, biała koza stanęła téż w zielonych krzakach i, wyciągając szyję, patrzała na panią swą, stąpającą po liliowéj wodzie. Nagle Gołda wydała głośny okrzyk i pochyliła się.
— A co tam? — zapytał Meir.
— Z zielonéj gęstwiny, w któréj skryła się całkiem postać dziewczęcia, ozwał się głos wesoły:
— Tu, Meir, piękne są kwiaty!
— A jakie to kwiaty?
Wysmukła kibić wychyliła się nawpół z zieleni, wygięła się ku brzegowi i, wyciągając szczupłe ramię, podawała stojącemu u brzegu mężczyźnie szerokolistną, żółtą lilią wodną. Meir pochylił się nieco, aby dosięgnąć podawanego mu kwiatu, lecz nagle ramię Gołdy drgnęło, różowa twarz jéj pobladła, oczy jéj otworzyły się szeroko z uczuciem zgrozy.
— Czarny człowiek! — szepnęła, zarazem upuściła do wody lilią i z cichym krzykiem trwogi zanurzyła się całkiem w nadwodnéj zieleni.
Meir obejrzał się. O kilkanaście kroków za nimi wychodziła z gęstwiny gaju i szybko przesuwała się łąką dziwna jakaś postać. Był to człowiek średniego wzrostu, bardzo chudy, z bardzo ciemną twarzą, z czarnemi, siwiejącemi już nieco włosy i z czarną, siwiejącą brodą, opadającą mu do pasa. Ubrany był w długą, wązką suknię, z grubego, wyszarzanego sukna; szyja jego, naga i żółta, wychylała się z za roztwartéj grubéj koszuli. Trzymał się bardzo pochyło i szedł bardzo prędko. Kroki jego nie czyniły żadnego szelestu, bo na nogach miał płytkie znoszone obuwie. W obu rękach niósł ogromną więź różnobarwnych ziół dzikich; nad głową jego i za nim leciała gromada ptaków, które znały go snadź dobrze, bo niekiedy na czarnych włosach jego, lub zgarbionych plecach, siadać próbowały.
Kiedy człowiek ten, nie patrząc na Meira, mijał go o kilka kroków, młodzieniec machinalnie pochylił głowę nizko, na znak pokory i czci. Wnet przecież podniósł ją. Twarz jego była bladą, brwi ściągnęły się z tłumioną boleścią. Posępnym wzrokiem powiódł za przygarbioną postacią, cicho mknącą przez łąkę — i, przez zaciśnięte od gniewu czy bólu zęby, wymówił:
— Rabbi Izaak Todros!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.