Meir Ezofowicz/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Meir Ezofowicz
Podtytuł Powieść z życia Żydów
Data wydania 1879
Wydawnictwo Nakład S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Bet-ha-Midrasz był to budynek obszerny, widny i dość okazały, stojący przy synagogalnym dziedzińcu, tuż obok domu modlitwy. Przeznaczenia on miał różne. Tu zgromadzano się na mniéj uroczyste modły, toczono długie i zapalczywe rozprawy nad przeróżnemi punktami i wyjaśnieniami Talmudu; tu mieściły się księgozbiory bractw, czyli stowarzyszeń, mających różne cele, a których każda Izraelska gmina posiada w łonie swém znaczną ilość; tu także, w wypadkach wyjątkowych wprawdzie i wyjątkowéj surowości wymagających, młodzi ludzie, wykraczający przeciw religii lub obyczajom, przesiadywali krótszy lub dłuższy czas pokuty, bardziéj zawstydzającéj, niż ciężkiéj.
Naprzeciw Ha-Midraszu wznosiła się budowa inna, mniejsza nieco, lecz z tąż samą starannoscią wzniesiona i utrzymywana. Był to Bet-ha-Kahoł, czyli izba kahalna, miejsce posiedzeń i obrad administracyjnych władz miejscowych. Daléj jeszcze, w skromniejszym już nieco budynku, zawierał się Hek-Dosz, przytułek dla ubogich, do którego wszyscy głodni, zmęczeni, schronienia i spoczynku potrzebujący, kołatać mieli prawo. Naprzeciw domu modlitwy, w ciasnym, nizkim domku, mieścił się Heder, czyli szkoła, w któréj nauczał uczony i czczony Reb Mosze.
Podwórze to, słowem, wraz z otoczeniem swém, przedstawiało istotną stolicę małego, udzielnego państewka. Wszystko tu, począwszy od czarnéj chatki mędrca-ascety, przysiadłéj u saméj prawie świątyni, aż do widniejącéj już zdala nieco, obszernéj i drzewami ocienionéj lecznicy, od wspaniałego domu modlitwy do niziuchnego, szczupłego hederu, odnosiło się do spraw i potrzeb publicznych.
Pierwotne téż pochodzenie i cele każdego z budynków tych posiadały myśl jakąś piękną i wysoką: porządku społecznego, miłosierdzia, nauki, wznoszenia ducha ku Bogu, lub rozmyślania nad wysokiemi rzeczami. W jaki zaś sposób wynaturzyły się niektóre z pierwotnych pojęć tych i dla czego niektóre z celów tych pierwotnych przybrały sens i charakter wbrew sprzeczny z temi, jakie nadaje im świat cały? Inna to już rzecz, — pytać o nią należy historyi.
Ośm dni minęło od wieczora tego, w którym na zielonéj łące marzyło, śpiewało i poufnie gwarzyło grono młodych przyjaciół. W dziewiątym dniu, około zachodu słońca, z wnętrza Ha-Midraszu, wyszedł i na wysokim ganku jego stanął Meir. Posłuszny rozkazowi zwierzchnika rodu swego, przepędził on dnie ubiegłe w samotności zupełnéj, czytając i rozważając księgi Talmudyczne, które znał biegle, względem których zrodziły się w umyśle jego mnogie wątpliwości, lecz dla których czci, wpojonéj mu od dzieciństwa, utracić całkiem nie mógł i nie utracił. Pokuta, na którą skazano go, nie była ciężką, nie przyniosła mu najlżejszych cierpień fizycznych, bo w pożywienie nawet, przynoszone mu dwa razy dziennie z rodzinnego domu, czułe i litościwe ręce kobiet wkładały najlepsze kąski. A jednak zmienionym był bardzo. Pobladł i schudł, zarazem przecież wydawał się silniejszym. W postawie i wyrazie twarzy jego nie było już ani śladu téj dziecięcéj prawie nieśmiałości, która cechowała go przed kilku jeszcze miesiącami. Rozum jego oburzał się może na niesłuszność wymierzonéj mu kary; samotność, w któréj go pogrążono, ponowne wczytanie się w odwieczne księgi, których pełnemi były szafy, otaczające ściany Ha-Midraszu, — wytworzyły może w umyśle jego wiele nowych pojęć, wzburzając go jeszcze bardziéj. To tylko pewna, że gorąca bladość jego czoła zdradzała mozolną, bo bezpomocną pracę ducha, a w blasku rozpłomieniającym mu źrenice objawiało się namiętne, przemocą tłumione rozdraźnienie. Zadana pokuta chybiła celu. Zamiast uspokoić i ukorzyć burzliwego i zuchwałego młodzieńca, uczyniła go zuchwalszym i skłonniejszym do buntu!
Kiedy zszedł z ganku Ha-Midraszu i zwolna przechodzić zaczął dziedziniec szkolny, widać było, że do uczuć innych łączył się w nim jeszcze i wstyd. Na widok kilku ludzi, wkraczających w bramę dziedzińca, spuścił oczy i zarumienił się. Ludźmi tymi byli urzędnicy kahalni, którzy śpiesznie dążyli ku zwykłemu miejscu obrad swoich. Ujrzawszy Meira, śmiać się zaczęli i wskazywać na niego palcami. Jeden tylko Jankiel Kamionker nie śmiał się i nie spostrzegał nawet Meira. Szedł on prędko bardzo i w pewném od towarzyszy swych oddaleniu, a wyraz twarzy miał bardziéj jeszcze zgryziony i zakłopotany, niż zwykle. Po środku dziedzińca znalazłszy się, zboczył nieco z drogi, i zamiast wejść za towarzyszami swymi do Ha-Kahołu, przesunął się pod ścianą Hek-Doszu, przytułku ubogich. Przesunął się tylko pod tą ścianą, ale wystarczyło mu czasu tego, aby zamienić kilka cichych słów i tajemniczych giestów z człowiekiem jakimś, którego głowa rozczochrana, z twarzą nabrzmiałą, wychylała się przez otwarte okno Hek-Doszu.
Meir znał człowieka, z którym tajemniczym, krótkim szeptem zamienił się Kamionker i zdziwił go nieco poufały stosunek dwóch tych ludzi.
— No! — pomyśłał, — co to za znajomość może być między pobożnym i bogatym Reb Janklem, a takim włóczęgą i złodziejem, jak furman Jochel?
Niedługo jednak myślał o tém. Postępował zwolna i nie w stronę rodzinnego domu swego, do któego snadź śpieszno mu nie było, ale w stronę małéj uliczki, która, dotykając szkolnego podwórza, wiodła ku polom. Pragnął snadź wyjść z miasteczka i pójść na ten szeroki, widny rozłóg, który jaśniał ostatniemi blaskami dnia i szemrał zdala lecącemi nad nim świeżemi powiewy. U końca jednak podwórza przystanął. O uszy jego obił się gwar dziwny, złożony z mnóstwa głosów dziecinnych, to zniżających się do szeptu prawie, to podnoszących się do wrzaskliwego i śpiewnego zawodzenia. W głośnym tym i kołyszącym się szmerze dziecinnych głosów ozywały się tu i ówdzie piskliwe jęki i westchnienia zmęczonych jakby i udręczonych piersi, a nad niemi panował głos męzki, gruby, to opowiadający niby cóś, lub czytający, to łający i rozgniewany.
Po ustach Meira przewinął się uśmiech szczególny. W uśmiechu tym były: ból, gniew i litość. Stał on tuż obok hederu, w którym nauczał mełamed, Reb Mosze, i w którym właśnie kipiał i wrzał ów gwar niezrozumiały, chaotyczny, a posiadający w sobie coś dziwnie smutnego i grubiańskiego zarazem.
Przekorném jakby uczuciem pociągany ku hederowi, Meir wsparł się obu łokciami o nizkie otwarte okienko i patrzał przez nie we wnętrze budynku. Wnętrze to ciasne było, ciemne, cuchnące i natłoczone. Pomiędzy nizkim czarnym sufitem, czterema ciasnemi, czarnemi również, ścianami i podłogą, ukrytą całkiem od grubą warstwą śmieci i brudu, w wilgotném, stęchłém, ciężkiém powietrzu kołysała się i wrzała chóralném, zapalczywém mruczeniem szara masa jakaś, któréj istoty i składowych części niepodobna było rozróżnić przy pierwszém wejrzeniu. Po chwili zaledwie, przed wzrokiem patrzącego, niby z mgły czy kurzawy, wyłaniać się zaczynały twarze i postacie dziecinne. Twarze to były różne: jedne grube, ciemne, chorobliwie nabrzmiałe; inne białe, drobne, delikatne i prześlicznie zarysowane; jedne z ustami wpółidyotycznie roztwartemi i mętnym, sennym wzrokiem; inne z oczyma błyszczącemi hamowanym gniewem i z wargami drgającemi od nerwowego zniecierpliwienia; inne jeszcze blade, uważne, pokorne, cierpiące, lecz cierpliwe. Podobnież i ubiory dzieci tych były różne — od dostatnich surducików, znamionujących dzieci bogaczy, do spencerków, pozbawionych rękawów, i szarych, łachmaniastych kapot nędzarzy. Było ich kilkadziesiąt w izdebce, mogącéj pomieścić wygodnie kilkanaście zaledwie, a wszystkie tłoczyły się, i jedne na drugich niemal siedziały, na ławach zbyt wązkich i wysokich, twardych, brudnych, wszérz izby ustawionych.
Hederów podobnych było w Szybowie niemało, ale żaden z nich tak licznie uczęszczanym nie był, jak ten, któremu przywodził Reb Mosze. Bogacze i nędzarze z równą gorliwością starali się o miejsce w nim dla dzieci swoich, albowiem Reb Mosze był mełamedem nad mełamedami, ulubionym uczniem wielkiego rabbina, a przytém kabalistą biegłym i ascetą, prawdziwym Chachamem, doskonałym pobożnym.
Nie należy jednak mniemać, aby Reb Mosze poniżał się aż do nauczania pierwszych stopni wielkiéj nauki najdrobniejsze dzieci gminy. Byłoby to marnowaniem wysokich jego zdolności, które ku czemuś wyższemu już używanemi być musiały. Wyrostki, przepełniające heder jego, miały od 10 do 12-stu lat wieku, i od siedmiu już tak żywione były świętym chlebem nauki. W hederach innych, niższych, nauczono już ich hebrajskiego czytania i wyłożono im Humesz (pięcioksiąg) z wielu wyjaśnieniami i komentarzami; teraz zaś, pod przewodnictwem Reb Mosza, wstępowały one na trzeci stopień mądrości, którym jest nauka Talmudu wraz z nieprzeliczoną ilością składających go działów, rozdziałów, poddziałów, paragrafów, punktów spornych, rozstrzygnień, wyjaśnień, kommentarzy, wyjaśnień wyjaśnień i kommentarzy nad kommentarzami.
Było to już, jak się zdaje, dość szerokie pole dla rozwijania się rozumu i pamięci wyrostków tych, bladych, obrzękłych, zniecierpliwionych, albo z pokorą cierpiących; ale Reb Mosze, w rzeczach religii i nauczania jéj, nie zwykł był przestawać na małém. Napełniając rozum i ćwicząc pamięć swych uczniów, rozbudzać on jeszcze usiłował fantazyą ich przez wprowadzanie jéj w zaczarowane krainy przypowieści i allegoryj, których pełną jest Hagada, a nawet przez dawanie im do zakosztowania czegoś z wysokiéj i mistycznéj metafizyki Kabały. Opowiadania te lub czytania stanowiły rodzaj odpoczynku, którego błogość głeboko uczuwać musiały dusze słuchających ich dzieci, zdarzały się jednak wtedy tylko, gdy mełamed uczuł się w dobrém, radosném usposobieniu ducha.
W chwili, gdy Meir przypatrywać się zaczął przez otwarte okno odbywającéj się we wnętrzu hederu lekcyi, uczniowie uczyli się na pamięć wskazanego im na on dzień ustępu Talmudu, a nauczyciel, siedząc naprzeciw nich na katedrze, złożonéj z drewnianego stołka, wczytywał się ze swéj strony w leżącą przed nim na kulawym stole wielką i bardzo starą księgę. Wczytywał się on w księgę tę z zajęciem wielkiém i niemniejszą widocznie lubością; błogi uśmiech pojawiać się zaczynał na wargach jego, zaledwie widzialnych śród ogromnego zarostu, — przyczém kołysał się zwolna w tył i naprzód, poruszając tém stół kulawy, który kołysał się także; kołysali się również na ławach swych, każdy nad rozwartą przed nim wielką księgą, uczniowie jego, to szemrząc zcicha, to podnosząc głosy niekiedy, jakby dla przygłuszenia wewnętrznego bólu jakiegoś; uderzając ściśniętemi pięściami o brzegi ławek, albo obu rękoma chwytając się za głowy i strzepiąc tém bardziéj jeszcze, i tak już, w mozole wielkim a rozpaczy, postrzępione i zczochrane włosy.
Nagle, mełamed kołysać się przestał, podniósł rozpromienioną twarz, ujął w obie ręce wielką księgę i z całéj siły uderzył nią o stół kulawy. Znaczyło to rozkaz umilknięcia. W mgnieniu oka téż umilkli i kołysać się przestali uczniowie. Popodnosili oczy na twarz nauczyciela, jedni z trwogą nadzwyczajną, a wzbudzoną mniemamniem, iż przyszła już pora wydawania zadanéj lekcyi, inni ze złośliwą przekorą i tajoném naigrawaniem się.
Ale mełamed nie spostrzegał wrazeń, malujących się na twarzach jego uczniów. Nie spostrzegał on i nie widział w téj chwili nic naokoło siebie. Duch jego porwanym został prądem niewymownéj słodyczy i uniesionym w krainę zachwycenia. O tyle jednak czuł się mistrzem i obowiązki mistrza rozumiał, iż część zachwycenia swego przelać zapragnął na rozczochrane i strapione głowy swych uczniów.
Podniósł w górę wskazujący palec i z podniesioną twarzą, ze sterczącą brodą, z oczyma w ogniu i miodzie, czytać zaczął głośno ustęp ze Schiur-Komy.
— „Wielki książę świadectwa tak opowiada wielkość Jehowy. Od domu stolicy wielmożności Jehowy do góry, jest sto ośmnaście razy dziesięć tysięcy mil. Wysokość jego jest sto sześć i trzydzieści razy tysięcy mil. Od prawéj ręki Jehowy do lewéj, jest siedmdziesiąt siedm razy 10,000 mil. Czaszka głowy jego ma trzy razy dziesięć tysięcy wzdłuż i wszerz. Korona na głowie jego ma 60 razy 10,000 mil. Podeszwy króla królów mają trzydzieści tysięcy mil. Od pięt jego aż do kolan 19 razy 10,000 mil; od kolan aż do kłębów liczy się 12 razy 10,000 i cztery mile. Od biódr aż do szyi 24 razy 10,000 mil. Taką jest wielkość króla nad królami, Pana świata!“
Po wydaniu ostatniego wykrzyknika, Reb Mosze pozostał chwilę nieruchomy, jak posąg, na katedrze swéj, z rękoma podniesionemi a spojrzeniem pływającéj w rozkoszy. Uczniowie jego siedzieli również nieruchomi i wlepiali w niego osłupiałe wejrzenia. Wszyscy już teraz bez wyjątku, pokorni i figlarni, współidyotyczni i roztropni, szeroko pootwierali usta swe. W podobny sposób opisana wielkość Jehowy w odrętwienie wprawiła wszystkie umysły.
Mełamed przecież wkrótce ocknął się z extazy swéj i z rozkazującym giestem zawołał:
Gej!
Na ten wykrzyk, którego znaczenie dobrze zrozumiałém im było, chłopcy rzucili się znowu do wielkich ksiąg swcyh, zakołysali postacie swe i wyśpiewywać poczęli dany im do nauczenia się ustęp Talmudu. Jak brzmiał i co opiewał ustęp ten? nie zrozumiałoby tego, wśród mięszaniny kilkudziesięciu głosów, żadne niepoświęcone ucho. Meir przecież, który sam zupełnie podobny temu kurs nauk odbywał przed niewielu jeszcze laty, a przytém, obdarzony pamięcią wyborną, nic zeń nie zapomniał, pojął od razu, że dnia tego chłopcy uczyli się VIII rozdziału traktatu Berachot (o błogosławieństwach).
Jednogłośnie tedy, nieprzerwanie, z zapalczywością nadzwyczajną, z umęczeniem wywołującém jęki z piersi a pot na czoła, dzieci czytały i wyśpiewywały:
Miszna 1. Oto są sporne punkta pomiędzy szkołami Szamaja i Hillela. Szkoła Szamaja mówi: błogosławić należy dzień (Sobotni), a potém wino. Szkoła Hillela twierdzi: niech błogosławią wino, a potém dzień.
Miszna 2. Szkoła Szamaja mówi: umywają ręce, a potém napełniają puhar. Szkoła Hillela twierdzi: napełniają puhar, a potém umywają ręce.
Miszna 3. Szkoła Szamaja mówi: po otarciu rąk, składają ręcznik na stole. Szkoła Hillela twierdzi: składają go na poduszce.
Miszna 4. Szkoła Szamaja mówi: zamiatają pokój, a potém umywają ręce. Szkoła Hillela twierdzi: umywają ręce, a potém zamiatają pokój.
Miszna 5. Szkoła Szamaja mówi: ogień, pokarm i woń. Szkoła Hillela utrzymuje: ogień, woń i pokarm. Szkoła Szamaja mówi: stworzywszy jasność ognia. Szkoła Hillela utrzymuje: stworzywszy jasności ognia...“
Tu rozległ się znowu po izbie podwójny stuk: księgi, uderzającéj o kulawy stolik, i kulawego stolika, uderzającego o podłogę. Uczniowie zamielili się téż znowu w sztywne i milczące posągi. Mełamed toczył po wszystkich ich twarzach spojrzeniem takiém, jak gdyby ofiarnikiem był, mającym wybrać jedno z tych dzieci na całopalną ofiarę. Wyciągnął nakoniec palec ku jednéj z ostatnich ławek i zawołał groźnie:
— Lejbele!
Na wołanie to podniosło się z pośród towarzyszy wysmukłe, blade dziecię, w szaréj, długiéj surducinie i patrzało w twarz mełameda — ogromną, czarną, osłupiałą źrenicą.
Kom her! (Chodź tu!) — zawołał mistrz.
Pomiędzy uczniami zrobił się ruch. Przejść przez izbę tę nie było łatwo. Chłopcy usuwali się wezwanemu z drogi, tłocząc się jedni na drugich, spadając spod ławki i przez tłum popychając towarzysza pięściami.
Lejbele wyszedł nakoniec z tłumu i stanął wśród wąziuchnego przejścia, oddzielającego katedrę mistrza od pierwszéj ławki uczniów. W obu chudych rękach swych trzymał on wielką księgę, pod któréj ciężarem co chwila ręce jego ku dołowi się uginały; usta miał szeroko roztwarte, a ramiona poruszały się w krótkich przerwach nerwowém drganiem. Nie patrzał teraz na mełameda. Twarz jego pochylała się ku stronicom pochylającéj się wciąż księgi. Reb Mosze uderzeniem wymierzoném pod brodę podniósł mu głowę.
— Nu, — krzyknął, — czego ty jak rozbójnik jaki na ziemię patrzysz? patrzaj na mnie!
Dziecko patrzało mu znowu w twarz nieruchomą źrenicą, która zapływać poczęła łzawą zasłoną.
— Nu! — zaczął mełamed, — co mówi Szkoła Szamaja, a co mówi szkoła Hillela?
Długie nastąpiło milczenie. Siedzący na pierwszéj ławie chłopcy trącali nieznacznie pięściami w boki współucznia, szepcąc mu:
Szprych! szprych! (mów! mów!)
— Szkoła Szamaja, — zaczął Lejbele drżącym i ledwie dosłyszalnym głosem, — mówi: Błogosławić trzeba wino...
— Dzień! dzień! a potém wino! — zaszeptały z pierwszéj ławki litościwe, pomocnicze głosy. Ale w téjże chwili ręka mełameda znalazła się w blizkości ucha jednego z podpowiadających, tak bezpośredniéj, że z piersi właściciela jego wydobył się pisk przeraźliwy, a inni współuczniowie pozamykali usta, w zamian zaś pootwierali oczy ze strachu i osłupienia.
Reb Mosze zwrócił się znowu do egzaminowanego ucznia:
— Miszna pierwsza! — zawołał, — co mówi szkoła Szamaja?
Cichszy jeszcze niż wprzódy, trzęsący się głos dziecięcy odpowiadać zaczął:

— Szkoła Szamaja mówi: Błogosławcie wino...
Meir broni Lejbela od mełameda.
Pięść Mełameda opuściła się ciężko na ramię ucznia, z którego rąk wypadła zarazem wielka księga.

Mełamed poskoczył ze swéj katedry.
A szlechter, dummer, ferszołtener bube! — krzyknął, rzucając się ku dziecku. — Ty wielkiéj nauki uczyć się nie chcesz, i kiedy ja tobie lekcyą zadał, mówisz, że szkoła Szamaja każe błogosławić pierwéj wino, a potém dzień... i jeszcze święte książki na ziemię rzucasz... a czy ty nie czytał, że Szamaj kazał błogosławić pierwéj dzień, a potém wino...
Tu, za krzyczącym i miotającym się mełamedem, ozwał się głos męzki, dźwięczny lecz drżący jakoś i szyderski.
— Reb Mosze! To biedne dziecko nigdy na oczy swoje wina nie widziało, a w każdym dniu swego życia bicie i głód cierpiało; to jemu i trudno zapamiętać, co pierwéj błogosławić trzeba: wino, czy dzień!
Ale Reb Mosze przemówienia tego nie słyszał. Obie ściśnięte pięści jego opuściły się niezmiernie szybko i po razy kilka na głowę i ramiona bladego dziecka, a gdy ono, nie wydając najlżejszego jęku, cichutko tylko osunęło się pod razami temi na upuszczoną wprzódy wielką księgę, podniosły się raz jeszcze, aby opaść na osłonione podartą surduciną plecy jego. Zanim jednak zdołały dokonać tego, silna ręka jakaś porywczo odepchnęła go na stronę, tak, że aż uderzył się o róg kulawego stolika i, przewracając go, sam nawznak upadł na ziemię.
— Reb Mosze! — zawołał tenże głos młodzieńczy, popędliwy a szyderski, który wymówił kilka uprzednich wyrazów. — Reb Mosze! — powtórzył, — czy to nie Izraelskie dziecko jest, abyś ty na nie morze złości swéj wylewać miał? Czy to nie ubogie dziecko nędzarza jest? czy to nie nasz brat?
Wołając tak, Meir, z gorącym rumieńcem na bladéj wprzódy twarzy, pochylił się nad skurczoném przy ziemi, niemém i nieruchomém dzieckiem, i wziął je na ręce. Wnet téż zmierzać zaczął ku drzwiom. Odwrócił się jednak raz jeszcze i zawołał:
— Reb Mosze! ty z głów izraelskich dzieci wyjmujesz rozum, a z serc ich wydzierasz litość. Ja słyszałem, jak niektórzy z chłopców tych śmieli się, kiedy ty Lejbela biłeś, i u mnie od śmiechu ich serce pełne łez.
Powiedziawszy to, wyszedł z dzieckiem w objęciu. Reb Mosze teraz dopiéro obudził się z osłupienia, w które pogrążył go najniespodziewańszy dlań napad. Porwał się z ziemi i krzyknął:
A Merder! rozbójnik! ferszołtener!
I zwracając się ku szkole swéj, ze ściśniętemi pięściami, wołał:
— Gońcie! łapcie! bijcie! kamienujcie!
Nie było jednak nikogo, ktoby rozkazów tych wysłuchać i spełnić je mógł. Szkoła świeciła najpiękniejszemi pustkami. Poobalane tylko ławy i porzucane na ziemię księgi świadczyły o gwałtownie dokonanéj dezercyi kilkudziesięciu chłopców, którzy, widząc współucznia swego wyratowanego z pod pięści mistrza, a samego mistrza obalonego na ziemię i walczącego z kulawym stołem, — który, acz kulawy, przygniatał go i powstać mu z upadku przeszkadzał, — częścią ze strachu, częścią ze swawoli i tęsknoty za wolnością, gromadnie ruszyli się z ław swych i z wrzaskiem przeraźliwym wyskoczywszy z hederu, czém kto mógł, drzwiami czy oknami, rozsypali się po miasteczku całém, nakształt stada ptaków, z klatki uwolnionego.
Heder był pusty, dziedziniec szkolny był pusty, i tylko na ganku Bet-ha-Kahołu stało, poważnie ze sobą rozmawiając, kilku urzędników kahalnych. Ku nim-to, w poskokach przebywając dziedziniec, chwytając się obu rękoma za rozczochraną głowę, krzycząc i dysząc, pobiegł znieważony mędrzec, Reb Mosze.
Meir tymczasem, szybko idąc, niósł w objęciu swém dziecię, po którego chudych policzkach spływały teraz wielkie łzy. Dziwna rzecz przeciéż! Z za łez, ku twarzy Meira wzniesione oczy Lejbela, mniéj były martwe i mniéj idyotyczne, niż zwykle, a po ustach jego, drżących od płaczu, pomimo przestrachu i bólu, którego doświadczył, krążył uśmiech. Uśmiechając się, dziecię wybawione płakało i patrzało w twarz wybawiciela swego.
— Morejne! — szepnął po chwili Lejbele.
— Morejne! — powtórzył ciszéj, — jaki ty dobry!
Na rogu biednéj uliczki, o domkach malutkich i ciemnych, Meir postawił dziecię na ziemi.
— No! — rzekł, wskazując mu widniejącą zdala chatę krawca Szmula, — idź teraz do domu...
Lejbele zmartwiał znowu. Wsunął ręce w rękawy surduciny i stał śród drogi, jak nieruchomy posążek. Meir uśmiechnął się i spojrzał w twarz dziecka.
— Boisz się? — zapytał.
— Boję się! — odpowiedział mu posążek gardłowym głosem.
Młody człowiek, zamiast wrócić, jak miał zamiar, poszedł ku chatce Szmula. Tuż, krok w krok za nim, z rękoma w rękawach i otwartemi usty szedł Lejbele.
Dzień kończył się. Na ubogiéj uliczce kończyły się téż dzienne prace. Ludność mizerna, ogorzała, ołachmaniona, cuchnąca, wysypała się przed progi domowstw.
Zaledwie Meir uszedł kilkadziesiąt kroków, spostrzegł szczególną zmianę, która wśród ludności téj zaszła względem niego. Dawniéj przechodzącego wnuka bogatego Saula witano tu z nizkiemi pokłonami; bliżsi znajomi przystępowali doń i z poufałością, pełną przyjaźni, powierzali mu troski swe, biedy, a niekiedy nawet skrupuły sumienia; inni, z okien otwartych lub z pod ścian domowstw, przesyłali mu głośne i przyjazne Szolem Alejchem! (pokój tobie!)
Teraz zwróciło uwagę jego kilkanaście spojrzeń, rzuconych nań, skośnych i niechętnych; kobiety przypatrywały się mu rodzajem osłupiałéj ciekawości, i szepcąc między sobą, wskazywały nań palcami; jeden nawet z traczy owych, którzy przez miesiąc cały pracowali na dziedzińcu domu Saula i z którymi nieraz dzielił on pracę wesoło i przyjacielsko, nie pozdrowił go, lecz na widok jego smutnie a trochę niechętnie wsunął się do szarego wnętrza swéj chatki.
Meir niecierpliwie wzruszył ramionami.
— Co to jest? — pomyślał, — czego oni chcą odemnie? co ja im złego zrobiłem?
Dziwném mu się także wydawać mogło, że krawiec Szmul nie wybiegł z chaty swéj, jak zwykle bywało, ażeby spotkać go, rzucić się mu do rąk i osypać go gradem podziękowań, pochlebstw, skarg i narzekań. Wszedł jednak do małego domku, a Lejbele pozostał przed progiem i w skurczonéj postawie usiadł pod ścianą.
Młody człowiek pochylić musiał głowę, ażeby przejść przez nizkie drzwiczki, prowadzące z ciemnéj sionki, w któréj śród zmroku ruszały się i bielały w kącie dwie kozy, do izby ciasnéj i, pomimo otwartego na ulicę okienka, dusznéj i cuchnącéj. W progu rozminęła się z nim kobieta chuda, z ciemną, pomarszczoną twarzą. Była to żona Szmula, która wyszła przed próg, i milcząc, dała siedzącemu przy ścianie dziecku kawał czarnego suchego chleba. Była to wieczerza, którą Lejbele otrzymywał zwykle po powrocie z hederu.
Cała zrersztą rodzina Szmula, wchwili wejścia Meira do izby, spożywała podobnąż wieczerzę, z tą różnicą, że trzy dorosłe dziewczyny, dwaj mali chłopcy, Szmul sam i stara matka jego, do chleba dodawali drobne szczypty cebuli, znajdującéj się w dość skąpéj ilości na wyszczerbionym, czarnym talerzu. Oprócz dwóch chłopców, znacznie młodszych od Lejbela, którzy, przysiadłszy w kącie na ziemi, gryźli zawzięcie wydzielone sobie porcye stwardniałego chleba, dwuletnie dziecko pełzało po podłodze u stóp ogromnego czarnego pieca, a inne jeszcze, kilkomiesięczne, spało w kolebce, zawieszonéj na sznurach u belki sufitu i poruszanéj przez jednę z dorosłych dziewcząt. Druga dziewczyna krzątała się około kóz w ciemnéj sionce, trzecia zaś łamała chleb na drobne kęski, które posypywała cebulą i wkładała w drżące ręce niewidoméj matki Szmula. Stara ta, niewidoma matka siedziała na jedyném łóżku, które znajdowało się w izbie; inne bowiem osoby, rodzinę składające, sypiały na twardych wązkich ławach, lub na ziemi. Ale stara matka posiadała łóżko, dość dostatnio usłane; chustka, skrzyżowana na piersiach jéj, cała była i czysta; a wielki czepiec, okrywający głowę, uszytym był z czarnego atłasu i suto nawet wygarnirowanym. Siedząca obok niéj wnuczka, w brudnéj odzieży, z rozczochranemi włosy, wkładała w ręce jéj, a czasem i w usta, mniéj niż ubogą żywność, z powagą taką, jak gdyby ciągle myślała o tém, że spełnia coś bardzo ważnego. Niekiedy nawet grubą, czarną prawie ręką swą gładziła pomarszczoną, trzęsącą się rękę babki, a widząc trud, z jakim spożywała ona twarde jedzenie, wstrząsała głową, uśmiechając się pobłażliwie i zachęcająco...
Jak w obszernéj i zamożném domowstwie bogatego Saula, tak w natłoczonéj, brudnéj, ciemnéj izdebce nędzarza Szmula, najstarsza w rodzinie kobieta zajmowała miejsce nawygodniejsze i przedmiotem była ogólnéj troskliwości i czci. Nigdy albowiem nie widziano wśród Izraela, aby syn, bogacz lub nędzarz, zaniedbał w starości czy niedoli tych, którzy mu dali życie. „Jak gałęzie od drzewa swego, tak my wszyscy od niéj początek bierzem!“ powiedział o matce swéj zwierzchnik rodziny Ezofowiczów. Chajet Szmul nie umiał wyrażać uczuć swych tak, jak kupiec Saul, lecz gdy matka jego oślepła, w żalu wielkim wyrywał sobie z głowy czarne kędzierzawe włosy; potém wraz z rodziną swą pościł przez trzy dni, aby za cenę pożywienia, którego się wyrzekł, kupić dla niéj stare, rozpadające się łóżko; potém łóżko to własnemi rękoma zbijał i naprawiał, aby do ściany przyparte stać mogło; a otrzymawszy od Sary Ezofowiczówny, żony Bera, czarną atłasową suknię do uszycia, odciął spory kawałek cennéj materyi i uszył dla matki wywatowany i wygarnirowany czepiec.
Ujrzawszy wchodzącego do izby Meira, Szmul porwał się ze stołka, na którym siedział, i poskoczył ku gościowi. Pochylił się przed nim zwykłym swym nizkim, giętkim ukłonem, ale nie pocałował go w rękę, jak dawniéj, i nie zawołał z wielką radością: aj! co za gość! co za gość!
— Morejne! — zawołał, — już ja wiem, co ty dziś zrobił! Bachury biegli tędy z hederu i krzyczeli, że ty mego Lejbela z silnych rąk Reb Mosza wyrwał, a jego samego popchnął i przewrócił! Ty to z dobrego serca zrobił, ale to źle morejne! bardzo źle! Ty przez to wielkiego grzechu dopuścił się i mnie w wielkiéj biédzie utopił. Teraz Reb Mosze, — niech sto lat żyje, — nie zechce już mego Lejbela, ani moich młodszych synów do swego hederu przyjąć, i oni nigdy uczonymi nie zostaną! Aj waj! Morejne! co ty, przez swoje dobre serce, sobie i mnie narobił!
— Nade mną ty, Szmulu, nie biadaj! niech już ze mną stanie się co chce! — z żywością odparł Meir, — ale ty ulituj się nad swojém własném dzieckiem i w domu przynajmniéj nie bij go. On dość już w hederze cierpi...
— Nu! jakto cierpi! to co, że cierpi! — zawołał Szmul, — pradziady, i dziady, i ojcowie moi do hederu chodzili i cierpieli! i ja chodziłem i cierpiałem tak samo! a co robić, kiedy trzeba!
— A czy ty, Szmulu, nigdy nie pomyślałeś sobie, że może inaczéj trzeba! — łagodniéj zapytał Meir.
Szmulowi oczy zaświeciły.
— Morejne! — zawołał, — ty grzesznych słów w chacie mojéj nie wymawiaj! Moja chata bardzo biedna jest, ale w niéj, dziękować Bogu, wszyscy świętych Zakonów strzegą i rozkazań starszych słuchają! Chajet Szmul biédny jest bardzo i z pracy dwóch rąk swoich utrzymuje żonę, ośmioro dzieci i starą, ślepą matkę! Ale on czysty jest przed Panem i ludźmi, bo święte Zakony on wiernie chowa. Chajet Szmul sabbaty święci, koszerów pilnuje, wszystkie naznaczone szemy i tefile do Pana Boga krzycząc i jęcząc odmawia, a chazaru on nigdy na oczy swoje nie widział i z goinami przyjaźni żadnéj nie trzyma, bo wié, że Jehowa jednych tylko Izraelitów kocha i strzeże, i że Izraelici tylko duszę w sobie mają. Tak robi biedny chajet Szmul, bo tak Pan Bóg przykazał i tak robili pradziady, dziady i ojcowie jego!...
Gdy cienki, giętki i zapalczywy Szmul wszystko to wypowiedział, Meir zapytał go łagodnie i z namysłem.
— A czy pradziady, dziady i ojcowie twoi szczęśliwi byli? A czy ty sam, Szmulu, szczęśliwy jesteś?
Na zapytanie to ozwało się znowu w Szmulu z żywością całą poczucie nędz znoszonych.
— Aj! aj! — zawołał, — takiego szczęścia, żeby nieprzyjaciele nie mieli! Skóra przyschła do kości moich, a w sercu mojém ja zawsze wielkie boleści czuję...
Tu w jękliwą mowę krawca wmięszał się odgłos odzywającego się w najciemniejszym kącie izby ciężkiego westchnienia. Meir obejrzał się, a widząc szarzejącą w zmroku, pomiędzy ogromnym piecem a ścianą, postać jakąś wysoką i barczystą, zapytał:
— Kto tam taki?
Szmul żałośnie skinął głową i ręką.
— Ot! — rzekł, — to furman Jochel zaszedł do mojéj chaty! my z sobą dawno znajomi!
W téj chwili wysoka i barczysta postać poruszyła się z kąta, w którym nieruchomo stała i zbliżyła się do rozmawiających. Jochel był mężczyzną potężnéj budowy ciała, pomimo to, wydawał się znędzniałym i przygnębionym. Spencerem bez rękawów, podartym i brudnym, przyodziany, stopy miał bose i poranione, włosy rude, ogromne, splątane, usta obrzękłe, oczy ze spojrzeniem zuchwałém, a jednak często spusczającém się ku ziemi. Przystąpił do stołu i wziął z talerza szczyptę cebuli, którą przysypał kęs czarnego chleba, trzymany w ręce.
— Meir! — rzekł śmiało, patrząc na młodzieńca, — ty mój dawny znajomy! ja stryja twego Rafała woziłem, kiedy on jechał po ciebie, małego sierotę, a potém przywiozłem jego i ciebie do Szybowa.
— Ja ciebie, Jochelu, i późniéj widywałem, — rzekł Meir, — ty porządnym furmanem byłeś... cztery konie miałeś...
Uśmiechnął się obrzękłemi usty teraźniejszy mieszkaniec Hek-Doszu.
— Nu, — rzekł, — to prawda! ale mnie potém nieszczęście przytrafiło się. Ja chciałem jeden wielki interes zrobić... i ten interes mię zgubił. A jak on mię zgubił, to mnie drugie nieszczęście przytrafiło się...
— To drugie nieszczęście, Jochelu, — rzekł Meir, — to był grzech twój... Na co było tobie konie ze stajni puryca w nocy wyprowadzać?
Zapytany roześmiał się cynicznie.
— Jakto na co? — rzekł — ja chciał je sprzedać i dużo zarobić...
Szmul litościwie wstrząsnął głową.
— Oj! oj! — westchnął, — Jochel jest biednym, bardzo biednym człowiekiem! On trzy lata pokuty swojéj w turmie odsiedział, a teraz, jak jego ztamtąd wypuścili, on nie ma żadnego zarobku i musi w Hek-Doszu siedziéć...
Jochel ciężko westchnął znowu, ale wnet potém energicznie podniósł głowę.
— Nu, — rzekł, — cóż robić? może ja i będę miał prędko wielki zarobek...
Słowa te włóczęgi-nędzarza przypomniały Meirowi tajemniczą, krótką rozmowę, którą przez okno Hek-Doszu prowadził on przed godziną z możnym Kamionkerem. Uderzyła go zarazem zmiana, którą słowa Jochela wywołały na twarzy Szmula. Delikatna, blada, ruchliwa twarz ta zadrgała mnóstwem drgnień nerwowych, objawiać mogących zarówno gwałtowną radość, jak boleść. Zarazem oczy jego roziskrzyły się i ręce zatrzęsły.
— Nu! — zawołał, — co to można wiedziéć, co z człowiekiem jutro stanie się! Kiedy on dziś bardzo biednym jest, to jutro może być bardzo bogatym! Co to można wiedziéć? może i chajet Szmul wybuduje sobie kiedy piękny dom przy rynku i będzie wielki handel prowadził!
Meir uśmiechnął się smutnie. Bezzasadne, jak mu się zdawało, nadzieje dwóch biedaków budziły w nim litość. Patrzał on teraz w zamyśleniu na widniejące przez okno, za nizkiemi domowstwami, szerokie rozłogi pól.
— Ty, Szmulu, — rzekł, — z pewnością nie zbudujesz sobie nigdy wielkiego domu przy rynku, i Jochel nie znajdzie tu sobie wielkiego zarobku! No! co to dziwnego? Was tu tylu jest w jedném miejscu, że nikt dobrego zarobku miéć nie może. Ale ja sobie myślę: żebyście nie cisnęli się tu wszyscy na tych brudnych, małych uliczkach, lecz rozsypali się po szerokim świecie, i żebyście wy, wielkich zarobków nie spodziewając się, pracować zaczęli koło ziemi, jak pracują chrześciańscy chłopi; to-by wam może lepiéj na świecie było!
Mówił to w zamyśleniu i mniéj, jak się zdaje, myśląc o dwóch ludziach, toczących z nim rozmowę, niż o całéj téj tłumnéj ludności, która w téj chwili napełniała powietrze nieopisaną wrzawą zmieszanych razem kłótni kobiecych, hałasów dziecinnych i nieokreślonych jakichś, niewyraźnych, lamentów, zawodzeń, i westchnień.
Ale krawiec Szmul, usłyszawszy słowa gościa, dwa razy we wzburzeniu wielkiém podskoczył i dwa razy jarmułkę na głowie swéj targnął i przekrzywił.
— Morejne! — zajęczał, — jakie brzydkie słowa z ust twoich wychodzą! Morejne! czy ty chcesz wszystko w Izraelu do góry nogami przewrócić?
— Szmulu! — popędliwie zawołał Meir, — to prawda! Kiedy ja patrzę na nędzę waszę i na cierpienia dzieci waszych, i kiedy ja we własne swoje serce patrzę, — to jabym wtedy chciał wiele rzeczy w Izraelu do góry nogami przewrócić!
— Gwałt! — chwytając się obu dłońmi za głowę, krzyknął gwałtowny i wraźliwy Szmul, — ja nie chciał temu wierzyć! Ja ludziom tym, co to gadali, w oczy pluł; ale teraz ja sam już widzę, że ty, Morejne, złym Izraelitą jesteś i że tobie Święty Zakon nasz i obyczaje pradziadów naszych nie miłe!
Meir drgnął cały i wyprostował się.
— A kto to mówił, że ja złym Izraelitą jestem? — zawołał z pałającemi oczyma.
Szmul zmiarkował się w uniesieniu swém. Złagodniał niego i do Meira bardzo blizko przystąpił. Nikt słyszéć tego nie mógł, co mówić miał, bo Jochel stał już znowu w głębokim cieniu pieca, przeżuwając głośno chleb z cebulą, a kobiety i dzieci wysypały się z chaty na ulicę. Jednak mówił on bardzo cicho i z wyrazem takiéj grozy na twarzy, jakby słowa jego zawierały w sobie tajemnicę potężną i groźną.
— Morejne! ty darmo pytać się będziesz: kto to mówi? Jak liście na drzewach szeleszczą, tak usta ludzkie szepczą, a nikt nie zgadnie, który liść poruszył się, i które usta zagadały. O tobie, Morejne, cały naród złe rzeczy mówić zaczął! O tobie mówią, że ty sabbatów nie strzeżesz, przeklęte książki czytasz, obrzydliwe pieśni śpiewasz, młodzieńców izraelskich przeciw świętemu zakonowi buntujesz, uczonych i bogaczy nie szanujesz, i...
Tu wstrzymał na chwilę szybką mowę swą Szmul, a potém zaledwie już dosłyszalnym, wstydliwym szeptem dodał:
— I z karaimską dziewczyną nieczystą przyjaźń trzymasz!
Meir stał jak skamieniały. Zbladł, a oczy pałały mu coraz goręcéj.
— Kto to wszystko mówi? — powtórzył stłumionym od wzruszenia głosem.
— Morejne! — odpowiedział Szmul, rozkładając oba ramiona rozpacznym giestem. — Ty za pokutę siedział przez cały tydzień w Bet-ha-Midraszu, a my wszyscy biedni ludzie, co przy uliczce téj mieszkamy, dowiedziawszy się o tém, wielki gwałt zrobili! I byli tu tacy ludzie, co chcieli iść do dziada twego, Saula, i do samego Rabbina, prosić ich, aby oni z ciebie ten wielki wstyd zdjęli. Tracz Judel chciał iść, i furman Baruch chciał iść, — nu! i chajet Szmul także chciał iść! Ale potém zaczęły się pomiędzy ludźmi gadania różne. A jak my z tych gadań dowiedzieli się, za co ciebie ukarali, to między nami zrobiło się cicho. My powiedzieliśmy sobie: choć on dobry i litościwy bardzo, i pysznym z nami nędzarzami nie był, i wiele nam w biedach naszych pomagał; ale kiedy on Zakonu Świętego nie strzeże, to niech stanie się tak, jak powiedział zejde jego, wielki bogacz, i niech on ukaranym będzie!
Umilkł nakoniec, zdyszany długiém i szybkiém mówieniem, Szmul, a Meir, patrząc mu w twarz pałającém, przenikliwém wejrzeniem, zapytał:
— A żeby mnie bogacze i uczeni ukamienować kazali, wybyście znów powiedzieli: niech się tak stanie?
Szmul przeraził się zrazu straszném przypuszczeniem Meira tak bardzo, że aż o parę kroków odskoczył.
— Gwałt! — zawołał, — na co takie brzydkie rzeczy przypuszczać sobie do głowy!
Potém jednak dodał spokojniéj:
— Nu! Morejne! żebyś ty Świętego Zakonu naszego nie strzegł...
Nie dokończył, bo przerwał mu Meir pełnym uniesienia głosem:
— Szmulu! a czy wy wszyscy wiecie, co jest Święty nasz Zakon? Co w nim jest Boskie rozkazanie, a co ludzkie wymyślenie?
— Szaaa! — syknął zcicha Szmul, — nas ludzie słuchają! ja nie chcę, Morejne, żeby w mojéj chacie spotkała ciebie nieprzyjemność!
Meir rzucił spojrzenie za okno i zobaczył, iż w istocie kilku dojrzałych mężczyzn obsiadało długą, wązką ławę, stojącą u ściany domowstwa Szmula. Ludzie ci nie podsłuchiwali bynajmniéj, owszem, rozmawiali nawet z sobą, ale parę ostatnich wykrzyków Szmula i Meira usłyszeli snadź, bo nachylili twarze ku otwartemu okienku i patrzali we wnętrze izby oczyma wpółzdziwionemi a wpółniechętnemi. Meir niecierpliwie rzucił ramionami i, nie żegnając Szmula, zmierzał ku wyjściu. Ale gdy był juz przy progu, Szmul poskoczył ku niemu i, schyliwszy szybko giętką swą postać, w rękę go pocałował.
— Morejne! — szepnął, — ja ciebie bardzo żałuję! Ty upamiętaj się! U ciebie serce bardzo dobre, ale głowa bardzo zła! W niéj ogień pali się! Aj waj! co ty z mełamedem dziś zrobił! Morejne! ty upamiętaj się i nie rób zgorszenia w Izraelu!
Trzymając wciąż rękę Meira w twardéj swéj dłoni, podniósł ku niemu twarz nerwowo znów drgającą i dodał śpiesznie:
— Morejne! żebyś ty nie był pod takiém straszném oskarżeniem, jabym dziś przed tobą serce moje otworzył. Bo dziś chajet Szmul ma wielkie kłopoty! On sam nie wié, co zrobić! On może pozostać takim biednym na całe życie, jakim jest, i może zrobić się bogatym! On może być bardzo szczęśliwym i bardzo nieszczęśliwym, bo do niego przychodzi teraz wielkie szczęście i w ręce jemu lezie, ale on lęka się jego brać, bo ono wygląda tak, jak nieszczęście!
Meir ze zdumieniem patrzał na nędzarza, czyniącego mu w ten sposób zagadkowe jakieś półzwierzenia. Ale w téj chwili z za czarnego pieca ozwał się gruby, chrypiący głos Jochela:
— Szmul! czy ty będziesz milczał? Kom her!
Szmul z drgającą wciąż, nieprzytomną prawie twarzą, odskoczył od Meira, który, zamyślony i z pałającém okiem, wyszedł na ulicę.
Tu, na widok jego, schmurzyły się widocznie twarze siedzących u ściany ludzi. Dwaj z nich pozdrowili go krótko i obojętnie; nikt, jak zwykle bywało dawniéj, nie wstał przed nim i nikt nie postąpił ku niemu, aby towarzyszyć mu i poufnie z nim rozmawiać przez całą długość ulicy.
Tylko z pod ściany domu podniosło się dziecię, w szaréj, długiéj surducinie, i zaledwie Meir o parę kroków oddalił się od progu domowstwa, postąpiło za nim. Ręce miało wsunięte w rękawy odzieży i oczy zmęczone, przymykające się niemal od senności. Szło jednak, a że młody człowiek postępował krokiem wzburzonym i szybkim, ono także przyśpieszało kroku.
Tak jeden za drugim idąc, Meir i Lejbele, przebyli długą uliczkę i znaleźli się wkrótce na pustych gruntach, oddzielających ostatnie domowstwa miasteczka od Karaimskiego wzgórza.
Zmierzch panował już zupełny, ale w chacie Abla Karaima nie paliło się żółte światełko małéj świeczki. Nie spano w niéj jednak, bo zaledwie Meir zbliżył się do otwartego jéj okna, zarysowała się w niém wysmukła postać Gołdy.
Pozdrowili się wzajem milczącém skinieniem głowy.
— Gołda! — rzekł Meir zcicha, lecz pośpiesznie, — czy ciebie żadna nieprzyjemność od nikogo nie spotkała? czy tobie nikt nic złego nie zrobił?
Dziewczyna milczała chwilę, a potém odpowiedziała wzajemném pytaniem:
— Dlaczego ty, Meir, zapytujesz mnie o to?
— Bo ja lękam się, żeby tobie jaka krzywda nie stała się. Ludzie zaczęli o tobie gadać!
Gołda wzgardliwie nieco wzruszyła ramionami.
— Ja o ich krzywdy nie dbam, — rzekła, — ja z krzywdą razem wyrosłam i ona jest siostrą moją.
Umilkła na chwilę. Meir wydawał się wciąż niespokojny.
— Dla czego u was dziś ciemno w chacie? — zapytał.
— U mnie wełny niéma do przędzenia, a zejde modli się sobie w ciemności.
W istocie, w kącie izby szemrał drżący głos modlącego się Abla.
— A czemuż ty wełny nie masz do przędzenia? — zapytał Meir.
— Odniosłam Hanie Witebskiéj i Sarze, żonie Bera, to, co dla nich uprzędłam, a one mi więcéj roboty nie dały.
— Czy one tobie nic złego nie powiedziały? — porywczo zapytał Meir.
Gołda milczała znowu przez chwilę.
— Ludzkie oczy mówią czasem gorsze rzeczy, niż usta; — wymówiła spokojnie.
Widocznie skarżyć się nie chciała ani obwiniać nikogo.
Być może zresztą, iż mało obchodziło ją wszystko, co się tyczyło jéj saméj, i że umysł jéj był czém inném zajęty.
— Meir! — rzekła, — ty w tych dniach wielką nieprzyjemność miałeś...
Meir usiadł na małéj, wązkiéj ławce, stojącéj pod otwartém oknem, oparł głowę na dłoni i westchnął cicho.
— Największą zgryzotę ja dziś miałem, — odpowiedział, — lud mój odwrócił twarz swoję ode mnie i za wroga swego mnie ogłosił... Kiedy przechodzę, widzę na miejscu przyjaźni — nieprzyjaźń, a ci, którzy przede mną serca swoje otwierali, mają mnie teraz w podejrzeniu...
Gołda smutnie pochyliła głowę; Meir mówił po chwili daléj:
— Ja już teraz nie wiem sam, co robić i jakim być... wielkie zwątpienie duszę moję objęło. Jeżeli ja będę mówił i robił według serca mego, lud mój znienawidzi mnie i różne nieszczęścia na mnie spadną... a jeżeli będę mówił i robił przeciw sercu memu, sam siebie znienawidzę i żadne szczęście miłém mi nie będzie... w Ha-Midraszu siedząc, ja sobie myślałem zgodę ze wszystkimi trzymać, na głupie i złe rzeczy oczy zamykać i spokojnie sobie żyć... ale z Ha-Midraszu wyszedłszy, zaraz nie mogłem wytrzymać i za jedno biedne dziecko bardzo na siebie obraziłem mełameda, a przez mełameda wszystkich starszych i cały lud... Ot, co ja dziś zrobiłem! A teraz znów myślę sobie: na co to przyda się? Czy przez to mełamed nie będzie biednym dzieciom rozumu z ich głowy wyjmować i zdrowia ich ciałom odbierać?... Co ja mogę? ja jeden... młody... żony i dzieci jeszcze nie mam, i interesów wielkich nie prowadzę... to nade mną wszyscy wszystko mogą, a ja nic nad nikim... Moich przyjaciół prześladują za to, że oni ze mną przyjaźń trzymają... oni zlękną się i mnie porzucą... Ciebie zaczęli już prześladować za to, że ty serce swoje połączyłaś z mojém sercem i głos swój dałaś za towarzysza mojemu głosowi... i ja ciebie przez to zgubię... Może już lepiéj oczy i usta zamknąć... smutkowi i tęsknocie kazać, żeby z serca szły precz... i żyć tak, jak oni wszyscy żyją?...
Coraz ciszéj mówił to Meir; w głosie jego czuć było, że pierś mu targały srogie bóle niepewności i zwątpienia.
Dość długie potém zapanowało milczenie, a w téjże chwili za wzgórzem, u stóp którego stała chatka, odzywać się poczęły szczególnie jakieś szmery. Z razu słabo tylko rozróżnić można było śród szmerów tych turkoty kół, cicho sunących po piaszczystym gruncie, przyciszone rozmowy i tłumne stąpania ludzkie. Po chwili jednak coraz wyraźniejszemi i bliższemi stawały się odgłosy te, a wśród ciszy głębokiéj, która w miejscu tém panowała, było w nich coś tajemniczego.
— Co to jest? — prostując się, wyrzekł Meir.
— Co to jest? — powtórzyła spokojniéj Gołda.
— Mnie się zdaje, — zaczął młody człowiek, — jakby z tamtéj strony góry wiele wozów jechało i stanęło...
— A mnie się zdaje, jakby w téj górze huczało cóś i stukało. — Istotnie zdawać się mogło, że stąpania ludzkie odzywały się teraz w samém wnętrzu wzgórza, a oprócz nich słychać tam było stuk rzucanych jakby, czy ustawianych, ciężkich przedmiotów.
Trwoga odmalowała się na twarzy Meira. Spojrzał głęboko w twarz Gołdy.
— Zamknij okno i zarygluj drzwi! — rzekł pośpiesznie, — ja pójdę zobaczę, co tam takiego?
Widocznie lękał się o nią. Ale dziewczyna wzruszyła ramionami i odpowiedziała:
— Na co ja mam okno i drzwi zamykać? One są bardzo słabe i choćbym je zamknęła, każdy, kto dotknie się do nich silną ręką, otworzy je sobie.
Meir okrążał już wzgórze i wkrótce znalazł się po drugiéj jego stronie. Widok, który tam ujrzał, napełnił go zdziwieniem.

Na piaszczystych zagonach stały, półkręgiem wzgórze otaczając, wozy, jedno- i dwukonne, naładowane drewnianemi beczkami najrozmaitszych rozmiarów. Około wozów ruszało się mnóstwo ludzi: wieśniaków-chrześcian i
Szalbierstwo Kamionkera.
Izraelitów. Wieśniacy zdejmowali beczki z wozów i wtaczali niektóre z nich w głęboką jamę, wytworzoną naturalnie czy sztucznie we wnętrzu wzgórza; Izraelici zaś krążyli pomiędzy wozami, przypatrywali się beczkom, uderzali w nie lekko palcami, a potém skupiali się dokoła człowieka, który stał przyciśnięty do ściany wzgórza, i toczyli z nim przyciszone, lecz nadzwyczaj żywe rozmowy.

Pośród Izraelitów tych, Meir ujrzał kilku znanych mu z widzenia sąsiednich szynkarzy; człowiekiem zaś, który przyciskał się do wzgórza i wiódł z nimi tajemnicze, choć zapalczywe, jakieś targi i umowy, był Jankiel Kamionker.
Wieśniacy, dokonywający pracy przenoszenia beczek lub stojący nieruchomo u wozów, milczeli ponuro. Silna, odurzająca woń alkoholu rozchodziła się po równinie i przejmowała nawskróś powietrze letniego wieczoru.
Zdziwienie Meira krótko trwało. Zaczął on snadź domyślać się znaczenia sceny, na którą patrzał, i widać było, że powziął postanowienie jakieś; bo w zamiarze jakby zbliżenia się do Kamionkera, postąpił parę kroków naprzód. Lecz nagle, od ściany wzgórza oderwała się i drogę mu zagrodziła wysoka, barczysta postać człowieka z bosemi nogami, i rozczochranemi włosy.
— Czego ty tu idziesz? Meir! — stłumionym szeptem wyrzekł człowiek ten.
— A czemu ty, Jochelu, iść mi nie pozwalasz? — odpowiedział Meir i chciał ominąć stojącą mu na drodze przeszkodę, ale Jochel przytrzymał go silnie za rękaw od surduta.
— Czy ty już na tym świecie żyć nie chcesz? — szeptał, — mnie ciebie żal, bo ty dobry jesteś i ja tobie mówię: idź ty sobie ztąd.
— A jeżeli ja ciekawy jestem wiedziéć, co to tutaj takiego Reb Jankiel ze swymi szynkarzami i z temi beczkami robi?
— A co tobie do tego? — zaszeptał raz jeszcze Jochel, niech twoje oczy nie widzą i twoje uszy nie słyszą tego, co tutaj Reb Jankiel robi! On wielkie interesa robi i ty jeszcze mu przeszkodzisz... A na co tobie przeszkadzać? czy ty będziesz z tego korzyści jakie miał? czy ty co przeciw niemu możesz?
Meir stał chwilę jak oniemiały. Potém odwrócił się i poszedł zwolna w inną stronę.
— Czy ja co mogę? — wymówił drgającemi wargami.
Przechodząc mimo chaty Abla Karaima, zobaczył Gołdę, która stała jeszcze w oknie. Skinął ku niéj głową i rzekł:
— Śpij w pokoju!
Ale ona zawołała go:
— Meir! tu jakieś dziecko siedzi na ziemi i śpi!
Meir zbliżył się i spostrzegł w istocie u końca ławki, na któréj siedział był przed chwilą, skurczoną na ziemi, szarą postać dziecięcą.
— Lejbele! — rzekł ze zdziwieniem.
Nie widział chłopca, który tu za nim przyszedł i cicho za nim téż usiadł. Teraz spał on tu głęboko, łokcie wspierając na podniesionych kolanach, a głowę trzymając w obu dłoniach.
— Lejbele! — powtórzył Meir i położył dłoń na głowie śpiącego.
Dziecię obudziło się, otworzyło senne oczy i, wznosząc je ku twarzy pochylającego się nad niém młodzieńca, uśmiechnęło się.
— Czego ty tu przyszedłeś, Lejbele? — uśmiechając się téż, zapytał Meir.
Dziecko namyślało się chwilę, potém odpowiedziało:
— Za tobą...
— Ojciec i matka nie wiedzą, gdzie ty się podziałeś...
— Ojciec już śpi i matka już śpi... — zaczął Lejbele, przechylając głowę na obie strony i wciąż uśmiechając się.
— I kozy już śpią... — dodał po chwili, i na wspomnienie zapewne tych najlepszych towarzyszek swoich, zaśmiał się głośno.
Ale z ust Meira zniknął przelotny uśmiech, wywołany uśmiechem dziecka. Wyprostował się, westchnął i pochylając głowę, wymówił do siebie:
— Co mnie teraz robić?
Gołda obu dłońmi objeła swoję głowę, podniosła twarz i smutnemi oczyma patrzała w gwiaździste niebo. Po chwili szepnęła zcicha i nieśmiało:
— Ja zejdy spytam się! Zejde bardzo uczony jest... on całą biblią na pamięć umié:
— Spytaj się! — odpowiedział Meir.
Dziewczyna zwróciła się ku ciemnemu wnętrzu chaty i zawołała:
— Zejde! Co Jehowa czynić każe człowiekowi, od którego lud odwraca twarz swoję za to, że on przeciw sercu swemu robić i mówić nie chce?
Na zapytanie to, Abel przerwał modlitwę odmawianą półgłosem. Przywykł był snadź do częstych zapytań wnuczki i do udzielania na nie odpowiedzi, bo milczał, długo w rozważaniu słów jéj, czy w przypominaniu sobie słów świętych, zatopiony. Potém, w ciemności, napełniającéj wnętrze chaty, ozwał się stary, trzęsący się, lecz podniesiony nieco głos jego:
— Jehowa rzekł: uczyniłem cię, proroku, stróżem Izraela! Słuchaj mowy mojéj i powtarzaj ją ludowi twemu. Jeżeli czynić to będziesz, nazwę cię wiernym sługą moim, lecz jeśli milczéć będziesz, na głowę twoję spadną nieszczęścia Izraela!
Stary głos, wymawiający słowa te, umilkł, a Meir słuchał jeszcze z podniesioną, pobladłą twarzą i żarzącém się okiem. Po chwili wskazał palcem ku temu punktowi ciemnéj izby, w którym znowu szemrać poczynała modlitwa starca i drżącym głosem, rzekł:
— To jest prawda! przez usta jego przemówił stary Zakon Mojżeszowy! prawdziwy nasz Święty Zakon!
W oczach Gołdy świeciły wielkie łzy, ale nie widział ich Meir. Zatopiony w myśli jakiéjś, która objęła i rozpłomieniła całą jego istotę, zwolna skinał głową ku młodéj dziewczynie na znak pożegnania i odszedł.
Ona pozostała u otwartego okna i patrzała za odchodzącym. Postawa i twarz jéj były spokojne, ale po ciemnych, chudych licach, łzy płynęły jedna za drugą.
— Prorokowi Ozeaszowi głowę ścięli... Proroka Jeremiasza z Palestyny wygnali!... — szeptała.
Meir zaś, o kilkanaście kroków od małéj chatki znajdując się, z podniesioną ku niebu bladą twarzą, wymówił:
— Rabbi Akiba za prawdę swoję w wielkich męczarniach umarł!
Oczy Gołdy szeroko otwierały się, aby módz jak najdłużéj dojrzéć, pośród wieczornych ciemności, oddalającą się zwolna postać młodzieńca. Powoli splotły się jéj ręce, a usta, zwilżone łzami, szepnęły:
— Jak Ruth powiedziała świekrze swojéj, Noemi, tak niech ja powiem tobie, światłości duszy mojéj: Bóg twój jest Bogiem moim, lud twój jest ludem moim, a smutek mój ja dam za towarzysza twemu smutkowi i duszę moję rozwiodę z ciałem razem z duszą twoją!...
W ten sposób dzieci te, przejęte nawskróś tchnieniem starych dziejów i podań Izraela, które im całą mądrość świata zastępować musiały, z nich czerpały dla siebie naukę, pociechy, męztwo i łzy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.