Markiza Pompadour/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Markiza Pompadour
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział „Zrobione!“
Data wydania 1926
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XXII.
„Zrobione!“

Minął rok. Podobnie, jak w rzece zmieniają się ciągle wody, ale niezmienny kierunek unosi odnawiające się w stałem korycie ku morzu, tak przy ustawicznych zmianach w potoku wrażeń, ideowa treść życia pani Pompadour nosiła piętno jednakie — nieustannej walki o miłość Króla, o związaną ze stanowiskiem faworyty pozycję polityczną przy dworze. Wypadało jednocześnie dbać o zachowanie piękna ciała, wbrew znużeniu napiętą pracą dni i nocy i dolegliwościom szarpanego trudami i troską organizmu, oraz pod maską pogody i galanterji toczyć bój podziemny z ukrytymi wrogami, z zazdrosnemi partjami, ze spiskami intrygantów, z dworem, rodziną królewską, ministerstwami, jawnemi i skrytemi niebezpieczeństwami. Trzeba było — jak powiadają biografowie markizy — odgadywać w uśmiechu Króla groźbę, w powodzeniu odkrywać niebezpieczeństwo.
Jakże pikantną i charakterystyczną dla określenia stanu tej ciągłej nierównowagi, w jakiej utrzymywały się losy markizy, jest choćby następująca scenka. W gabinecie ministra późną nocą zgromadzają się: sam gospodarz, d’Argenson, jego kochanka i szpieg markizy pani d’Estrades, sekretarz ministra Dubois, i wciągnięci, acz bez chęci, w sojusz, ekonomista-lekarz Quesnay i Marmontel, który z czasem opisze zjadliwie tę scenę. Na co oczekują w milczeniu, pełni niepokoju? Chodzi-ż tu o ważne sprawy państwa, 0 posunięcia polityczne? Otóż to zacne towarzystwo oczekuje powrotu małej Romanet, od niedawna żony de Choiseul’a, która bawi obecnie z Królem. Musiało chyba znudzić się Ludwikowi chodzenie do ponętnej kobietki pociemku, kręconemi schodami, o które obijał sobie kolana, w roli platonicznego miłośnika! Dostojna gromadka rachuje na to, że Król ulegnie zmysłom, gdy tylko pani de Choiseul zrozumie korzyści upadku, że wybiła godzina nowej faworyty.
W gabinecie zjawia się młoda kobieta — jej włosy i suknie są w nieładzie. Pani d’Estrades śpieszy do niej, obejmuje ją. „Co?!“ pyta. „Zrobione!“ odpowiada pani Romanet-Choiseul, „jestem kochaną. On jest szczęśliwy, dał mi słowo, że ją wyśle“.
Niewiele brakowało, aby ta intryga uwieńczyła się triumfem. Ludwik napisał do apetycznej młodej mężatki list z gorącemi oświadczynami miłości. Od jej: „tak“ — zależał los markizy. Ale pani de Choiseul, aby nie uczynić fałszywego kroku, poprosiła o radę hrabiego de Stainville, krewniaka z rodu de Choiseul’ow, wręczając mu list. Ten poprosił o dzień do namysłu.
Nazajutrz hrabia zjawił się z wczesną wizytą u markizy.
„Przychodzę, jako przyjaciel,“ rzekł do niej.
„Jakkolwiek jesteś wrogiem moim,“ rzekła chłodno.
„Jakkolwiek jestem wrogiem Pani,“ odparł.
„I nie kryjesz tego?“
„De Choiseulowie nie kryją swoich niechęci. To rzecz słabych.“
„Czem dowiedziesz mi swej przyjaźni, hrabio?“
„Oto tem... List ten otworzy ci oczy na niebezpieczeństwo. Staraj się je sparaliżować.“
Oddał jej list króla.
Przeczytała. Dwie wielkie łzy stanęły w jej oczach. Przeprosiła go — wyszła na chwilę — powróciła z zaczerwienionemi powiekami, ale spokojna.
„Dziękuję ci, hrabio. Czy pozwolisz mi zapytać, dlaczego oddajesz mi tę wielką przysługę.“
„Mogę być szczerym?“
„Proszę, choć to znaczy, że urazisz mnie.“
„Może... O stanowisko faworyty dobijają się rody magnackie, ale... ja nie chcę, aby w tej roli znalazła się pani de Choiseul.“
Więc ono jest odpowiedniejszem dla... pani d’Etioles, urodzonej Poisson?
„Wbrew wszystkim przesądom — tak! Wybacz, markizo. Sama rzekłaś.“
„Potępiasz mnie pan?“
„Nie! Wiem, że cierpisz i walczysz. Chcę zatem oszczędzić mąk i walk ... upokorzeń w rodzaju tego listu mojej krewniaczce. Więc to motyw drugi. Jest i trzeci...“
„A ten?“
„Przywraca pani honor. Jesteś mądrą kobietą. Lepiej, że losy Francji są w twojem ręku, niż miałyby być w innych.“
„Jakże to?... Czemuż jesteś moim nieprzyjacielem.“
„Przemyślałem wiele przez tę noc — i od dziś ofiaruję ci pomoc swoją, jeżeli jej pragniesz...“
„Dziękuję ci, hrabio!“ uścisnęła mu gorąco rękę.
Był to triumf markizy, który posłużył za wstęp do innego, trudniejszego — nad Królem. Osiągnęła go tegoż wieczora.

Udając się do króla — wystroiła się, jak na bal; miała na sobie ten strój, w jakim unieśmiertelnił ją Franciszek Boucher: zlekka narzucony na ramiona, nie kryjący krągłości piersi; miała tę samą dumną pogodę na twarzy, rozwarte mądrze na świat oczy, usta w kształcie serduszka, gotowe do słodkiego uśmiechu; w dłoni godnej Djany trzymała, jak na portrecie, wiązankę kwiatów — wonny dar dla Ludwika; spowijała ją powiewna szatą gotowa opaść na rozkaz miłości.
Na progu jej apartamentów zatrzymał ją dyrektor więzienia w Vincennes. Przyszedł zameldować jej o ważnym wypadku:
„Wczoraj uciekł Latude! Nie ośmieliłem się donieść o tem Pani, gdyż miałem nadzieję, że uda się go schwytać. Niestety! Wszystkie poszukiwania były nadaremne. Teraz bodaj już bawi zagranicą. Może zaszkodzić Francji... To gaduła!“
Zdziwiła się. Wszakże Latude był w Bastylji, skąd uciec było niepodobieństwem. Wytłumaczył jej, jak się to wszystko stało. Obchodzono się z nim z początku surowo — dano mu nawet więzienne ubranie. Ale tak szalał w samotności, że trzeba było dać mu towarzysza. Był to jakiś żyd, pomówiony o szpiegostwo w interesach Anglji, choć zaklinał się, że papiery, z któremi został zatrzymany, znalazł na ulicy i nawet ich nie przeczytał, gdyż nie zna języka angielskiego. Może to i prawda — ale trzymany był „przez ostrożność“. Otóż strażnik podsłuchał, że więźniowie dali sobie słowo, iż pierwszy, który wyjdzie, poświęci się uwolnieniu drugiego. Gubernator, któremu o tem doniesiono, polecił ich rozłączyć. Cele Bastylji były poczęści przepełnione, inne podlegały remontowi, gdyż nie były dość pewne — zdarzył się wypadek ucieczki więźnia, którego w pogoni zabito — lub już nie nadawały się do zamieszkania: śmiertelność i obłęd były wynikiem niehygienicznych warunków.
Tedy przypuszczalnego szpiega pozostawiono w Bastylji, Latude’a przewieziono na czas remontu. Przeniósł się tam opat Saint-Sovers, który odwiedzał go często i ukoił, bo więzień początkowo groził, że pozbawi się życia i nawet czynił próby samobójcze.
Wczoraj zdobył się na sprytny pomysł, którym wywiódł w pole żołnierzy. Kiedy dozorca przyniósł mu chleb i wodę, wyskoczył z celi, zatrzasnął drzwi za nim. Miał już na sobie ubranie przyzwoite — daliśmy mu je, aby go uspokoić. Przebiegł wtedy koło żołnierza na warcie, wrzeszcząc: „Gdzie jest opat Saint-Sovers?! Wzywają go do konającego, on gdzieś zawieruszył się“. Było to powiedziane tak naturalnie, iż żołnierz go przepuścił. „Czy dawno przechodził tędy Saint-Sovers?“ krzyczał przechodząc obok drugiego żołnierza. „Zapłaci mi on za tę bieganinę.“ I ten również przepuścił go. To samo uczynili jeszcze dwaj inni — ostatni przy bramie. I ptaszek się ulotnił.
Markiza mimowoli uśmiechnęła się. Zręczność Latude’a podobała się jej. Przez moment błysnęło jej w głowie, że wyzwolił się wtedy, kiedy przepowiednia jego zaczęła się spełniać: bo oto ona jest właśnie w niełasce, zmuszona drżeć o swoją władzę i miłość. Lecz w jego ucieczce jej przesądność dostrzegła dobry prognostyk — albowiem, pomimo swojej mądrości, ulegała przesądom domu rodzinnego i swego czasu, a wówczas hołdowała najdziwniejszej logice: ucieczka Latude’a była zwycięstwem chytrości, więc i jej chytrość zwycięży: Latude był groźbą dla władzy królewskiej — groźba ta była na wolności, czyli że ona była zawsze potrzebną królowi. Ta kombinacja rozpromieniła ją. Odprawiła naczelnika więzienia ruchem ręki, nie czyniąc mu wyrzutów, nie dając rozporządzeń.
Zastała Ludwika w niezwykle dobrym humorze. Śmiał się do rozpuku. Gdy weszła, rzekł:
„Wyobraź sobie, Żanetto, otrzymałem list, w którym więzień opowiada mi, jak zręcznie wymknął się z więzienia. Zamknąć strażnika... ha! ha! ha! — i przejść koło wart w poszukiwaniu opata — a to dopiero gapie... ha! ha! ha!“
„Wiem o tem. To Latude.“
„Oho!“ pokiwał głową, „mądra główka mojej Pani... wie o wszystkiem. Ale któż jest ten Latude?... Nie słyszałem o nim nigdy.“
„Jest to człowiek, który obudził we mnie pragnienie nieśmiertelności... który wskazał mi, że winnam dbać o historyczność mego imienia dla dobra Francji!“
„Zatem pisarz?... No! no!... to trzeba mu wybaczyć jego grzechy i ułaskawić go. Nieprawdaż?... Przeczytaj to. Pisze, że uczynił jakiś awanturniczy krok przez nieoględność, której żałuje. Powiada, że zawinił wobec Ciebie, ale na kolanach błaga o przebaczenie. Wzruszył mnie i zabawił. Człowiek, który ucieka z więzienia do... Paryża i podaje swój adres, nie może być niebezpieczny. Ułaskawię tego gryzipiórka.“
„To nie gryzipiórek... To inżynier.“
„Wszystko jedno! Powiada, że kara jego przewyższa stokrotnie winy.
Markiza czytała list Latude’a.
„Właśnie czytam to zdanie... ostatnie w jego liście. Czuje się pokrzywdzonym... To źle!“
„Dlaczego?“
„Bo jeżeli my mu wybaczymy, on nam nie wybaczy. Pokrzywdzeni, gdy są na wolności, przeradzają się w mścicieli.“
„Więc nie wybaczasz mu?“
„Ja... tak! Ale czy Ty mu wybaczysz, Królu, jeżeli dowiesz się, że on... czynił mi propozycję zostania królową Francji?...“
„Jakto?... Królową?!“ otworzył Ludwik oczy.
„A tak!... bez Ciebie.“
„To warjat!“
„Nie! buntownik przeciw Majestatowi mojego Króla. Za to zamknęłam go w Bastylji.“
„I on... pozwolił sobie uciec?“
„Tak jest!... Z Vicennes, dokąd go przewieziono.“
„No! to skoro daje adres... trzeba posłać doń żołnierzy... i umieścić znowu w Bastylji... To pewniejsze.
„To pewniejsze! rzekłeś, Miłościwy Panie!“
Markiza zadzwoniła — wydała odnośne rozkazy. Powróciła — Król patrzył na nią z rozczuleniem.
„Jesteś najwierniejszą przyjaciółką tronu, Żanetto!“
„Tylko dlatego, że jestem wierną miłośnicą Ludwika.“
I nagle objęła go za szyję. Grad jej namiętnych pocałunków spadł nań niespodzianie — owionął go aromat jej włosów wraz z zapachem świeżych kwiatów, które rozsypała na jego kolanach. Z ramienia osunęła się przepaska i opadła powiewna szata...
Burza miłości, której domagał się od niej ostatnio — ta sama, jaka towarzyszyła wiośnie ich stosunku powracała czarem. Objął ją z gwałtownością, jakiej dawno mu brakło — gdzieś w zanadrzu mózgu przemknęło wspomnienie o pani Romanet-Choiseul, jako o „gąsce naiwnej“, która potrafiła się oddać, ale nie umiała brać — nie to, co ta, posiadająca sztukę miłości, oddająca się i biorąca zarazem, skuta z nim czarem tylu... tylu wspomnień... jedyna!...

„Żanetto! co ci się stało?“ mówił do niej, upojony jej pocałunkami, zdziwiony tą nawałnicą pieszczot, tem cenniejszą, że zdarzała się w tej pełni rzadko... Była dlań czemś nowem — Djana zmieniła się w Bachantkę.
„Co ci się stało?“ powtarzał.
„Ot to!...“ bosą nóżką zstąpiła na dywan — w zwojach szala odnalazła jego list do pani Romanet-Choiseul i podała mu z figlarnym uśmiechem.“
Był zawstydzony — ale zarazem zachwycony jej wyrozumiałością, jej weselem w tak przykrej sytuacji...
„Ależ ja tylko żartowałem!...“ zawołał, spłonąwszy zresztą zawstydzeniem. „Któraż może równać się z Tobą? Tę małą Romanet jutro odeślę do męża... Ona mi tu niepotrzebna.“
Nazajutrz wyjeżdżała pani Romanet-Choiseul do swoich dóbr. Nadto pani d’Estrades, która wyszła na przechadzkę, została zatrzymana przez posłańca królewskiego, który wręczył jej list z poleceniem, by złożyła swój urząd przy dworze i zajęła się uporządkowaniem swoich pięknych dóbr, ku czemu otrzymywać będzie nadal swoją pensję: niełaska w formie łaski. Wreszcie i minister d’Argenson, który użalał się tego dnia, że markiza zmieniła jego rozkaz, usłyszał z ust Króla: „Mój drogi! trzeba zejść o jeden stopień niżej... Nie rozumiesz, że piękna kobieta ma przez niebo zapewnione prawo władzy, wyższe od męskiej.“
„Nawet pierwszego ministra?“ zapytał.
„Nawet Króla, mój kochany!“ rzekł Ludwik, uśmiechając się gorzko.
I d’Argenson zrozumiał, że chwila jego władzy minęła.

A wieczorem Markiza, napotkawszy hrabiego de Stainville, uścisnęła mu rękę, szepnąwszy:
„Zrobione!“
Choiseulowie stali się po kilku latach głównemi oporami rządów Markizy de Pompadour, oddanymi jej całą duszą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.