Maleparta (Kraszewski, 1874)/Tom IV/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Maleparta
Tom IV
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI  Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.

Ażeby wytłómaczyć postępowanie Maleparty względem żony i bierne jego dla niej posłuszeństwo, którego nie przypiszem pierwszy raz budzącemu się w sercu przywiązaniu, miłości, musiemy cofnąć czytelnika do opowiedzianych wypadków.
W dniu weselnym, przerażony widokiem przechrzty i Nastazji, która go dostąpić nie mogła, lecz samą przytomnością swoją dobiła; do ostatka obłąkany widzeniem w czasie ślubu; pomięszany, nie wiedząc co czyni, osłupiały, przystąpił wreszcie wytrzeźwiwszy się nieco do łoża. Zuzanna, która pojąć go nie mogła i to pijaństwu, to wspomnieniu pierwszej żony przypisywała stan jego dziwny, cofnęła się przerażona. On stanął nad nią, patrzał smutnie, milczał. Twarz Maleparty zmieniła się w nowy niezwykły sposób, pierwszy raz w życiu na niej wykwitły, odbił się wyraz boleści i smutku szczerego. Najpospolitszym oblicza tego człowieka charakterem, był uśmiech szyderski, albo zamyślenie czarne, głębokie, przerażające. Tak było i w duszy — albo szydził, albo nienawidził i gniewał się — łagodniejsze uczucia udawał tylko. Od wielu a wielu lat, od młodości którą ludzie tak mu bolesną uczynili inna myśl, inne uczucie nie postało w sercu i duszy Maleparty nad miłość siebie, nienawiść, złośliwe szyderstwo. Nie wierzył w nic i w nikogo, nikogo nie kochał, korzystał z każdego, odpychając gdy już nie potrzebował. Litości nie rozumiał, miłości nie pojmował, o przyszłości nie myślał, wiary nie miał, a złe które czynił drugim, wyrządzał zimno, jak dziecię pastwiące się nad zwierzęciem, co je bawi konwulsyjnemi drganiami skonania. Zgryzota nie zajrzała do serca, które czasem tylko strach sprawiedliwości ludzkiej przejmował: jej jednej się lękał, w inną nie wierzył a raczej nigdy o niej nie pomyślał.
Przerażony strachem gdy mu się ukazał ze swoim szatańskim śmiechem i jednem okiem przymrużonem przechrzta, potem u progu kaplicy Nastazja, obłąkany prawie, gdy ujrzał widma ukazujące mu się nad ołtarzem, znajome postacie co nie raz we śnie po mózgu jego błądziły, Rózi, jej matki, Stanisława i Szczuki — gdy ujrzał przed sobą srogie oblicza pokrzywdzonych, zabitych, zelżonych ofiar swoich; pierwszy raz Maleparta zadrżał w swojem sercu, nie strachem ziemskiej sprawiedliwości, ale bojaźnią wiecznej kary, włosy najeżyły mu się na głowie i serce na chwilę bić przestało, a krew krążyć.
Pierwszy raz ujrzał Boga i piekło w tem widzeniu, pierwszy raz zadrżał w duszy o wieczność.
Błyskawicą, w mgnieniu oka, przesunęły się przed nim wspomnienia występków, począwszy od pierwszej niewdzięczności, aż do ostatniej, od zabójstwa na duszy, do zabójstw na ciele, na majątku, na sławie.
Jedna ta chwila stanowcza zmieniła człowieka całego, jakby zasłona która przed nim kryła świat drugi, rozdarła się nagle, spojrzał weń i przestraszył się. Upokorzony, on co dotąd dumny był tylko szczęściem swojem i nieprawością, przerażony został nikczemnością własną.
Jak się to stało? Bóg jeden wie tylko. W izbie sypialnej, padłszy na krzesło rozmyślał już nie jak z rana, o nowych podejściach i oszukaństwach, ale o zmyciu z duszy czarnych i krwawych plam, co na niej kamieńmi ciężyły od chwili dopiero, a już jakby od nich cierpiał wieki. Spojrzał powstawszy na Zuzię, nie z radością człowieka, co dosiągł upragnionego celu, ale z litością, z jaką się spogląda na ofiarę.
Ten wzrok zmieniony postrzegła żona i cofając się zawołała:
— Co ci jest? czego tak patrzysz na mnie? na Boga, co ci jest!
— Co mi jest? — zawołał dziwnym głosem pan młody. — O! nie pytaj o to! nie pojmiesz, nie uczujesz nigdy i bodajbyś nie czuła! Co mi jest? Widzę piekło przed sobą, Boga nad głową moją, a trupy u nóg.
— On obłąkany! — zakrzyczała zrywając się Zuzia: — ratujcie! ratujcie!
— Cicho! na wszystko cię zaklinam, — milcz — porywając ją za rękę zawołał Maleparta. — Nie jestem obłąkany, i jeźli dziś nie oszaleję, to nigdy.
— Cóż ci jest? — szepnęła drżąc cała żona.
— Mówiłem ci, piekło! piekło! I żal mi ciebie zaprzedanej! Komu? mnie! Człowiekowi bez imienia, bez serca, bez sumienia, oblanemu krwią, oplamionemu błotem, na którym nie ma obelgi jakiej byś nie znalazła, nie ma podłości jakiejby nie popełnił.
— Na cóż to mówisz! — zawołała Zuzia.
— Na co! Słuchaj — rzekł Maleparta: — ja nie wiem, może jutro znowu wrócę do dawnej złości, do zatwardziałości w której żyć nawykłem. Dziś niepojęta stała się we mnie zmiana, ty z niej skorzystaj. Poznaj tego, którego ci ojciec dał za męża, wziąwszy okup jak za niewolnicę.
— Nie mów mi nic na ojca!
— Zgoda, będę mówił na siebie. Wiedz kogo masz mężem, abyś wiedziała jak z nim postępować. Niepojęty strach mnie ogarnął, potrzebuję mówić, potrzebuję się spowiadać.
— Więc księdza! — zawołała Zuzanna.
— Księdza? jestże ksiądz coby mnie rozgrzeszył? Posłuchaj! A gdy się dowiesz tego życia strasznego, ukarz mnie za nie, będziesz mnie miała w ręku. Trzeba przecie by się ktoś na świecie pomścił za tyle ofiar, tyle łez i krwi. Ciebie wyznaczono pewnie za mściciela. Czuję to, dziś.... Duch Rozalji, duch Stanisława, i tego i tego — dodał niemogąc wymówić imienia — wskazywali na ciebie.
— Duchy! tyś obłąkany!
— Alboż ich nie widziałaś? Stały nad ołtarzem w czasie ślubu i groziły mi i pokazywały na ciebie, jakby mówiły: — ona się pomści za nas! Daję ci więc oręż w ręce.
— Co mówisz! A! Jezu! — zakrzyczała Zuzanna — to obłąkany.
Maleparta powstał zimny i blady tylko, a powstawszy z łoża, rzekł:
— Słuchaj, nie jestem powiadam ci obłąkany, ale przytomniejszy w tej chwili niż byłem całe życie. Wiedz, kogo ci dali za męża, słuchaj:
Za młodum żebrał, potem podpalał i kradł.
— O! nie mów, miej litość nademną!
— Ciebie ja o litość proszę, nie gardź mną i nie odpychaj, gdy się dowiesz wszystkiego.
— Za młodum (powtórzył) kradł, podpalał i żebrał, włóczyłem się od wsi do wsi, od chaty do chaty, a gdzie mi nie dano chleba, tam go brałem sam lub podkładałem ogień. Pierwszy człowiek co mi podał rękę, co mnie z żebraka głodnego człowiekiem uczynił, zaledwie zamknął powieki, najczarniejszą niewdzięcznością zapłaciłem jego wdowie.
Zuzanna, dziecinną ciekawością i strachem przejęta, obwiniona w kołdrę, siadła na łóżku, i wlepiwszy czarne swe oczy w Malepartę, który stał przed nią, słuchała i drżała.
— Od niewdzięczności począwszy, szedłem dalej z tych wrót nieszczęścia, w drogę zguby. Nie wyliczę ilum zgubił, iłem fałszów popierał, ile złych spraw prowadził, ilu klientów przedał, dowodów sfabrykował, sierotom chleb wydarł, do kija i torby wdów przyprowadził. Nazwano mnie adwokatem djabelskim! Nazwano mnie Malepartą, bo com nabył, wszystko było źle nabyte, jednego grosza nie mam w majątku, coby nie był poplamiony krwią, łzą, lub podłością. Włosy ci wstają na głowie, ale to nic jeszcze, to początki tylko, to drobnostki! Pierwsza żona moja i jej matka, uwiedzione przezemnie, z głodu, w męczarniach, niewoli, przeklinając mnie umarły. Wydarłem im majętność, a żałowałem chleba, i gdy płakały szydziłem, matce nie chciałem dać pogrzebu! Rózia umarła wzywając śmierci: człowiek co ją ratował, umarł w pojedynku zabity przezemnie, a zabity gdy był bezbronny.
Zuzia zakryła twarz rękoma i krzyknęła, zaczynała miarkować, że Maleparta nie obłąkany był, lecz występny, i strach ją coraz okropniejszy przejmował. Chciała uciekać, a sił jej do powstania brakło. On mówił dalej:
— Na tego człowieka jam się zasadzał ze zbójcami, w nocy, wprzódy nimem go zabił szablą, strzelałem do bezbronnej jego piersi. Kula trafiła niewinnego, niewinny upadł zabity.
— Dość, dość! zlituj się nademną — wołała Zuzanna.
— Jeszcze nie wszystko. Przy skonaniu Rozalji, wiesz jaki głos się odzywał? Szyderski śmiech wszetecznicy, co szydziła z konającej, siedząc na moich kolanach! Zdrad, fałszów, podłości nie policzę. Oto ten, którego ci ojciec dał za męża, i dziś przed samym ślubem ten zbójca, co ze mną razem zasiadał na życie człowieka, przyszedł tu był ze żoną; kazał sobie opłacić za milczenie. Dziś ta wszetecznica, co śpiewem swoim głuszyła głos konającej Rózi, stała u progu kaplicy: dziś zbójca, fałszerz, związał się z tobą u ołtarza na wieki!
Zuzannę zimny pot oblał, ale dumna dziewczyna odzyskała prędko przytomność!
— Cicho! — zawołała odważniejszym głosem, zmuszając się do niego — mógłby kto posłyszeć! Między mną a tobą nie ma tajemnic; ale chceszże, aby wszyscy moją, twoją i całego rodu naszego hańbę wiedzieli? Milcz!
— Powiem wszystko twemu ojcu.
— Dla czego? — zakrzyczała Zuzia: — aby cię wypchnął z domu i całe życie gryzł się wspomnieniem chwili, w której zamarzył o swojem nieszczęściu. Nikt nie powinien tego wiedzieć. Twoja kara w twojej duszy.
— Ale to co mam cięży mi, to złe nabycie, to krew, to trupy ludzkie, to wdowie mienie, to sieroce ubóstwo.
Zuzanna spojrzała nań wielkiemi oczyma, pojęła ona, że sprzeciwiać się mu w tej chwili nie było można.
— Czekaj — zawołała — oddamy wszystko klasztorom i ubogim, ale nie masz prawa mnie z sobą bezcześcić. Gdyby pokuta twoja ciebie tylko dotykała, jabym pierwsza ci ją radziła: aleś ty nie sam, a związek nasz nierozerwany.
— Cóż zrobić?
— Milczeć, cierpieć i pokutować! — zawołała Zuzanna.
Maleparta zadrżał.
— A jestże za takie zbrodnie pokuta? A jestże przebaczenie?!
Począł ostygać powoli, siadł i znowu powstał z krzesła, ale już inny, już szyderski, zimny i gniewny. W duszy jego przewróciło się znowu, wracała do dawnego swego łożyska.
— To wszystko przywidzenie — zawołał: — to fałsz! Ze strachu marzyłem o cieniu Rózi, matki i tych ludzi. Wszak ich nie było!
— Dobrze mówisz, uspokój się — odpowiedziała Zuzia — to ci się zdało tylko.
— I Nastazja, to przywidzenie i wszystko, wszystko! Niepotrzebniem się wyląkł. Gdyby mnie czekała kara, dawniejby przyszła, przestroga zapóźna! Gdyby była sprawiedliwość, obroniłaby wdowy i sieroty! To przywidzenie, to fałsze! A ty! słuchaj, ty — zawołał do Zuzi — tyś wielkiego rodu i imienia; ale jeźli słowo powiesz komu coś słyszała, uduszę cię kobieto jak robaka. Słyszysz?
Zuzanna wyskoczyła z łóżka krzycząc okropnie, ale mało kto krzyk słyszał, a ci co słyszeli, w pomoc biedz nie myśleli — śmieli się tylko.
Maleparta rzucił się na łóżko i patrząc, szydził.
— Krew senatorska! Krew pańska, ostatnia jej kropelka, w rękach moich! Ot! do czegom doszedł! I kto mi się oprze i co mnie zastraszy? Wszystko moje. Czegoż się lękałem! Pamiętaj milczeć kobieto! Przysięgnij! Ty musisz wierzyć w świętości przysiąg?
Zuzanna płacząc odpowiedziała mu:
— O! puść mnie, przysięgnę na wszystko.
— Puścić, kiedyś ty moja! puścić! — Patrz, nie obcy, to twój mąż, któregoś uśmiechem swoim sobie kupiła, co cię zapłacił ojcu na wagę złota!
I śmiał się, ale w tej chwili począł blednąć, włos mu się najeżył, jako psu na grzbiecie, oczy stanęły słupem, ręce wyciągnął i cofając wskazał na ciemny kąt pokoju.
— Patrz, — widzisz — zawołał cicho — widzisz kto tam stoi? Widzisz, blada, grozi mi, krew płynie, patrz, to oni przyszli, to oni przyszli! Więc to prawda! więc jest Bóg i kara!
Zuzanna obróciła się struchlała od strachu i ujrzała białe cienie stojące w ciemności; błyskającemi oczyma patrzące na Malepartę, który upadł i zakrył sobie oczy. Po chwili widzenie znikło. Nieśmiało podniósł oczy drżący mecenas, a nic już nie widząc, chwycił Zuzannę za rękę.
— Broń mnie — zawołał — broń mnie, oni przyszli po moją duszę.
— Ich już nie ma — szepnęła Zuzia.
— Nie ma? Oni są! Więc to prawda! — I uderzył się w czoło. — Więc jest sąd i kara! To nie było przywidzenie.
Nie śmiał już zaprzeczać, i nie powtórzył bluźnierstw dawniejszych, cała dusza jego strachem i boleścią przejętą była.
Gdy dzień zaświtał, Zuzanna pierwsza go wyrazy łagodnemi i nalegającemi prośby do przytomności przywiodła.
— Między tobą, mną a Bogiem niech będzie to wszystko. Niepokazuj ludziom rany, bo szydzić z niej będą. Miej litość nademną, nad ojcem, nad sobą! Cierp, ale milcz. Nie wydawaj się z boleścią, nie oskarżaj się o nic. Bóg ci może przebaczyć, ale ja! ja nieszczęśliwa!
I poczęła płakać gorzko. Nadchodzący dzień zmusił ją łzy osuszyć i przybrać zwykłą twarz i pozór spokojności. Jej prośby, nalegania, perswazje, tyle wymogły na Maleparcie, że i on mimo cierpienia, mimo zgryzoty, postanowił nie wydawać się z niemi.
Taka była pierwsza noc weselna Maleparty i łatwo pojąć, jak Zuzia, która korzystała z przewagi nad mężem uzyskanej, z wiadomości jego tajemnic, owładła nim zupełnie. Ona go pocieszała, ona mu radziła, a gardząc nim i lękając się go razem, ściskała cugle, aby jej się nie wyrwał i do dawnego stanu nie wrócił.
Gdy szyderski uśmiech ukazał się na ustach Maleparty, ona wspomnieniem widzenia przerażała go i wtrącała znowu w odrętwiałość z bojaźni pochodzącą. Tymczasem pochwyciła rządy domu, wzięła w ręce wszystko i nauczyła męża do posłuszeństwa. On zgiął kark powolnie i milczał. Pomimo strachu, jaki i w Zuzannie budziło przypomnienie tej okropnej nocy — ona się prawie cieszyła, że nieprzewidziana okoliczność dała jej wyższość i panowanie w domu. Dumna, zalotna, chciwa świata rozkoszy, miłości, oklasków, w okropnym losie męża widziała tylko niczem nie zapartą swobodę w przyszłości dla siebie.
I jak tylko rozjechali się goście, w mgnieniu oka rozkazała wszystko przygotować do podróży. W tydzień już byli w Warszawie i zajęli jeden z najpiękniejszych domów krakowskiego przedmieścia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.