Listy o Adamie Mickiewiczu/Florencya, 3 lipca 1874 roku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teofil Lenartowicz
Tytuł Listy o Adamie Mickiewiczu
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Luxemburgska
Druk Drukarnia Rouge Dunon i Fresné
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Kochany Panie Władysławie,
Florencya, 3 lipca 1874 roku.

Szpital dla chorych w wyobrażeniu powszechném to niby ciemny kanał pomiędzy światem żyjących a umarłych; kto się tam popadnie, ten do żywych nie powraca, a jednakże konieczność ta czeka niemal większą połowę wychodzców... Zacny Bohdan Dziekoński długo opierał się, ale nareszcie sam zażądał, aby go do szpitala przeniesiono i kolega Aleksander Panusiewicz, zajął się tą smutną posługą. Dwóch ludzi poniosło łóżko na którém spoczywał ów dzielny żołnierz i pisarz niepospolity; po drodze ubogie przekupki paryzkie zbliżały się jedna po drugiéj, dopytując się o rodzaj cierpień chorego; stawały, użalały się i odprowadzały wzrokiem daleko. Szlachetne istoty, jedna z nich parę franków, cały swój dzienny zarobek, wcisnęła w rękę choremu: «weź, weź moje dziecko».
Pan Adam cenił Dziekońskiego, toż samo Dembiński jenerał, Gorecki pułkownik i wszyscy którzy go bliżéj znali. Piszą o naszych rozdarciach, kłótniach, bójkach na emigracyi, ale o jednéj rzeczy zapominają, że kiedy szło o pomoc tułaczowi, nikt nie pytał z jakiéj ty partyi, ale służył, wedle możności, jak bratu; demokrata dźwigał arystokratę i nawzajem, Towiańczyk perorował, ale wyciągał ostatni grosz z kieszeni, księża nie odmawiali także pomocy; ten sam ksiądz Jełowicki, który wszystkich łajał, iluż nie dopomagał; w każdém odcieniu znajdowałeś ludzi najczcigodniejszych, wzory poświęceń i doskonałości serca. Alboż kiedyś historya opowie żywoty mężów takich jak: Seweryna Gałęzowskiego, Januszewicza, Hłuśniewicza, Korabiewicza, Ulrycha, Heltmana, Wysockiego jenerała, i tylu innych z demokrayi; Ostrowskiego, Olizara, Plichty, Alberta Grzymały, Ludwika Zwierkowskiego i innych ze stronnictwa księcia Adama. — Imiona przyjaciół ojca w literaturze poetycznéj formują jakby koło najpiękniejszych gwiazd naszych: Seweryn Goszczyński, Aleksander Chodźko, Nabielak, Wrotnowski, Gorecki. Stronictwa nie zgadzały się z sobą; zgoda na wszystkich punktach jest niemożebną, zdanie bowiem człowieka zależy od stanowiska z jakiego na rzecz się zapatruje; światło spada z téj strony na posąg więc jasny, z owéj cień się układa, więc ciemny, tam łagodnieje więc w półświetle, i każdy ma słuszność, mówiąc: jeden że jasny, a drugi ciemny, a trzeci szary, a pomimo téj różnicy żyć ze sobą mogą, byle się zgadzali na jedno: że jest posąg i że w nim poznają wielką Ojczyznę. Owóż na to imię, pomimo niezgód, była zgoda; zaklęcie na Ojczyznę łączyło ręce do boju i do ofiary jeden dla drugiego; demokrata szedł zaciągać się do Hotelu Lambert na listę wychodzących do boju, książe Czartoryski popierał każde powstanie, ksiądz Aleksander święcił chorągwie w Paryżu, a Ksawery Bolewski i tylu innych Towiańczyków poszło na bój i padło śmiercią walecznych.
Wyraz który dał przedmiot do wydrwiwań się z Polaków wierszopisowi niemieckiemu Heine, wyraz kocham, nie był czczém tylko brzmieniem; wstrząsał on prawda często nieszczęśliwie dwudziesto-milionowym narodem, ale mu zapominać niepodległości nie dozwalał.
Jedni wołali przez równość do miłości, drudzy przez miłość do równości, pierwsi szli na przód, łącząc się ze wszystkiemi ruchami europejskiemi, drudzy z całém postępującém Chrześciaństwem, a Bóg, na którego sądzie już stoją, serca ich i skłonności jeden sądzić może.
Szaleniec byłby ktoby dziś do walki wyzywał, do walki tak, ale duchowéj, do owego miecza o którym Adam mówił, który się w duszach naszych znajduje, a jest obosiecznym i nazywa się dumą szlachetną, miłością i pracą.
Otóż, wracając do Dziekońskiego, był on ceniony i kochany przez wszystkie odcienia emigracyjne, równie jak Ksawery Norwid, Gajewski, Laskowicz, Leonard Chodźko, pułkownik Kamieński, Królikowski i drudzy dotąd żyjący którym nikt nie złorzeczy, a każdy sumienny cześć i sprawiedliwość odda; kto takiego wieszcza Bohdana niestrudzonego w niesieniu pomocy ubóstwu nie uczci i nie ukocha, kto Bronisława Zaleskiego, kto doktora Gałęzowskiego i Korabiewicza? Na tych to mężach probować można prawdy słów Wicentego Pola: że u nas «ten temu swat, ten temu brat, a już dobremu to każdy rad».
Przy łożu chorego spotkałem pana Adama; na widok wchodzącego z Gieryczem, cierpiący dźwignął się na pościeli.
— «Jak się masz Bohdanie?»
— «Dobrze mi tu bardzo, siostry miłosierdzia co chwila zachodzą, jakie one... no nie ma słów na to.»
Adamowi oczy zaszły jakby mgłą w któréj się łza wyrabia, to siostry prawdziwe, takie ubogie a takie bogate sercem; one z tą swoją chorągwią Matki Boskiéj, lecą na przód mój bracie przed całém Chrześciaństwém. Dziekoński pochwycił rękę Adama i począł ją pocałunkami okrywać, «panie Adamie, dziękuję panu». Adam wyrwał mu rękę, «dajże pokój majorze, nie rozrzewniaj się, przyjdziesz do zdrowia, to zaziębienie tylko i znowu nam gdzie powędrujesz». Słowa te odnosiły się do ciągłéj włóczęgi Bohdana, który nigdy długo nie dosiedział, wicher ojczysty pędzał nim po świecie, a jakich przygod nie przechodził, i jakiego chleba nie próbował; i leczył (z uniwersytetu w Dorpacie wyszedł jako doktor medycyny), i malował szyldy saltimbankom obwożącym budy ze zwierzętami i pracował przy inżynierach, a czasami ścigany przez policyą, bo któryż z wychodców żołnierzy nie był prześladowany, krył się po grotach skał szwajcarskich, albo, jak pisał do Juliana Kurtza, w kapliczce grobowéj na cmentarzu w Zurich, układał sobie na noc gniazdo pod głowę podściełając wieńce grobowe. Życie takie nie nużyło go, ani odbierało humoru, prawdziwy Dyogenes chrześciański, otrząsał się złym myślom i ciągnął daléj; o Ojczyznie nigdy nie zwątpił, pomocy od nikogo nie żądał i nigdy się smutkom nie poddawał. Znałem go, kochałem i raz tylko dostrzegłem zamyślenia nad sobą; było to w jego biednéj stancyjce na Batignolu, w blizkości ulicy Clichy. «O czém myślisz?» — «Ej bo widzisz, miewam sny, które mi zapowiadają mój koniec i inne dziwne rzeczy», — i na tém zamilkł, a ja o bliższe szczegóły, znając naturę człowieka, nie pytałem. Autor Sędziwoja, krytyk znakomity, ze współczesnych swoich, najwyżéj cenił poezye Cypryana Norwida, dla którego miał osobliwszą przyjaźń, i wyrażał się o nim równie jako o najzdolniejszym rysowniku którego z Dürerem porównywał, i jak o poecie ze czcią wysoką.
Że to była godzina w któréj zamykają szpital, pan Adam oddalając się, raz jeszcze zbliżył się do cierpiącego:
— «Cóż cię boli?»
— «Tu w piersiach pali jak ogniem, dużo krwi wyszło.»
— «No, ależ to u ciebie nie pierwszy raz, zbytek krwi która się oddziela, natura sama siebie leczy, bądź dobréj myśli, ja tu przyjdę do ciebie, będę przychodził ile mi czasu starczy, a czy nie potrzebujesz czego?» i Adam sięgnął do kieszeni, rad oddać wszystko co posiadał.
— «Nic nie potrzebuję, jestem tu jak w raju, powietrze doskonałe i czystość wielka, a te siostry miłosierdzia...»
Adam uścisnął mu rękę: «donieście mi jak się ma gdybym jutro przyjść nie mógł».
Słowa Adama choć nie do mnie wyrzeczone były mi rozkazem; pobiegłem nazajutrz; wchodzę — łóżko już puste, świeżą bielizną okryte, jedna z sióstr, nie powiem miłosierdzia ale aniołów, przybliżyła się do mnie: «Skonał dziś w nocy, z całéj siły przyciskając krzyż do piersi, całując go i płacząc. Ach panie! ten człowiek miał wiarę prawdziwego Chrześcianina».
Z wiadomością o zgonie Bohdana pobiegłem do ojca i nie zastałem, wyjechał do Fontainebleau; na pogrzebie rzekł mi Kwiatkowski: panu Adamowi żal będzie wielki, bo on takich ludzi cenił. Bitwa wciąż, trupy padają, stary pułkownik Gorecki wyprostował się do improwizacyi kiedy trumnę składano do wspólnego grobu wychodzców, wzniesionego na cmentarzu Montmartre staraniem Józefa Rejzenhejma, owego Tobiasza Emigracyi. Jenerał Dembiński w krótkich słowach uczcił pamięć Bohdana, nazywając go przyjacielem i wiernym ojczyznie żołnierzem, a Gorecki zakończył wierszem, z którego dwa ostatnie przypominam sobie:

Ciągną konwoje zmarłych towarzyszów broni,
A my żałobny werbel bijem jak tambury.

I tak w szpitalu przedostatni raz widziałem Adama.
Ściskam dłoń twoję życzliwą,

Teofil.



PD-old
Tekst lub tłumaczenie polskie tego autora (tłumacza) jest własnością publiczną (public domain),
ponieważ prawa autorskie do tekstów wygasły (expired copyright).