Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pokoju zmarłéj, i sam jeden ze mną stojąc, wyciągnął obie ręce, jak ów który chce powiedzieć: «oto wszystko moje» i oczy zalał mu taki potok łez jak gdyby pod tą czaszką źrenice roztopiły się we dwa źródła... więc przykląkłem, a po chwili otarłszy oczy uściskałem dłoń sobie podaną.
— «Przyjdziesz na pogrzeb?»
— «Tak.»
Ciało przeniesiono do kościoła Saint-Paul. Nabożeństwo odprawiało się przed ołtarzem, kiedym ujrzał Adama idącego z Zanem zdaje mi się i Gieryczem do zakrystyi, spojrzał na mnie i znów ten sam długi potok łez... Panowie krytycy szlachetnéj Celiny, czemuż was tam nie było?
Smutne wspomnienia dla waszych serc poruszam, ale wierzajcie, że i mnie one bolą.
Wasz,

Teofil.




Kochany Panie Władysławie,
Florencya, 3 lipca 1874 roku.

Szpital dla chorych w wyobrażeniu powszechném to niby ciemny kanał pomiędzy światem żyjących a umarłych; kto się tam popadnie, ten do żywych nie powraca, a jednakże konieczność ta czeka niemal większą połowę wychodzców... Zacny Bohdan Dziekoński długo opierał się, ale nareszcie sam zażądał, aby go do szpitala przeniesiono i kolega Aleksander Panusiewicz, zajął się tą smutną posługą. Dwóch ludzi poniosło łóżko na którém spoczywał