Listy o Adamie Mickiewiczu/Florencya, 8 lipca 1874 roku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teofil Lenartowicz
Tytuł Listy o Adamie Mickiewiczu
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Luxemburgska
Druk Drukarnia Rouge Dunon i Fresné
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Kochany Panie Władysławie,
Florencya, 8 lipca 1874 roku.

Dzień odjazdu ojca na Wschód dla poczciwego Henryka był dniem Wniebowstąpienia; zakupił siodło, batóg już mu pierwiéj ktoś podarował i z takowym biegał z fabryki do arsenału pochwalić się przed wami, zawiesiwszy go na guziku u kieszeni, wąsa pokręcał, czupryny kiedyś bywałéj nad łysém czołem szukał... Niechno tylko Adam pokaże się w obozie Kozaków Sułtańskich a wszystkie machinacye djabli wezmą i ławą do Polski ruszymy przez Czarne morze, bała hidy, hała hu!... Tak sobie tuszył Służalski, ale Adam który znał lepiéj jak rzeczy stoją, albo milczał kiedy go zapytywano, albo krótko zbywał ciekawych: «Zobaczymy, może, ale jeszcze nic jasnego nie widzę, żądają ode mnie objaśnień o Polsce, o Słowianach, ministrowi trzebaby wykładać kurs jeografii strategicznéj... dziwna rzecz jak oni lekko traktują tak ważną sprawę. Dla narodu Francuzkiego, ta wojna jest niezrozumiałą; gdyby szło o Polskę, o jakąś wielką ideę, tobyśmy tu inny zapał widzieli. Francuz rzuci się w ogień kiedy idzie o sprawę ludzkości, ale dla jakiejś tam szacherki dyplomatycznéj, dla poskromienia jedynie buty moskiewskiéj, nie, to się na nic nie zda. Parę dni temu mówił mi oficer wychodzącego na linią bojową pułku: obawiają się ogłosić, że to za Polskę, a ja Panu ręczę, że gdyby nie domysły w armii, że pójdziemy do Warszawy, żołnierze nasi nie szliby z taką ochotą. Cesarz konspiruje, na dnie rzeczy tam coś ważniejszego się kryje jak pomoc Anglikom, żeby ich handel nie ucierpiał; Moskale gadają, że idą się bić o klucz do grobu Chrystusa Pana, nasi żołnierze, że za Polskę. Vive la Pologne!»
«Gesta Francorum Dei, ale jeśli Boga w tém nie ma, ciężka odpowiedzialność spadnie na Napoleona; on to niby ma jakieś dobre chęci, przeszłość za tém świadczy; a wszakże w roku 1831 chciał iść do Polski jako prosty wojskowy, to wiem, bo mi Gruszecki mówił, który go zna blizko i jest z nim na stopie dawnéj przyjaźni... no zobaczymy, jużciż, jeśli nie Napoleony, to pewno nie legitymiści; dotychczas cała krzątanina, wieści wszystkie ze Wschodu przypominają wojnę z Dejem algierskim, który tam gdzieś panny porywał i piratów na morze puszczał. Jadę, interesa moje osobiste po części znaglają mnie do tego, a jak tam będzie, napiszę do dzieci, do Gałęzowskiego, to się dowiesz, a tymczasem bywaj mi zdrów, jutro z rana jadę do Paryża.»
Po obiedzie u Bohdana z Józefem i dziećmi zabrawszy koszyki poszliśmy do lasu na rydze. Dyzio, dziś adwokat paryzki, najukochańsze dzieciątko, miał wówczas pięć czy sześć lat. Józia, już w Bogu odpoczywająca, śliczna dzieweczka, może o parę lat starsza, Karolek i matka, a za nimi dziadek... Dzień był pogodny, gorący, ostatni mój piękny dzień we Francyi; rozmowa toczyła się o Polsce, dzieci pokrzykiwały biegając po lesie, kiedy naraz ujrzeliśmy pana Adama, który z Bohdanem, jako najdroższym swoim przyjacielem przywitawszy się, szedł rozmawiając z daleka od nas dopokąd nie pokazały się rydze... Na wołanie dziatek, dziadziu! dziadziu! jakie rydze! Adam zapomniał o wielkiéj missyi, o drodze na Wschód i począł chylać się, wyprzedzając drobiazg. «Pokaż, pokaż, gdzie? tylko ostrożnie, żebyś nie uszkodził, ot tak się przycina.» Spojrzałem na wielkiego człowieka, który był zarazem takim prostaczkiem i taką dziecinną pogodę serca do końca życia zachował i przypomniał mi się Pan Tadeusz. Mistrz słowa, jedyny poeta polski, i jedyny człowiek czynu, przy końcu swego burzliwego życia, po raz ostatni w téj chwili doświadczał czaru litewskich borów, które z taką lubością przypominał; podałem mu mój koszyk: «tak, tak bracie już ja to nie jednemu mówiłem, że w lasach litewskich, jest tam taki kąt, którego nigdy stopa wroga nie deptała i na téj ziemi urodzi się przyszły zbawca Polski».
Każde słowo Adama było wieszczbą, każdy ruch przypominał wielkiego dyrektora orkiestry, za którego znakiem muzyka postępuje, albo komendanta wojska na służbie; szczęśliwy kto go widział, kto go rozumiał w jego wielkości i pracy dla ojczyzny!
Przyszłość kiedyś zapisze, że Europa w XIX wieku dwóch tylko miała poetów: Byrona i Mickiewicza, którzy mieli w sobie wszystkie warunki wodzów i wieszczów. Ludzie tacy pojawiają się przy końcu epok, stają na wysokościach, a potomność patrząc na te kolosy na górach historyi, wedle ich miary modeluje się i idzie daléj.
Obaj marzyli wolność, obaj uwielbiali Napoleona, i obaj życie zakończyli w téj Grecyi, któréj geniusz poetyczny rozciągał nad nimi złote swoje skrzydła.
Antagonizm pomiędzy Juliuszem a Zygmuntem nadał dwóm tym znakomitym poetom charakter przedstawicieli dwóch obozów, dwóch partyj sprzecznych pomiędzy sobą, tak, że jednego i słusznie poetą szlachty, drugiego demokracyi nazwano; i czemuż to więc Adamowi nie poważono się powiedzieć: ten był arystokratą, czy demokratą, czemu? oto iż Adam wszystkie żywioły skupiał w sobie, jakie tylko były w ojczyznie i wszystkie harmonizował, z narodu swego on «pieśń żywą tworzył».
Wolny, był republikaninem, religijny, był z wierzącymi, syn staréj szlachty, czcił przeszłość narodu i nigdy jéj żadném lekkiém ani złośliwém słowem nie ubliżył; kochał lud i czuł jego ubóstwo, więc walczył o polepszenie losu ubogich, orlim lotem wybiegał w górę, więc obejmował całość, jak ów ptak sztandaru polskiego, dzierżąc w szponach berło poezyi po wytrąconém berle królewskiém Jagiellonów.
Ze wszystkich słów i pism jego jeden tylko sens bezstronna przyszłość wyczyta: że prawa i instytucye są rzeczą żywą i rozwijającą się wciąż wedle zamiarów Opatrzności, a rozwojowi temu nic na przeszkodzie stanąć nie może... Farys Adama, poezya przerobiona z gminnéj ballady ukraińskiéj stała się programem jego wszystkich pism i dążeń.

Próżne wycia, marne wrzaski,
Wrą pod ich nogami piaski,
Słońce posuwa się daléj.

Bluźnierstwa i przekleństwa są to trzaskania rozpadającéj się skorupy, tak być musi.
Idea narodowości u niego jest sprawą Bożą a środki zdobywania utraconéj wolności leżą w dopełnianiu narodowego i ludzkości ideału, który cały przyniósł Chrystus w jednym sobie; walka za ojczyznę podług niego musi być wygraną, naprzód w duchu, w zgodzie na ideał, reszta już tylko dodatkiem; kto inaczéj pojmuje Adama, ten go nie rozumie.
Po owym wieczorze w lesie Fontainebleau, w kilkanaście dni opuściłem Francyą, udając się z powrotem do Rzymu, i tu po jakimś czasie, jednego dnia kiedym się włóczył cierpiący po starem forum rzymskiém, zbliżył się do mnie ksiądz polski, wygnaniec, nazwiskiem Ławrynowicz, pozdrowił i o zgonie wieszcza począł mi prawić długo, łzy mięszając w opowiadanie; był on obecnym przy zgonie Adama, «ostatnie słowa księże, jakież były ostatnie słowa?»
— «Kochajcie się dzieci moje...»
— «A pogrzeb czy tak się odbył, jak we śnie moim widziałem, że z domu którego przedsionek wysypano piaskiem, wóz we dwa woły zaprzężony, pociągnął trumnę do kościoła Lazarystów.»
«Prawie tak...»
— «Podobnie wywożą chłopów litewskich na mogiłki.»
Dziwneż to są te nasze spotkania na ziemi!
Bywaj zdrów, drogi Panie Władysławie, wydrukuj te listy moje, może się one przydadzą, może przyczynią szczegół jaki do życiorysu twojego wielkiego ojca, a w każdym razie jam zrobił swoje, odpowiadając twojéj szlachetnéj woli notowania wszystkiego com mógł usłyszeć o wieszczu wielkiego niegdyś narodu; Bóg i naród nagrodzi tobie twoję miłość tak rzadką i tak piękną, jakiéj żaden z synów zmarłych wieszczów nie próbował.
Ściskam dłoń twoję przyjazną.

Teofil Lenartowicz.



PD-old
Tekst lub tłumaczenie polskie tego autora (tłumacza) jest własnością publiczną (public domain),
ponieważ prawa autorskie do tekstów wygasły (expired copyright).