Lenora (Bürger, 1874)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gottfried August Bürger
Tytuł Lenora
Pochodzenie Tłómaczenia
Wydanie drugie
Data wydania 1874
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Czcionkami Gazety Lekarskiéj
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Edward Odyniec
Tytuł orygin. Lenore
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


LENORA.
BALLADA
Z BÜRGERA.

Z ciężkich snów, o bladym ranku,
Lenora rwie się i płacze:
„O! Zbigniewie! o! kochanku!
Kiedyż cię, kiedy zobaczę?“ —
On z potęgą króla Jana,
Bronił Wiedeń od Sułtana;
Ona w ciągłéj boleści.
Bo ni listu, ni wieści.

Długo polski miecz zwycięzki
Strach w pohańczych tłumach szerzył,
Aż ciężkiemi zlękły klęski,
Bisurmanin mir uderzył.

Całe wojsko z brzękiem, dźwiękiem,
Z hukiem kotłów, broni szczękiem,
W laurach, z bitew pogromu,
Wraca spocząć do domu.

I na drogi, na rozłogi,
Z wiosek, z miasta, z okolice,
Lud naprzeciw wybiegł mnogi,
Dzieci, starce, i dziewice.
Tu rodzina, tu drużyna
Wita brata, ojca, syna;
Lenora tylko jedna,
Niepowitana biedna.

Bieży szukać wpośród szyków:
Lecz cię nie ma, o! Zbigniewie!
Bieży pytać wojowników:
„Gdzie mój Zbigniew?“ — żaden nie wie.
Aż gdy przeszło wojsko całe,
Ona tłukąc piersi białe,
Łzami zalana, zbladła,
Z żalu na ziemię padła.

Widząc to matka przybieży:
„Ach! córko! co ci się dzieje?“ —
Żałośnie w dłonie uderzy,
I oko łzami zaleje. —
— „Matko! matko! gdzież mój luby?
Próżne modły! próżne śluby!

On zginął! Matko droga!
Ach! nie ma, nie ma Boga!“ —

— „Stój! stój! nieszczęsna! — O! Boże!
Bluźnierczéj przebacz żałości! —
Proś Boga, On cię wspomoże,
On ojciec pełen litości.“ —
— „Cóż On mi zrobił dobrego?
O cóż mam prosić u niego?
On się światem nie trudzi,
Śmieje się z płaczu ludzi.“ —

— „Porzuć ten zbrodniczy lament,
Biada! kto Bogu złorzeczy.
Weź Przenajświętszy Sakrament,
On cię z szaleństwa uleczy.“ —
— „Daremnie, matko! daremnie!
Precz twe namowy ode mnie!
Sakrament mąk nie skróci,
Umarłych nie ocuci.“ —

— „Lecz zkądże pewność, jeżeli
Zbigniew nad brzegiem Dunaju,
Z inną już łoża nie dzieli,
Niepomny ciebie i kraju? —
Córko! posłuchaj co radzę,
Niech żal ustąpi zniewadze;
Zapomnij go, a w Niebie
Bóg się pomści za ciebie.“ —


— „On rycerz! zdradzić nie może
Ani kochanki, ni kraju! —
W grobie on chyba ma łoże,
Albo gdzie na dnie Dunaju.
Tam chyba znajdę wesele,
Gdy z nim to łoże podzielę.
Lecz cóż mi pacierz nada? —
O! biada mi! o! biada!“ —

— „O! Boże! Boże litości!
Nie racz jéj karać w twym gniewie;
Ona dziś w zbytku żałości
Sama rzeczonych słów nie wié! —
Córko! znoś ziemskie cierpienie,
Pomnij na Boga, zbawienie!
Tam wiecznéj chwały wieniec,
Tam wieczny oblubieniec!“ —

— „O matko! cóż mi zbawienie?
O! matko! cóż mi jest piekło? —
Z nim dla mnie tylko zbawienie,
Bez niego wszędzie mi piekło! —
Zbigniewie! byle przy tobie,
Niebo dla mnie w zimnym grobie,
Niebo w piekle; bez ciebie,
Piekło mi nawet w Niebie!“ —

Tak ogniem dzikiej rozpaczy
Paląc się, Bogu złorzeczy;

Próśb nie słucha, rad nie baczy,
Targa włosy, pierś kaleczy,
I ręce łamie bez końca;
Od samego wschodu słońca,
Aż do późnego mroku,
Jęk w ustach, łza na oku.

Noc była — nagle po błoniu
Zahuczał tentent podkowy,
I rycerz na czarnym koniu,
Wbiegł na dziedziniec zamkowy.
Zskoczył z konia, szabla szczękła,
Rumak parsknął, klamka brzękła,
Przeze drzwi głos surowy,
Z temi się przedarł słowy:

— „Ha! Lenoro! jak się miewasz?
Jak myślisz o mnie po wojnie?
Śmiejesz się, czy łzy wylewasz?
Czuwasz-li, czy śpisz spokojnie?“ —
— „Tyż to! Zbigniew! Czy nie we śnie?
Zkąd powracasz tak niewcześnie?
Dawno ciebie czekałam,
Nie spałam i płakałam!“ —

— „My tylko jeździm z północy! —
Późnom się wybrał od siebie:

Leciałem co koń miał mocy,
A przyjechałem po ciebie.“ —
— „Co? po mnie? dziś? o téj porze? —
Zimny wiatr świszczę na dworze.
Do mnie! do mnie, kochanku!
Poczekajmy poranku.“ —

— „Nie mogę; nie, moja droga!
Nie dbaj na zimno, na ciemno;
Koń parska, brzęczy ostroga.
Muszę jechać — siadaj ze mną!
Siadaj ze mną! dziś przededniem
Musimy stanąć pod Wiedniem.
Nie zwłócz chwili daremno,
Dziewczyno! siadaj ze mną!“ —

— „Czyż to podobna do wiary,
Sto mil dziś ubiedz, mój miły? —
Słyszysz! jeszcze brzmią zegary,
Co jedénastą wybiły.“ —
— „Nic to! nic to! — księżyc świeci,
Nocny jeździec prędko leci!
Nim ranne błyśnie zorze.
Staniesz na moim dworze.“ —

— „Gdzież twój dwór?“ — „O! ztąd daleko!
Bez próżnych wystaw, bez pychy;

W zieloném polu, nad rzeką,
Ciasny, posępny — lecz cichy.“ —
— „Będzież tam miejsce przynamnie?“ —
— „Dosyć dla ciebie i dla mnie!
Śpiesz się! droga daleka,
Tłum gości na nas czeka.“ —

Niepewną, bladą i drżącą,
Zbigniew na ganek prowadził,
I wpół niechcącą, wpół chcącą,
Przy sobie na koń posadził.
A wiatr szumi, gwiazdy świecą,
Oni lecą, oni lecą;
Coraz daléj z pod stopy
Grzmiące tętnią galopy.

Jak mgła nikną, z każdéj strony,
Łąki, pola, wsie i grody;
Leci rumak rozogniony,
Wprost przez lasy, wpław przez wody.
— „Ha! drżysz? — księżyc świeci blado!
O! umarli prędko jadą! —
Nie strach umarłych tobie?“ —
— „Wieczny im pokój w grobie!“

Cóż to tam słychać za jęki,
I czarne kruki łopocą?
To śpiew śmierci, dzwonów brzęki! —
Kogóż to chcą grzebać nocą? —

Niosą trunę, koło truny
Blade lampy i całuny;
Przodem, czarno ubrani,
Pieją smutnie kapłani.

— „Dość tych jęków, przyjaciele!
Późniéj ciało złóżcie w grobie;
Teraz do mnie, na wesele!
Młodą żonę wiozę sobie.
Za mną, za mną! wszyscy wkoło,
Zanóćcie mi pieśń wesołą;
Księże! mów słowo Boże,
Żegnaj małżeńskie łoże!“ —

Rzekł Zbigniew, i na te słowa
Wszystko znikło, wszystko ścichło,
Cala tłuszcza pogrzebowa
Tuż, tuż za nim śpieszy rychło.
A wiatr szumi, gwiazdy świecą,
Oni lecą, oni lecą;
Coraz daléj z pod stopy
Grzmiące tętnią galopy.

Jako woda, po nad niémi
W tył się zdaje płyną chmury;
Tak przed niémi, tak pod niémi,
Nikną pola, lasy, góry.
„Ha! drżysz? — księżyc świeci blado!
O! umarli prędko jadą! —

Nie strach umarłych tobie?“ —
— „Wieczny im pokój w grobie!“ —

— Patrz tam, patrz! na górze, w lasku,
W długie się wiążąc łańcuchy,
Przy mdławym księżyca blasku,
We mgle ciche tańczą duchy,
„Do mnie, do mnie, przyjaciele!
Do mnie, do mnie, na wesele!
Tańczcie wszyscy wokoło,
Zanóćcie pieśń wesołą!“ —

I wnet z hukiem, i wnet z szumem,
Z jakim w puszczy wiatr szeleszcze,
Za rycerzem lecąc tłumem,
W dłoń posłuszna zgraja pleszcze.
A wiatr szumi, gwiazdy świecą,
Oni lecą, oni lecą;
Coraz daléj z pod stopy
Grzmiące tętnią galopy.

Wkoło nich, w świetle księżyca,
Nikną pola, góry, drzewa.
Tuli się drżąca dziewica,
Do zimnéj piersi Zbigniewa.
— „Ha! drżysz? — księżyc świeci blado!
O! umarli prędko jadą! —
Nie strach umarłych tobie?“ —
— „Ach! daj im pokój w grobie.“ —


— „Koniu mój, koniu! kur pieje,
I rosa błyszczy po błoniu;
Czuje, już ranny wiatr wieje.
Prędzéj, prędzéj, prędzéj koniu!“ —
Koń się wzmaga, nozdrzem pryska,
Noga w niebo piasek ciska.
— „Ha! ot i dom Lenoro!
Umarli jeżdżą skoro.“ —

Wnet widać żelazną bramę,
Któréj twarde rygle strzegły;
Rycerz dotknął, pękły same,
Drzwi się na oścież rozbiegły.
Przebóg! cóż to za zjawienie?
Wkoło krzyże a kamienie!
A mdławy blask miesiąca
O groby się roztrąca.

Rumak ogniem parsknął z garła,
Wspiął się, zarżał, jak grom ryknął,
Ziemia się pod nim rozwarła,
Ogień buchnął, rumak zniknął.
Nagle słychać szelest głuchy,
Z grobów, z góry, tłumne duchy
Wstają, lecą i płyną: —
Cóż ty teraz, dziewczyno?

W dłoni tuląc blade czoło,
Na kochanka piersi mdleje;

A chór duchów tańcząc wkoło,
Tę jéj zcicha piosnkę pieje:
„Cierp, choć z żalu serce pęka.
Straszna Boga zemsty ręka!
Tu zwłoki zginąć muszą —
Boże! miéj wzgląd nad duszą!“


PRZYPISEK DO BALLADY LENORA.

Treść poprzedzającéj ballady wziął autor z powieści gminnéj, upowszechnionéj w Niemczech, a z małą co do szczegółów różnicą, i naszemu pospólstwu znajoméj. W obu narodach musiała być kiedyś wierszem ułożoną, co zdają się potwierdzać małe z niéj dotąd pozostałe ułamki, co dziwna, że też same w obu językach. I tak np. u nas, między innemi są cztery następujące wiersze:

„Miesiąc świeci,
Martwieć leci,
Sukieneczka szach, szach,
Panieneczko, czy nie strach!“

a które zupełnie prawie odpowiadają niemieckim:

„Der Mond, der scheint so helle,
Die Todten reiten so schnelle,
Graut Liebchen auch dir nicht!“

Słowa te podały Bürgerowi pierwszą myśl jego ballady. Późno raz bowiem przy blasku księżyca powracając do domu, napotkał śpiewającą je kobiétę; a zastanowiony piękną ich prostotą, wypytawszy się o resztę powieści, napisał z niéj w 1772 r. Lenorę, która, przez znakomitego krytyka Schlegela, królową ballad nazwana, obudzając licznych naśladowców, nadała stały charakter balladom niemieckim, który po dziś dzień noszą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gottfried August Bürger i tłumacza: Antoni Edward Odyniec.