Leśniczy/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Leśniczy
Podtytuł Obrazek wiejski
Pochodzenie „Tygodnik Mód i Powieści“, 1890, nr 22-35, 37-46
Redaktor Jan Kanty Gregorowicz,
Emil Skiwski
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Wczesnym rankiem, zaledwie pan Ludwik wstał, dał się słyszéć odgłos ciężkich kroków: pan Hieronim przyszedł.
— Jak się masz, bracie — rzekł, siadając przy biurku — jak twoje zdrowie przedewszystkiem?
— Dziękuję ci za pamięć, jako tako, a ty?
— O tyle o ile. Trzeba końskich sił, żeby wytrzymać w tych tarapatach. Dziś w nocy z miasta wróciłem, siedm mil opętanych na bryczce, po złej drodze. Ledwie godzinę mogłem się przespać, trzeba było zajrzéć na folwark. Żyto młócę forsownie.
— Mówiłeś, że siewy już skończone?
— Ja też na sprzedaż młócę. Pieniędzy na gwałt potrzebujemy, na gwałt! Są podatki do płacenia zaległe, rata towarzystwa, procenta.
— Mamy też i zbiory...
— Co to znaczy, mój bracie, co to znaczy! Pewnie ci ktoś nabajał, że urodzaje świetne, a to nieprawda, urodzaje są marne, liche, gorsze niż w roku zeszłym, niż przed trzema laty.
— A jednak ludzie się nie skarżą, nie słychać przynajmniej. Onegdaj Anielcia czytała mi gazetę...
— Ha! jeżeli brat gazetom wierzysz... to winszuję. Gazeta! co gazeta wiedziéć może? Bazgrzą aby bazgrać.
— Sam mówiłeś mi jeszcze w lecie, że zboża bardzo ładne.
— W słomie tak... prawdę mówiłem, jak zawsze; sam miałem pewne złudzenia, ale gdy przyszło do młocki, pokazało się, że wydajność jak najgorsza... pięciu ćwierci z kopy nie ma i ziarno nieszczególne. Na siew odeszło sporo, na ordynaryą trzeba zachować, cóż więc może być do sprzedania? Głupstwo, na bieżące wydatki nie starczy. Prawdę rzekłszy, cały ten Magdzin niewiele wart i gdyby, nie chwaląc się, nie moja zabiegliwość i praca, toby już nas ztąd dawno wyrzucono... Poświęcam się dla ciebie, robię co mogę, robię więcej niż mogę, ale...
— Bardzo ci jestem wdzięczny, mój bracie za twoje poświęcenie i umiem je ocenić, a widząc jak jesteś przeciążony pracą, chciałbym ci też trochę dopomódz.
— Ty?! ciekawym w jaki sposób? Na konia nie wsiądziesz, w polu ani w folwarku dozorować nie możesz. Zdrowia nie masz, lada co ci szkodzi.
— Przecież są zajęcia, które mógłbym podjąć.
— Naprzykład?
— Rachunkowość.
— Jakto? rachunki bez...
— Bez oczu, chciałeś powiedziéć. Zapewne, trudne to, ale nie niemożebne. Że mi to wcześniej na myśl nie przyszło, byłbym ci sporo pracy oszczędził.
— Ależ to niemożliwe!
— Możliwe. Nie zapominaj, że mam Anielcię. Ona mi odczytywać będzie poszczególne pozycye, rozpatrywać notatki i dowody, a ja robotą jej pokieruję.
— Do czego to podobne? Anielcia jest dzieciak, mylić się będzie i narobicie takiego bigosu w regestrach, że nikt potem nie dojdzie co jest, a czego nie ma. To zły pomysł, bracie, wierz mi.
— Co szkodzi sprobować, jeżeli będzie źle, to dam pokój, jeżeli dobrze, ulżę ci w pracy. Ja chcę miéć zatrudnienie, bezczynność mnie męczy... nuży. Otóż bardzo cię proszę, mój bracie, każ mi dziś jeszcze przynieść regestra i księgi.
Pan Hieronim zmarszczył czoło i za wąsy targać się zaczął...
— Cóż mam robić — rzekł — ustępuję twemu kaprysowi, boć inaczej nazwać tego nie można, ustępuję i książki dam. Jesteś tu panem, możesz więc rozkazywać. Tak jest... możesz. Dam regestra, skoro twoja wola, ale nie dziś.
— Dlaczego?
— Dlatego, że nie są uporządkowane. Czy ja mam czas, żebym jak fachowy buchalter, codzień zapisywał wszystkie pozycye? to nie sposób. Notatki są, karteczki, kwitki, porozrzucane po szufladach. Muszę to przecież pozbierać i doprowadzić do ładu, a czasu nie ma... gospodarstwo, interesa, wyjazdy, wściec się można...
— Ja cię mam na sumieniu, Hieronimie — rzekł ociemniały — istotnie za wiele pracujesz... poświęcasz się dla mnie, zdrowie tracisz, dość już tego. Ja ci muszę dać pomoc.
— Pomoc?
— Tak, przyjmę człowieka, który cię przy gospodarstwie zastąpi, gdy wyjedziesz, i każde twoje zlecenie najsumienniej wykona... mam właśnie takiego.
— Ciekawym, któż to?
— Kaliński.
Pan Hieronim zerwał się z krzesła i wzburzony zaczął chodzić szybko po pokoju.
— Tego jeszcze tylko brakowało — zawołał. — Doprawdy, Ludwiku, miewasz niekiedy pomysły genialne! Po co tu Kaliński? Jest to niedołęga, próżniak, którego byłbym dawno już wypędził. Jedynie przez wzgląd na to, że ty masz do niego sympatyę, trzymam go na Leśniczówce, wbrew chęci... bo i to ci trzeba wiedziéć, że ów kochany Kaliński pod względem uczciwości...
— A przepraszam — rzekł pan Ludwik — o uczciwości Kalińskiego mówić nie będziemy, ja mam swoje wyrobione zdanie co do tego.
Tyle było stanowczości w głosie kaleki, że pan Hieronim zdumiony, przygryzł wąsy i zamilkł.
— Więc — ciągnął dalej pan Ludwik — życzeniem mojem jest, ażeby dla ulżenia ci w pracy, Kaliński tu się na folwark sprowadził, należy mu dać mieszkanie w oficynie, ordynaryę, konia pod wierzch, wszystko co potrzeba.
Pan Hieronim nic nie odpowiedział.
— Bardzo cię o to proszę, mój bracie.
— Ja pomocy nie potrzebuję — rzekł opryskliwie — wolę sam pracować, niż wyręczać się takim niedołęgą, jak twój protegowany.
— W takim razie, ja przyjmę go dla siebie.
— Jakto dla siebie?
— Będzie mi towarzyszył, oprowadzał, czytał...
— Przecież jest panna Aniela.
— A ja życzę sobie, żeby Kaliński był tu. On mi potrzebny.
Pan Hieronim znowu niecierpliwie targnął się za wąsy. Popędliwy, nieuznający niczyjej woli, oprócz własnej, już był blizki wybuchu; powstrzymał się jednak, przygryzł wargi i zaczął tonem dość spokojnym.
— Nie rozumiem ja, mój Ludwiku, zkąd ci tak nagle przyszła myśl pomagania mi?... nie rozumiem również, jaki znajdziesz pożytek z towarzystwa Kalińskiego, niedołęgi, człowieka, który... wyrażenia dość łagodnego znaleźć nie mogę, ale mniejsza o to. Chcesz, będziesz go miał. Uważam to żądanie za kaprys człowieka chorego i zdenerwowanego, kaprys, który prędzej czy później przeminie. Nie mówmy więc już o tem, tembardziej że są ważniejsze sprawy do załatwienia. Czy pozwolisz mi mówić?
— Owszem, słucham... słucham.
Pan Hieronim usiadł, pomyślał chwilę i rzekł.
— Długo namyślałem się, czy powiedziéć ci całą prawdę, czy też...
— Mów prawdę... chciałbym ją poznać.
— Sądziłem, że obowiązkiem moim jest oszczędzać ci wszelkich zmartwień, ale...
Niewidomy z niecierpliwością poruszył się na krześle.
— Hieronimie — rzekł — opuść wszelkie wstępy, nie jestem dzieckiem, ani zdenerwowaną kobietą. Powiedz wprost co jest... bez ogródki.
— Ano więc powiem: jest źle.
— Z czem?
— Z majątkiem twoim, z Magdzinem. Żeby nie moja zabiegliwość i wytężona praca, już by cię ztąd dawno wyrzucono, ale robiłem i robię co mogę, żeby katastrofie zapobiedz. Dotychczas udawało się. Trochę z dochodów, trochę osobistym moim kredytem łatałem tę biedę jak mogłem. Ztąd urwało się, tam nadsztukowało i jakoś szło... ale półśrodkami, jak wiesz, nie zajedzie się daleko. Łatanina dobra jest chwilowo. Teraz czasy coraz gorsze, urodzaje liche, zboża niewiele, ceny nizkie i kupca znaleźć nie sposób. Prosić, błagać poprostu trzeba, żeby kto sto korcy zboża kupił. W takiej sytuacyi, powtarzam, półśrodki nic nie znaczą, trzeba się ratować gruntownie...
— Niewesołe mi wieści przynosisz Hieronimie — rzekł pan Ludwik — bardzo niewesołe, ale czy aby się nie mylisz, czy nie widzisz rzeczy zbyt czarno?
— Ja?! jeżeli mi nie wierzysz, pytaj ludzi. Oddawna już mózg sobie suszę nad wynalezieniem sposobu i zdaje mi się, że to co obmyśliłem jest bodaj że najodpowiedniejsze i jedyne.
— Ciekawym?
— Ano las.
— Las? sprzedać las?!
— Nie ma z niego żadnego pożytku, a możnaby. Na drzewo kupcy się znajdą. Jedyny to dziś produkt w gospodarstwie, który można względnie dobrze i bez trudności spieniężyć.
— Powiedz raczej: zmarnować.
— A więc twojem zdaniem lepiej zmarnować majątek?
Rzekłszy to pan Hieronim wstał i zaczął chodzić po pokoju; niewidomy zamyślił się i milczał, na twarz mu wystąpiły rumieńce, wzburzony był.
Po jakiejś chwili, pan Hieronim znów zaczął łagodnie i powoli.
— Ostatecznie, nie masz się czem przerażać Ludwiku, ja sam nie jestem za tem, żeby cały las wycinać, obniżylibyśmy tym sposobem wartość majątku, ale cząstkę jakąś, kilka włók sprzedać musimy... bo inaczej zguba nas czeka, kilka włók nic nie znaczy, las lasem zostanie, choć się zmniejszy cokolwiek. Pozwól mi tylko działać, ja się dowiem ile dadzą, obliczę, a na sprzedaż wybiorę, ma się rozumiéć, co najgorsze. Cóż ty na to?
— Ja? nic.
— Pozwól sobie powiedziéć, że to mnie niewiele informuje.
— Zastanowię się, pomyślę — odrzekł niewidomy.
— I owszem, byle namysł nie trwał długo. Ciężary są, wydatki... wymagalne zaraz, zwłoki nie będzie można uzyskać. Ja, robiłem dotychczas co mogłem, żeby ostateczności uniknąć, ale wszystko ma swoje granice, teraz już i ja nie poradzę... Dłużej łatać nie sposób.
Aż się zasapał pan Hieronim; na łysinę jego wystąpiły grube krople potu, wąsy wciąż przygryzał.
— Namyślaj-że się bracie — rzekł, zabierając się do wyjścia — rozważ dobrze. Kiedyż spodziewać się każesz decyzyi?
Pan Ludwik nie odpowiedział na zapytanie wprost.
— Proszę cię, Hieronimie — odrzekł — przedewszystkiem po Kalińskiego poślij. Niech on się tu sprowadzi.
— A cóż tak pilnego!? Kalińskiego sprowadzę, a las bez dozoru zostanie? Niewiele on tam dopilnuje, ale przynajmniej ludzie wiedzą, że ktoś jest. Poczekaj-że więc, niech kogo na jego miejsce znajdę.
— To zbyteczne. Lasu dopilnują gajowi, a Kaliński może i ztąd, co dwa dni, a choćby nawet i codzień dojechać. Niedaleka droga.
— Ha... jak chcesz.
— Rachunki mi też przyślij, proszę bardzo...
— Dobrze, dobrze, ale niech je uporządkuję cokolwiek. Czasu na to potrzeba, a nie mam go za wiele. Bądź zdrów...
W najgorszym humorze pan Hieronim rozstał się z bratem. Zaraz na dziedzińcu, psa, który się do niego łasił, nogą kopnął, na folwarku piekła narobił, wymyślał ludziom i klął bez powodu, nareszcie do mieszkania swego w oficynie wpadłszy, drzwi za sobą zatrzasnął z taką siłą, że o mało z zawias nie wypadły.
Mieszkanie pana Hieronima składało się z dwóch izb dużych, widnych, wysokich. Oficyna była zbudowana bardzo dawno, po staroświecku, mury miała grube, sklepienia łukowate, wysokie, okna okratowane. Widocznie ten, kto ją stawiać kazał, miał co chować i złodziei się lękał, dlatego taki fundamentalny wzniósł budynek, z piwnicami głębokiemi, sklepiony, od ognia bezpieczny. Budynek ten na dwie części się dzielił; większa służyła za skład wszelkich rupieci, mniejszą pan Hieronim, przybywszy do Magdzina, na mieszkanie zajął. Ofiarowano mu lepsze i wygodniejsze pomieszczenie we dworze, lecz nie chciał, wolał na osobności kąt swój miéć. „Nie lubię — mówił — gdy kto mi przeszkadza i sam też nikomu przeszkodą być nie chcę.” Klucza nikomu nie powierzał; gdy zimową porą na tydzień lub na dłużej wyjeżdżał mieszkanie nieopalane przez ten czas było. Niewiele o to dbał, kazał na wielkim staroświeckim kominku palić i przy nim siedział, dopóki się piece nie rozgrzały. Interesantów w pierwszej izbie przyjmował, do drugiej, która mu i za gabinet i za sypialnię służyła, nie wpuszczał nikogo prócz głupowatego chłopca, który od czasu do czasu izby owe z grubszego śmiecia zamiatał i uprzątał. Prócz tego chłopca żadna żywa dusza wstępu do sypialni pana Hieronima nie miała. Możnaby sądzić z tego, że wąsaty szlachcic skarby wielkie w swej izbie przechowywał i obawiał się, żeby mu ich nie ukradziono, ale ani bogactwem sprzętów, ani urządzeniem wykwintnem, sypialnia bogactwa właściciela nie zdradzała, przeciwnie, wyglądała ubogo i brudno. Stół dębowy, kilka prostych stołków, szafa na ubranie, łóżko, oto umeblowanie jej całe. Nad łóżkiem wypłowiały dywanik, na nim dubeltówka, oto i wszystko; ktoby jednak dobrze szukał, znalazłby pod łóżkiem dębową skrzynkę, niedużą, bardzo mocno okutą i na śruby do podłogi przymocowaną. Co w niej było niewiadomo, ale, że pan Hieronim często do jej wnętrza zaglądał to fakt, o którym świadczyły duże łuki na brudnej podłodze, zakreślone nogami ciężkiego łóżka, które chcąc się do skrzynki dostać, trzeba było odsuwać.
Powróciwszy od brata i zatrzasnąwszy drzwi za sobą, zaczął pan Hieronim po większej izbie biegać i łysinę trzéć. Marszczył czoło, klął i mruczał pół głosem.
— Rachunki... Kaliński... plotki jakieś, intrygi... Poczekajcie no, ze mną sprawa niełatwa.
Chcąc uspokoić wzburzone nerwy, a może chcąc fantazyi sobie dodać i energii, otworzył do szafy, nalał potężny kielich wódki i wychylił go duszkiem, potem mieszkanie na klucz zamknął, konia sobie przyprowadzić kazał i wskoczywszy na siodło, pokłusował w stronę lasu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.